• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence

[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
20.01.2026, 19:42  ✶  
Zatrzymałem się w pół kroku, metaforycznie, bo przecież nie zamierzałem nigdzie iść. Po prostu zatrzymałem się wewnątrz, na chwilę, bo chociaż jej głos był spokojny, znałem go wystarczająco dobrze, żeby usłyszeć w nim to napięcie, tę nutkę niepokoju, którą próbowała ukryć. Patrzyła na mnie uważnie, za uważnie, jakby wiedziała, że coś kombinuję - tak uważnie, jakby chciała mnie prześwietlić na wylot, wyłapać każde potknięcie, każdą niespójność. A ja? Przez moment udawałem, że nie słyszałem tego pierwszego pytania - to było dziecinne, byłem tego świadomy, ale zawsze miałem tę głupią tendencję, żeby odwlekać rzeczy, które nie brzmiały dobrze, kiedy wypowiadało się je na głos. Złapałem jej spojrzenie i przez chwilę naprawdę nie wiedziałem, co powiedzieć - to nie była ta część rozmowy, którą miałem przygotowaną. Zawahałem się jeszcze sekundę, jakbym naprawdę liczył, że temat sam zniknie, westchnąłem cicho, bardziej nosem niż ustami, i potarłem kark, jakbym był dzieciakiem przyłapanym na czymś głupim.
Powtórzyła pytanie, spokojnie, cicho, ale z tą upartością, którą miała tylko w takich momentach.
„Jak duży.”
Przełknąłem ślinę, chociaż gardło miałem tak suche, że ten ruch był bardziej symboliczny niż faktyczny - znałem to spojrzenie - nie to czujne, zawodowe, tylko to drugie, osobiste, kiedy próbowała zajrzeć mi pod skórę, nie lubiłem go, nigdy, bo było skuteczne. Tym razem również, bo wreszcie jej odpowiedziałem.
- No… - Mruknąłem, przeciągając samogłoskę jak szczyl, który właśnie zastanawia się, czy naprawdę musi się przyznać. - Nie był s tych… Kieszonkowych. - Odwróciłem wzrok, niby to poprawiając rękaw, niby to sprawdzając, czy nie zostawiam śladów na podłodze, w rzeczywistości potrzebowałem chwili, żeby zebrać myśli, które zaczynały się rozjeżdżać. Zerknąłem na nią z ukosa, gotowy na reakcję, jakbym właśnie powiedział coś zakazanego. - No… - Zacząłem i urwałem, bo zabrakło mi słowa, które nie brzmiałoby źle, przesuwając ciężar z jednej nogi na drugą, gdy świat wokół mnie znów delikatnie się zachwiał, a ja kolejny raz udałem, że to nic. - Taki… Większy. - Zrobiłem krzywą minę, jakby to było niesprawiedliwe ze strony świata, że w ogóle musieliśmy prowadzić tu teraz taką rozmowę. - Był… Większy ode mnie. - Przyznałem w końcu, niechętnie, niemal pod nosem - w moich ustach zabrzmiało to na niemal obrażone, jakby sam fakt, że coś było ode mnie większe, był osobistą zniewagą. - Tlochę. - Podniosłem ramiona w tym moim charakterystycznym geście bagatelizowania wszystkiego, co nie pasowało do narracji „jestem niezniszczalny”, nie dodałem, że „trochę” w mojej definicji często oznaczało „za dużo”, nie powiedziałem, że ledwo stałem, nie powiedziałem, że świat co jakiś czas robił mi krótkie, niepokojące przerwy. „Trochę” było kłamstwem, ale to była wersja, na którą byłem w stanie się zdobyć - to była odpowiedź, którą dawałem zawsze, kiedy nie chciałem powiedzieć prawdy, ale nie miałem już siły jej całkiem ukrywać, widziałem jednak, że to jej nie wystarcza. To słowo było żałośnie niewystarczające - wiedziałem o tym i ona też to wiedziała - westchnąłem cicho, opierając się biodrem o stół, bo moje nogi nagle przypomniały sobie, że są tylko nogami.
