20.01.2026, 04:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.01.2026, 04:55 przez Bertie Bott.)
- Oh, pięknie powiedziane. Takie wspomnienia wydają się zawsze najgłębiej w nas siedzieć. Ze szczyptą goryczy, ale i również melancholii i nie sposób opowiedzieć je przypadkowej osobie, a już w szczególności nie pośród polowej kuchni - pokiwał głową, pełen zrozumienia i wyrozumiale tym samym porzucając temat. Shafiq nie chciał opowiadać, a on nie zamierzał naciskać, ani nawet sugerować że powinni w takim razie spotkać się na lampkę wina by posiedzieć w swoim towarzystwie przed kominkiem. Chociaż jak tak została mu nakreślona sceneria, to z miejsca zapragnął poczuć ciepło pełgającego po twarzy światła płomieni.
- Ah tak, państwo Bletchleyowie, przeurocze małżeństwo. Mam wrażenie że w Dolinie Godryka każdy jest sobie sąsiadem, o ile tylko mieszka tu wystarczająco długo, nie ważne czy to sąsiedztwo przez płot, ulicę czy całe miasteczko. Okropne to było, co im się wydarzyło. Teraz ich dom stoi sam i coś tam okropnie krzyczy, złorzecząc na domowników. Dobrze, że dziewczynki nie muszą tego słuchać. Ale ja panu od razu powiem, że nie wierzę w nic, co jest tam wykrzykiwane i pewnie nikt inny w Dolinie w to nie wierzy, ale jest to niestety okropnie drażniące - westchnął wyraźnie bolejąc nad tym, co to się po Spalonej Nocy wydarzało. On nie mógł spać u siebie w domu, inni mieli jakieś okropne duchy, Warownia została spalona.... Wszystko było nie tak, niewłaściwe i nie na miejscu. - Byłbym skłonny się z panem zgodzić, gdyby Spalona Noc była czymś więcej niż atakiem szaleńca i jego popleczników. Próba. Próba brzmi doniośle niemal. Próby zsyłają bogowie, według wielu wierzeń. To... to miał być strach - i Bertie sam zatrząsnął się lekko, na wspomnienie tak samo płomieni jak i szeptów. Na wspomnienie człowieka, który stał za tym wszystkim. - Ale tak, w tych czasach liczy się przede wszystkim wspólnota. To, by nie pozwolić by bliźni stał sam, głodny i zmarznięty. Trzeba się dzielić, dlatego też wyszedłem z tą inicjatywą - machnął ręką, w kierunku oddalającej się kuchni, kiedy oni sobie spacerowali. Mógłby też podzielić się faktem, ze jednocześnie otwierał właśnie własną restaurację, w związku z czym na słupach ogłoszeniowych wrzeszczały ulotki że potrzebna była pomoc kuchenna, ale nie wypadało na głos chwalić się sukcesami gdy inni cierpieli.
- Panie Shafiq, jestem zaszczycony. Cieszę się, że człowiek pana pokroju postanowił wyciągnąć rękę do potrzebujących. Rozmawia pan z właściwą osobą, bo nie byłbym panu w stanie odmówić. Widzę szczere chęci, za co niezmiernie dziękuję - wyciągnął dłoń, chcąc uścisnąć jego. - Czy ma pan na myśli jakąś konkretną strukturę?
!Strach przed imieniem
- Ah tak, państwo Bletchleyowie, przeurocze małżeństwo. Mam wrażenie że w Dolinie Godryka każdy jest sobie sąsiadem, o ile tylko mieszka tu wystarczająco długo, nie ważne czy to sąsiedztwo przez płot, ulicę czy całe miasteczko. Okropne to było, co im się wydarzyło. Teraz ich dom stoi sam i coś tam okropnie krzyczy, złorzecząc na domowników. Dobrze, że dziewczynki nie muszą tego słuchać. Ale ja panu od razu powiem, że nie wierzę w nic, co jest tam wykrzykiwane i pewnie nikt inny w Dolinie w to nie wierzy, ale jest to niestety okropnie drażniące - westchnął wyraźnie bolejąc nad tym, co to się po Spalonej Nocy wydarzało. On nie mógł spać u siebie w domu, inni mieli jakieś okropne duchy, Warownia została spalona.... Wszystko było nie tak, niewłaściwe i nie na miejscu. - Byłbym skłonny się z panem zgodzić, gdyby Spalona Noc była czymś więcej niż atakiem szaleńca i jego popleczników. Próba. Próba brzmi doniośle niemal. Próby zsyłają bogowie, według wielu wierzeń. To... to miał być strach - i Bertie sam zatrząsnął się lekko, na wspomnienie tak samo płomieni jak i szeptów. Na wspomnienie człowieka, który stał za tym wszystkim. - Ale tak, w tych czasach liczy się przede wszystkim wspólnota. To, by nie pozwolić by bliźni stał sam, głodny i zmarznięty. Trzeba się dzielić, dlatego też wyszedłem z tą inicjatywą - machnął ręką, w kierunku oddalającej się kuchni, kiedy oni sobie spacerowali. Mógłby też podzielić się faktem, ze jednocześnie otwierał właśnie własną restaurację, w związku z czym na słupach ogłoszeniowych wrzeszczały ulotki że potrzebna była pomoc kuchenna, ale nie wypadało na głos chwalić się sukcesami gdy inni cierpieli.
- Panie Shafiq, jestem zaszczycony. Cieszę się, że człowiek pana pokroju postanowił wyciągnąć rękę do potrzebujących. Rozmawia pan z właściwą osobą, bo nie byłbym panu w stanie odmówić. Widzę szczere chęci, za co niezmiernie dziękuję - wyciągnął dłoń, chcąc uścisnąć jego. - Czy ma pan na myśli jakąś konkretną strukturę?
!Strach przed imieniem