Nie spojrzałem na nią od razu, zamiast tego wbiłem wzrok w podłogę, jakby było tam coś strasznie interesującego. Unikałem jej wzroku, bo wiedziałem, że jeśli na nią spojrzę, zobaczę w nim wszystko to, czego nie chciałem teraz widzieć - strach, wspomnienia, napięcie, którego nie potrafiłem jej zabrać, ale też nie wiedziałem do końca, z czego wynikało.
Zawsze tak robiłem - w tej bardzo odległej przeszłości, która nagle wydawała się żenująco bliska, jakbym znowu miał kilkanaście lat i próbował kiwać się od przyjęcia pomocy - starałem się nie patrzeć w oczy Prue, kiedy wiedziałem, że mówię coś, co jej się nie spodoba. Nie w tym „wrogim”, rywalizacyjnym sensie, tylko w tym głębszym, podszytym troską o to, czy wszystko było ze mną w porządku fizycznie. Przesunąłem dłonią po karku, zostawiając tam smugę zaschniętej krwi i błota, próbowałem się lekko uśmiechnąć, chociaż mięśnie twarzy nie do końca chciały współpracować, ostatecznie skrzywiłem się lekko, bardziej z irytacji na samego siebie niż z bólu.
- Ale to nic nie znaczy. - Dorzuciłem szybko. Unikałem jej wzroku jeszcze przez chwilę, skupiając się na jakiejś plamie na podłodze, jakby była fascynująca. Ramiona miałem napięte, a zimno znów przeszyło mnie od środka. - Wiesz, jakie są te cholelne… Zwieszęta. Masa, kły, zelo losumu. Miał pszewagę gabalytów, tyle. Ja miałem pszewagę doświadczenia. To nie było stalcie na mózgi, ale umiem sobie ladziś. - Powiedziałem, jakby to wszystko wyjaśniało. Nie powiedziałem jej za to, że był szybszy, silniejszy, że w pewnym momencie naprawdę nie byłem pewien, czy z tego wyjdę. Zadrżałem lekko, chociaż starałem się to zamaskować, wsuwając dłonie w kieszenie spodni, każdy mój ruch był opóźniony, jakby ciało miało własny zegar, niezsynchronizowany z moją głową. Patrzyłem na nią, wiedząc, że nie kupuje tej historii w całości, i jednocześnie modliłem się w duchu, żeby nie drążyła. Nie dlatego, że miałem coś do ukrycia przed nią jako żoną, tylko dlatego, że nie chciałem, żeby te skojarzenia, jakie nadal podświadomie pamiętałem widoczne na jej twarzy, wróciły - nie teraz, nie w tej nocy, gdy już dostatecznie mocno się zestresowała - nie rozumiałem tego, jaki miała związek z wilkołakami, ale wiedziałem, że ten temat ją drażnił, wzbudzał w niej niechciane odczucia. To mi w zupełności wystarczyło, by nie chcieć jej dokładać. Spróbowałem się uśmiechnąć, krzywo, półżartem, jakbym opowiadał o przepychance z jakimś upartym bydlakiem, a nie o czymś, co jeszcze chwilę temu mogło mnie zabić.
- Poza tym nie byłem tam sam. Byłem s Geldą. Mam ją odciąszaś, wiesz? To taka jakby… Etatowa placa. Dzięki temu nie muszę wyjeszczaś nigdzie dalej, mogę tu zostaś, wiesz, bez obaw o zlecenia. - To miało być łagodzące, odwrócić uwagę Pruey, może nawet ją ucieszyć. - Lasem byliśmy… Mniej więcej tacy jak on. - Odezwałem się jeszcze, półgłosem, jakby to było coś wstydliwego, ale łagodzącego okoliczności zlecenia. „Trochę”, „mniej więcej”, to było głupie porównanie, dziecinne, ale prawdziwe w mojej głowie - dwie sylwetki przeciwko jednej, dwa cienie na jednego, mniej strachu, więcej kontroli, przynajmniej w teorii. - To nie była solówka. Matematyka działała na naszą koszyść. - To było kolejne kłamstwo, ale mówiłem je tak miękko, jakbym próbował nim okryć nie tylko ją, ale i siebie. Nie wspomniałem, że to była bardzo kreatywna matematyka. Nie powiedziałem nic o tym, jak blisko było do tego, żeby nie wrócić. Nie powiedziałem, że w pewnym momencie przestałem czuć palce. Nie powiedziałem, że kiedy teleportowałem się do domu, świat już mi się rozjeżdżał. Zamiast tego wzruszyłem ramionami, jakby to było nic, chociaż to też było kłamstwo - radziłem sobie, zawsze sobie radziłem, tylko to nie znaczyło, że było dobrze.
Wciągnąłem powietrze, cicho, bo wiedziałem, że nie odpuści, i może właśnie dlatego westchnąłem tak, jakby to było największe z moich zmartwień, a nie to, że świat zaczynał mi się rozjeżdżać na krawędziach.
- Sunny… - Powiedziałem miękko, tym tonem, którego używałem tylko przy niej. - To naplawdę nic wielkiego. - Ale nie patrzyłem jej wtedy w oczy, skupiłem wzrok tym razem gdzieś nad jej ramieniem, jak dzieciak, który próbuje wymyślić odpowiedź wystarczająco dobrą, żeby zakończyć temat. - No, dobla, jasne, sze tlochę mojej tesz tam jest. - Przyznałem niechętnie. - Ale selio, to balsiej jego nisz moja. Jak się s kimś tak… No, szalpiesz, to tludno wyjść czystym. - Znowu próbowałem to obrócić w coś zwyczajnego, coś, co nie zasługiwało na to skupione spojrzenie, i na ten ciężar w powietrzu.
- Telepoltacja? - Powtórzyłem, jakbym dopiero teraz naprawdę o tym pomyślał. Uśmiechnąłem się krzywo, słysząc to wszystko, i pokręciłem głową, jakbym właśnie przyłapał ją na nadinterpretowaniu świata. - Po plostu byłem zmęczony. Tyle. Chciałem jusz byś w domu, myślami byłem tutaj, nie tam, ale jeszcze niezbyt znam okolicę. Czasem tak jest, wiesz. - To też było półprawdą, bo myślami faktycznie byłem tutaj, cały czas, ale jednocześnie nie powiedziałem, że przestrzał wyniknął z tego, że w pewnym momencie świat zaczął mi się rozpływać, dźwięki były jak spod wody, nogi przestały być pewne, a ziemia nagle zrobiła się zbyt miękka - tych rzeczy się nie mówi, kiedy chce się kogoś uspokoić.
Spojrzałem na nią z góry, zmęczonymi oczami, próbując wyglądać normalnie, silnie, stabilnie.
- Pszysięgam, sze zalaz będę wyglądał jak człowiek, a nie jak coś wyciągnięte s lowu. - Powiedziałem miękko. - Daj mi tylko chwilę. Chyba tak, wiesz, ostatnie lata spędzałem tam, gdzie paździelnik oznaczał dwadzieścia stopni w cieniu i ludzie narzekali, sze jest „chłodno”. - Dodałem, drętwiejącymi palcami robiąc cudzysłów w powietrzu, by wyglądać lżej, nawet jeśli wszystko we mnie coraz bardziej się kołysało, drżąc bardziej niż chciałem to pokazać. - Pustynie, południe, ciepło, kusz, słońce. - Dodałem, machając dłonią, jakbym opowiadał o wakacjach, a nie o pracy, która zwykle kończyła się gorzej, niż powinna. - Więc jak telas wlacam do tej naszej wilgotnej, angielskiej welsji, to wszystko wydaje mi się alktyczne. - Pokiwałem głową powoli, jakbym naprawdę rozważał i od razu uprzedzał jej słowa, a nie próbował wymyślić kolejną wersję rzeczywistości, którą da się jej sprzedać.
„Herbata” - wróciłem do tego jak do koła ratunkowego - kiwnąłem głową, trochę za szybko, jak dzieciak, który chce zamknąć temat, zanim ktoś zdąży zadać kolejne pytanie.
- Pasuje. - Odowiedziałem od razu. - Idealnie, Tounsòl.
Plan brzmiał sensownie, wystarczająco sensownie, żebym nie musiał się z nim kłócić, kilka minut w łazience, trochę wody, ciszy, może uda mi się poskładać siebie do wersji, którą łatwiej będzie jej zaakceptować. W rzeczywistości każda część mnie chciała powiedzieć „nie trzeba”, „poradzę sobie”, „zaraz wrócę”, ale zabrakło mi na to siły, albo odwagi, albo serca.
- Tylko się nie spiesz. - Dodałem, trochę ciszej. - Nie uciekam. - Próbowałem zabrzmieć lekko, zwyczajnie, jak facet, który wrócił brudny z roboty i zaraz wskoczy pod prysznic - ktoś, kto ma pełną kontrolę nad własnym ciałem, a nie jak ktoś, kto liczy każdy wdech. - Pamiętaj, mam tszydzieści siedem lat. Czasem czuję wszystko w kościach. - Dorzuciłem, wzruszając ramionami. - To się zdasza. Stalszym panom. - To było prawie śmieszne.
Nie byłem starszym panem, nie miałem też trzydziestu siedmiu lat, tylko trzydzieści trzy, ale brzmiało to o niebo lepiej niż prawda, zgodnie z którą… To jedno, bardzo określone słowo przemknęło mi przez głowę szybciej, niż bym chciał, ale nie pozwoliłem mu się wydostać.
Kiedy się odsunęła, poczułem, jakby ktoś zabrał mi punkt odniesienia, jej obecność działała jak coś stabilnego, jak ściana, o którą mogłem się oprzeć, nawet jeśli fizycznie tego nie robiłem, teraz musiałem iść sam. Odwróciłem się w stronę łazienki powoli, zbyt powoli jak na kogoś, kto „ma się świetnie”, ale wiedziałem, że patrzyła - czułem to na karku, więc wyprostowałem się trochę bardziej, ściągnąłem ramiona, spróbowałem iść równiej, pewniej. Każdy krok był jak negocjacja z własnym ciałem - „jeszcze jeden, tylko jeszcze jeden” - były wolniejsze, niż chciałem, ale starałem się tego nie pokazywać, tylko dłonie miałem zaciśnięte trochę zbyt mocno. Wiedziałem, że analizowała sposób, w jaki się poruszałem, jak stawiałem stopy, jak rozkładałem ciężar, zawsze była dobra w takich rzeczach - widziała więcej, niż chciałem, więc każdy mój kolejny ruch był przemyślany, wyliczony.
Zamknąłem za sobą drzwi łazienki i przez moment po prostu stałem nieruchomo, oparty o nie plecami, próbując złapać równy oddech i odzyskać tego normalnego siebie, jakbym mógł w ten sposób na sekundę zatrzymać czas i przewinąć taśmę o kilka godzin wstecz, a potem zapaliłem światło - jasność uderzyła mnie mocniej, niż się spodziewałem, lustro naprzeciwko też było bezlitosne, praktycznie od razu zobaczyłem w nim siebie, a raczej kogoś, kto jeszcze wyglądał jak ja - wysoki, szeroki w barach, z zarostem, z tymi samymi oczami, które zawsze patrzyły na świat z ironią, tylko że teraz to spojrzenie było inne, puste w miejscach, w których zwykle mieszkała pewność. Wyglądałem jak ktoś, kto wrócił z miejsca, z którego nie powinien był wrócić, ale adrenalina najwyraźniej wciąż trzymała mnie w pionie, jakby robiła mi przysługę, przekierowała się, zamiast opaść, dzięki niej stałem, dzięki niej oddychałem, dzięki niej nie klęknąłem. Patrzyłem na swoje odbicie długo, zbyt długo, próbowałem złożyć to w coś, co da się naprawić - coś, co da się zszyć, zakleić, zaleczyć, zawsze się dało. Nie dramatycznie, nie jak w opowieściach, po prostu… Logicznie.
Zapach nocy, jaki wreszcie poczułem wyraźniej w tym małym pomieszczeniu, był niemal odurzający - metaliczny, słodkawy, zmieszany z błotem, dymem i czymś, czego nie chciałem nazywać - zbyt gęsty, żeby dało się go tak po prostu zignorować. Wiedziałem, co to jest, zanim jeszcze zacząłem zdejmować z siebie ubrania - ciemne ciuchy, grube, praktyczne, warstwowe, stworzone do tego, żeby chronić - to była woń czegoś, czego nie powinno się przynosić do domu.
Skórzany płaszcz opadł pierwszy, bo już zbyt długo ciążył mi jak coś obcego - zawsze był ciężki, ale teraz miał dodatkowy, lepki ciężar, który czułem w całym ciele - rozpiąłem klamry wolno, bo każda z nich wymagała skupienia, aż wreszcie  zsunął się z ramion ciężko, z tym głuchym dźwiękiem, który zawsze kojarzył mi się z końcem naprawdę długiego dnia. Palce miałem odrętwiałe, nie bolały, nie naprawdę, raczej nie czuły, jakby ktoś odciął je od reszty mnie i kazał pracować im w oparciu o pamięć mięśni. Rozbierałem się zbyt otępiale, jak na kogoś, kto zawsze robił rzeczy szybko, sprawnie, bez zastanowienia, ale to nie było nic szczególnego, już mi się tak zdarzało. Guzik po guziku, suwak, pasek, ten ostatni pachniał metalem, mokrą sierścią, czymś słodkawo-gnilnym. Materiały odklejały się od skóry z cichym, nieprzyjemnym dźwiękiem, który od razu sprawił, że żołądek mi się ścisnął. Ściągałem kolejne warstwy powoli, bardzo powoli, nie dlatego, że chciałem być ostrożny, tylko dlatego, że szybciej się nie dało. Musiałem skupiać się na każdym ruchu osobno, jakby to była skomplikowana sekwencja zaklęć odpieczętowujących, ale to też był odruch - stary, wyuczony - „jeszcze chwila i wszystko się ułoży”, jakbym miał nieskończoność czasu, a nie jego resztki. Oddychałem jednak płytko, licząc w głowie, aż wreszcie miałem za sobą zdejmowanie wszystkiego z górnej części ciała. To wtedy po raz pierwszy oparłem dłonie o umywalkę - odbicie zrobiło to samo - ponownie przyglądając się sobie. Wyglądałem jak ktoś, kto próbuje udawać, że wszystko jest w porządku, bo nie zna innego sposobu istnienia - stoi tylko dlatego, że nie dostał jeszcze informacji, że nie powinien.
Spojrzałem w lustro, ale to nie było już spojrzenie na twarz, to był skan, jak zawsze - od góry w dół, profesjonalnie, beznamiętnie, i… Wtedy dotarło do mnie, że coś się nie zgadza. Nie jako olśnienie, nie jak dramatyczną myśl, tylko fakt, cichy, bez fanfar, tak samo zwyczajny jak to, że jutro miałem naprawić zawias w kuchennej szafce. To było spokojne, przerażająco spokojne, jak moment, w którym orientujesz się, że ostatni pociąg już odjechał i nie ma sensu biec. Nie musiałem się dotykać, żeby wiedzieć, wystarczyło spojrzeć. To nie było coś, co dało się zalepić plasterkiem. To nie było coś, co dało się zaszyć, zaleczyć, zagadać. To nie było coś, co da się „ogarnąć”. Nie nawet tym moim upartym przekonaniem, że zawsze jakoś się wygrzebuję. Nie było tu żadnego „zaraz”. Złapałem się krawędzi umywalki, bo obraz lekko się przechylił, ale wciąż stałem, oddychałem, patrzyłem na swoje odbicie - nie miałem pojęcia, dlaczego, naprawdę nie wiedziałem, czemu jeszcze nie leżę, dlaczego ciało jeszcze udaje, że wszystko jest w porządku. A może wiedziałem? Adrenalina nie opadła, ona zmieniła kierunek - z bólu zrobiła ciszę, z paniki zrobiła spokój. Zrobiła mi ten jeden, ostatni prezent. To było coś, co nie powinno się zdarzyć komuś, kto jeszcze stoi, a jednak się działo.
Patrzyłem na to i… Nie panikowałem. Byłem zaskakująco spokojny, jakby mózg uznał, że nie ma sensu podnosić alarmu.
Oparłem czoło o chłodną taflę lustra, zamknąłem oczy, przełknąłem ślinę, chociaż gardło miałem suche jak popiół, i pozwoliłem sobie na jedną krótką, bardzo niepraktyczną myśl, jakby ktoś zgasił światło i zostawił tylko małą, słabą lampkę refleksji.
„Nie teraz. Jeszcze nie teraz.”
Wiedziałem, co to znaczy, nie potrzebowałem diagnozy, nie potrzebowałem światła, zaklęć, niczego. Znałem swoje ciało, znałem takie rany, wiedziałem, które są „do przeżycia”, a które są… Inne.
„Jeszcze nie”, pomyślałem, „nie tak, proszę”.
Jeszcze nie teraz, jeszcze nie, kiedy ona jest w kuchni, kiedy robi mi herbatę, kiedy myśli, że to tylko brudne włosy i parszywe zlecenie.
Spojrzałem sobie w oczy w lustrze - były ciemniejsze niż zwykle, jakby ktoś przygasił światło od środka.
„Ogarniesz się, musisz”, powiedziałem do siebie bezgłośnie, to było kłamstwo, wiedziałem to, ale nadal stałem, nadal oddychałem, nadal byłem tutaj, nawet jeśli wszystko we mnie było…
Nie „źle”.
Źle.
Zapach był wszędzie - metaliczny, słodkawy, nie do pomylenia z niczym innym - wmawiałem sobie, że to nie moje, powtarzałem to jak mantrę. Jeszcze chwilę temu byłem w stanie w to wierzyć, teraz już nie, bo kiedy materiał zsunął się z boku, zobaczyłem to w lustrze, najpierw jakby nie do końca - oko rejestrowało, ale głowa jeszcze nie chciała przyjąć tej myśli - skóra była rozdarta, głęboko, nie jak zadrapanie, nie jak rana, którą da się „ogarnąć”, ciemnoczerwone linie były zbyt szerokie, zbyt nierówne, rozdarte do żywego, do tego miejsca, które nie powinno być widoczne.
Mój bok był rozorany, nie zadrapany, nie „poturbowany” - rozorany. Rany ciągnęły się przez znaczną część tkanki, jak coś, co nie powinno się zdarzyć żywemu człowiekowi. Nie było żadnej sztuczki, żadnego „jeszcze chwila”, żadnego planu B. Ciało zaczynało wysyłać sygnały, których nie dało się już ignorować - chciałem usiąść, chciałem się położyć, chciałem zamknąć oczy. Skrzywiłem się, ale nie wydałem dźwięku, wreszcie dotykając rany mokrymi palcami. Nie musiałem upewniać się, że była realna, głęboka, ostateczna…
Nie było sensu niczego porządkować, naprawiać, poprawiać, nie było sensu niczego „doprowadzać do użyteczności”, nie było sensu się myć, nie było sensu robić nic, co zakładało, że istnieje „potem” - nie, bo czas nagle stał się czymś bardzo drogim, a ja nie zamierzałem go wydawać na bzdury. Nie próbowałem nawet ściągać spodni, sięgnąłem tylko po czystą koszulkę z grzejnika i naciągnąłem ją na brudne ciało, niedbale, jak ktoś, kto już nie musi robić dobrego wrażenia. Nie było sensu ściągać spodni. Dom spał, jakby nic się nie wydarzyło, jakbyśmy nie mieli tu całego życia, które dopiero zaczęło się układać, ale my byliśmy trzeźwi, przytomni, jeszcze razem…
To nie był moment na maskowanie czegokolwiek, to był moment na bycie.
Odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z łazienki.
Korytarz był cichy, dom był cichy - ten dom, który miał być naszym początkiem. Miejscem, gdzie będziemy uczyć się wspólnych poranków, kłótni o głupoty, wieczorów na kanapie. Jeszcze wczoraj rozmawialiśmy o przyszłości. O planach. O rzeczach, które miały lub nie miały się wydarzyć „kiedyś”.
Tak bardzo myślałem, że mamy czas.
Tygodnie. Miesiące. Lata.
Korytarz był długi, zbyt długi, światło z kuchni sączyło się miękko, złoto i ciepło, jakby chciało mnie oszukać. Kiedy ją zobaczyłem, z tym dzbankiem w rękach, z tym skupieniem na twarzy, z tym zwyczajnym ruchem, który robiła tysiące razy, coś we mnie pękło.
Nie uciekłem wzrokiem, wlepiając w nią oczy, które w tym momencie musiały bardziej przypominać ciemne, rozszerzone ślepia.
- Pszeplasam. - Powiedziałem tylko.
Tylko tyle. Nie „kocham cię”. Nie „boję się”. Nie „ratuj mnie”.
„Przepraszam”.
Nic więcej.
Nie wiedziałem, za co dokładnie. Za kłamstwa. Za opóźnienie. Za to, że wróciłem. Za to, że nie wróciłem w porę. Za to, że w ogóle byłem.
Jeszcze wczoraj rozmawialiśmy o przyszłości, prowadziliśmy jedną z tych trudnych rozmów, poważnych, rozsądnych. Po co? To było zupełnie niepotrzebne. Powinniśmy byli się śmiać. Powinniśmy byli być głupi, młodzi, zakochani. Powinniśmy byli kochać się do upadłego, żartować, być razem, zamiast planować rzeczy, które teraz wydawały się absurdalne.
„Myślałem, że będę miał czas, żeby cię jeszcze trochę kochać”, te słowa nie padły, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie - musiała być, prawda?
Spojrzałem na dzbanek w jej rękach.
Powinna nie być tu sama.
Powinna kogoś wezwać.
Kogokolwiek. Jej ludzi. Naszych ludzi. Miałem w głowie nazwiska, twarze, głosy. Wiedziałem, że przyjdą. O każdej porze. Nawet teraz. Nawet o świcie.
Otworzyłem usta, żeby to powiedzieć. Żeby ją o to poprosić.
Ale przez moment tylko stałem, bo nie wiedziałem, jak się mówi komuś, że świat właśnie się skończył, a on jeszcze o tym nie wie.
Nie uciekłem wzrokiem. Nie potrafiłem. Patrzyłem na nią poważnie, pierwszy raz bez żadnej osłony, bez żartu, bez półprawd. Widziałem dzbanek z herbatą w jej rękach. Jeszcze ciepłą. Przygotowaną dla mnie.
To mnie złamało bardziej niż ból.
„Przepraszam”.
Jedno słowo. Za wszystko.
Za to, że wróciłem tak.
Za to, że nie wróciłem tak, jak powinienem.
Za to, że wczoraj rozmawialiśmy o przyszłości, zamiast po prostu być.
Za to, że nie kochaliśmy się do upadłego.
Za to, że nie byliśmy po prostu młodym małżeństwem, które śmieje się z byle czego, bo może.
To była miłość mojego życia. Wiedziałem to bez żadnych wątpliwości.
I nagle już nie żartowałem.
Spojrzałem na ten dzbanek jeszcze raz. Na jej dłonie. Na jej twarz. To nie było coś, co da się zalepić plasterkiem. Nie było zaklęcia, które to cofnie. Nie było „zaraz będzie lepiej”. To nie była kwestia czasu. To był jego brak.
- Nie powinnaś byś tu sama. - Powiedziałem cicho, spokojnie, jakbym mówił o czymś zupełnie zwyczajnym. - Tszeba kogoś wezwaś. - To nie było dramatyczne, to było… Praktyczne, jak ostatnia rzecz na liście rzeczy do zrobienia przed wyjazdem na wakacje. Na nasz miesiąc miodowy, który mieliśmy w planach… „Niedługo”.
Nie zrobiłem kroku w jej stronę. Bałem się, że jeśli to zrobię, nie będę w stanie się zatrzymać. Albo że się przewrócę. Albo że coś we mnie w końcu zrozumie, że to nie jest kolejna noc, z której „jakoś wyjdę”, a potem tak po prostu się podda.
Patrzyłem na nią, próbując zapamiętać każdy szczegół. Jak trzyma dzbanek. Jak stoi. Jak oddycha.
- Nie zostań sama. - Powiedziałem cicho, bez patosu. - Dobsze?
Naprawdę myślałem, że mamy więcej czasu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (17157), Prudence Fenwick (12385)




Wiadomości w tym wątku
[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.01.2026, 14:05
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.01.2026, 19:08
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.01.2026, 21:02
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.01.2026, 23:25
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.01.2026, 12:15
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.01.2026, 19:42
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.01.2026, 23:35
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.01.2026, 01:41
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 21.01.2026, 14:35
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.01.2026, 22:18
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 22.01.2026, 00:27
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.01.2026, 13:55
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.01.2026, 23:19

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa