21.01.2026, 03:33 ✶
Siedziałam w salonie mojego syna i synowej, z dwojgiem szesnastolatków, którzy z uporem godnym lepszej sprawy udawali, że są sobie absolutnie obojętni - to było urocze, naprawdę urocze, kompletnie nieskuteczne, bo w praktyce… Uśmiechnęłam się do siebie, dyskretnie, patrząc na tych dwoje z taką samą mieszanką rozbawienia i cichej, głębokiej satysfakcji, jaką czułam, kiedy patrzyłam na pierwsze kroki moich wnucząt po dywanie wiele lat temu. Nie trzeba było kart, żeby widzieć, że to było coś więcej, ale skoro już miałam je w torebce, nie zamierzałam udawać, że ich nie mam.
Prue sięgnęła po tarota jako pierwsza - zrobiła to z tą swoją cichą determinacją, co do której zawsze miałam nadzieję, że kiedyś obróci się w coś dobrego - powoli, z powagą, którą miała od małego, kiedy coś naprawdę ją obchodziło. Aloysius zajął miejsce naprzeciwko niej, cały spięty, obrażony na świat i na sam fakt, że ktoś próbuje mu powiedzieć coś o przyszłości - najpierw się boczył, burczał swoje „nie wierzę w głupoty”, próbował udawać, że to go wcale nie rusza, ale w końcu zsunął się na podłogę, chociaż wcale nie musiał tego robić. Nie usiadł elegancko, nie zrobił tego z wdziękiem, po prostu zszedł na jej poziom, bardzo dosłownie, nawet jeśli praktycznie od razu otwierając usta, by się zdyskredytować.
- Och, nie dramatyzuj. - Powiedziałam spokojnie. - To nie jest karta końca w sensie „wszyscy umrzemy”, nie uprzedzajmy faktów, dobrze?
Patrzyłam na nich i musiałam przygryźć wargę, żeby się nie roześmiać na głos - klasyka nastoletniej miłości, która jeszcze nie wie, czy chce się spalić, czy tylko trochę przypiec - ten dobry, ten zły, ten, który cię uratuje, ten, który cię zostawi, ten, który nigdy nie spojrzy w twoją stronę… Ta obojętna, ta wspaniałomyślna, ta zimna, ta zdystansowana, ta zupełnie niezainteresowana tobą… Wszystko naraz. W tym wieku mało kto nigdy nie myślał o tym, by przeżyć coś godnego zapamiętania i, cóż, im więcej czasu spędzałam z tą dwójką, tym bardziej byłam zdania, iż w ich przypadku, te fantazje dostały bardzo konkretne personalia.
Wystarczyło być chociażby odrobinę uważnym, by zauważyć, że moja wnuczka od lat żyła w siedmiu różnych wersjach własnej historii jednocześnie. W jednej była poirytowana gośćmi w domu, w drugiej tęskniła za czymś niekonkretnym, mglistym, nienazwanym, ale z bardzo realnym błyskiem zamyślenia w oczach, w trzeciej udawała, że ma wszystko w nosie, w czwartej… Cóż, klasyczna Prue, zawsze musiała mieć przed sobą wszystkie opcje naraz, zanim wybierze jedną. Siódemka Pucharów na samym początku jej rzędu… Uśmiechnęłam się do siebie w duchu - oczywiście - musiałam przygryźć wewnętrzną stronę policzka, żeby się nie roześmiać na głos. Mnóstwo kielichów, mnóstwo marzeń, mnóstwo wersji rzeczywistości w jednej, skołatanej głowie - wszystkie te czarki stały przed nią, piękne, kuszące i zupełnie puste, bo żaden z nich w rzeczywistości nie był całkowicie tym, co sobie wyobrażała. A ona, biedactwo, nie potrafiła jeszcze zdecydować, który z nich naprawdę zawiera wino.
Nachyliłam się lekko do przodu i spojrzałam na rozkład, wystarczył jeden rzut oka, już wiedziałam, że będzie mi trudno zachować powagę.
- No, dobrze, kochanie… - Zaczęłam spokojnie, zniżając głos tak, żeby tylko ona i Aloysius mnie słyszeli, chociaż przecież w salonie nie było nikogo innego. - Popatrzmy, co karty dzisiaj dla ciebie mają. - Pochyliłam się nad stolikiem, spojrzałam na układ i przez chwilę nic nie mówiłam.
Siódemka Pucharów. Trójka Buław. Śmierć. Piątka Pucharów. Dwójka Pucharów.
- Hmmm… - Mruknęłam, przeciągając to „hm” specjalnie, żeby ich oboje trochę pomęczyć, w rzeczywistości odetchnęłam powoli, żeby nie parsknąć śmiechem, i dopiero wtedy przeniosłam wzrok na wnuczkę.
- No, proszę. - Powiedziałam. - Od razu na głęboką wodę. - Przesunęłam palcem nad pierwszą kartą. Lubiłam ten moment ciszy, kiedy ludzie myślą, że zaraz usłyszą coś wielkiego, a ja mogę im powiedzieć coś małego, ale celnego.
- Siódemka Pucharów. Wiesz, co ona zwykle oznacza? - Zaczęłam spokojnie, stukając palcem w kartonik. Mnóstwo możliwości, mnóstwo wersji tej samej historii, mnóstwo wyjaśnień, które brzmią bardzo rozsądnie… I żadna nie jest do końca prawdziwa. Spojrzałam na nią znacząco.
- To jest karta zamieszania, wyobraźni, czasami przesady. Myślenia o zbyt wielu rzeczach naraz. Widzisz? Tu nic nie jest jednoznaczne. Trochę marzeń, trochę lęków, trochę „a co jeśli”, trochę „to głupie”. To karta ludzi, którzy mówią sobie „to nic takiego”, a potem pół nocy nie mogą zasnąć. Bardzo młodzieńcza. - Dodałam łagodnie, bo ktoś tu zdecydowanie miał tendencję do komplikowania rzeczy, które wcale nie były aż tak skomplikowane.
Kiwnęłam głową, przechodząc dalej - Trójka Buław - i już wiedziałam, że to się ruszyło. Coś w niej już zdecydowało, tylko jeszcze nie powiedziała tego ani wewnątrz, ani na głos. Zerknęłam przelotnie na Aloysiusa, który siedział z założoną ręką i tą swoją miną „nie wierzę w te bzdury”, ale oczy miał utkwione w kartach Prue o wiele uważniej, niż chciałby przyznać. Ona też spoglądała na niego kątem oka, nawet jeśli nie chciała, by to było widoczne.
Przesunęłam palec do drugiej karty.
- To jest karta patrzenia w przyszłość. Taka, co mówi „jeszcze nie teraz, ale już niedługo”. To nie jest karta natychmiastowych rozwiązań, to karta ludzi, którzy stoją i zastanawiają się, czy ruszyć dalej. - Spojrzałam na Prue spod rzęs. - Czasem bardzo długo się zastanawiają. - Odchrząknęłam, niby wyłącznie przez to, że zaschło mi w gardle. - A czasem potrzebują małego… Popchnięcia. - Nie powiedziałam, od kogo, zamiast tego pochyliłam głowę, patrząc na nich jak na dwa kociaki, które syczą na siebie, a jednocześnie nie potrafią przestać krążyć wokół tej samej miski.
Potem dotknęłam trzeciej karty i westchnęłam teatralnie, nawet jeśli serce mi podskoczyło z radości - nie dlatego, że lubiłam dramaty, dlatego, że lubiłam szczęśliwe zakończenia, które kosztowały swoje, bo takie były najszczersze, najbardziej trwałe.
- Spokojnie, nikt tu dziś nie umrze. - Stwierdziłam. - Ta Śmierć, którą tak dramatycznie wypatrzyłeś, mój drogi - zwróciłam się do niego z lekkim uśmiechem - nie oznacza końca, to taka… Jesień, która chociaż poprzedza zimę, ostatecznie tak naprawdę ustępuje miejsca wiośnie. Stare liście opadają, by nowe mogły się rozwinąć wraz z kwiatami. Coś się zamyka, żeby coś zupełnie nowego mogło się otworzyć. Czasem to przerażające, ale najczęściej - wyzwalające.
Spojrzałam na Aloysiusa - siedział sztywno, z tą swoją arystokratyczną miną „ja tu tylko przypadkiem jestem”, ale oczy mu błyszczały. Znałam to spojrzenie - tak samo patrzył dziadek Prudence, kiedy w wieku dziewiętnastu lat oświadczył mi, że zabiera mnie do Londynu, choćby cała moja rodzina poszła do grobu i się tam wywróciła do góry nogami.
- To jest karta zmian. Takich, których nie da się cofnąć. Koniec jednej wersji rzeczywistości i początek innej. Zazwyczaj ludzie się jej boją, bo lubią udawać, że nic się nie zmienia. - Spojrzałam na Prue. - A nic nie stoi w miejscu, skarbie. Nawet jeśli bardzo byśmy tego chcieli.
Śmierć - najpiękniejsza karta w całym tym metaforycznym arsenale, kiedy pojawia się w miłości. Coś musi umrzeć, żeby mogło się narodzić, a ja doskonale wiedziałam, co takiego. Te wszystkie bzdury, które nosiło się na plecach jak zbroję, te „oczekiwania rodziny”, to wszystko musiało zdechnąć, jeśli ten układ miał się kiedykolwiek sprawdzić - i dobrze, bardzo dobrze.
Piątka Pucharów przyszła zaraz po niej - no, tak, oczywiście - ból, żal, poczucie, że coś ważnego zostało rozlane i nigdy nie wróci. Rodzina, nazwisko, pozycja, stare przyzwyczajenia… Coś z tego będzie musiało zostać na zawsze za nimi. Nie da się wejść do nowego domu, trzymając w rękach wszystkie stare klucze.
- Piątka Pucharów. Smutek. Rozczarowanie. Żal. Taka karta, która mówi „coś straciłam i bardzo to przeżywam”. Ale wiesz, co jest w niej ciekawe? - Nachyliłam się. - Że zawsze w tle stoją jeszcze dwa puchary, których ktoś nie widzi, bo patrzy tylko na te przewrócone. - Przesunęłam wzrokiem po obrazku. - To jest karta, która uczy, że czasem człowiek sam sobie dokłada cierpienia, bo nie chce spojrzeć w bok. Skupia się na tym, co poszło nie tak, zamiast na tym, co wciąż stoi.
A potem przesunęłam palec na ostatnią - Dwójka Pucharów - tu już nie byłam w stanie powstrzymać uśmiechu.
- A na końcu - powiedziałam - jeśli już mowa o dwóch pucharach, mamy kartę, którą ludzie na ogół bardzo lubią. - Uniósł mi się kącik ust, bo cokolwiek te karty opisywały, to nie była to historia o samotnym bohaterze, tylko raczej o kimś, kto bardzo chciał udawać, że wszystko robi sam. - To jest karta „ja i ktoś jeszcze”.
Prudence udawała, że była bardziej zainteresowana kartami niż siedzącym przed nią kolegą, Aloysius udawał, że wcale go to nie interesuje, a ja… Ja miałam wrażenie, że oglądam przedstawienie, w którym aktorzy zapomnieli, że publiczność ma oczy.
Kiedy przyszła kolej na jego karty, zerknęłam na rozkład i musiałam powstrzymać się, żeby nie unieść brwi zbyt wysoko, bo już po pierwszym spojrzeniu wiedziałam, że to będzie jeszcze zabawniejsze.
Królowa Mieczy. Kapłanka. Trójka Denarów. Dwójka Pucharów. Trójka Denarów.
Przeniosłam wzrok z kart na ich właściciela - siedział oparty plecami o kanapę, z tą swoją miną kogoś, kto był gotowy w każdej chwili powiedzieć, że to wszystko jest głupie - uśmiechnęłam się do siebie.
- No, proszę. - Powiedziałam. - Ktoś tu przyszedł z tarczą. - Nie skomentowałam tego bardziej, ale nie wydawało mi się, bym musiała to robić, wszystko było jasne - udawał, że go to bawi, udawał, że go to nie obchodzi, udawał bardzo intensywnie, co samo w sobie było dość zabawne. Nachyliłam się jeszcze bardziej, oparłam łokcie na kolanach i spojrzałam na rozkład z zainteresowaniem, jakby to była zupełnie zwyczajna sprawa, a nie coś, co krzyczało do mnie symbolami.
- To karta „ja sobie radzę”, „nic mnie nie rusza”, „mam wszystko pod kontrolą”. - Zrobiłam krótką pauzę. - Nawet jeśli to nie do końca prawda. - Spojrzałam na niego znacząco, a potem z powrotem na karty, doskonale wiedząc, co to oznaczało w zestawieniu z tym, co wyciągnął w następnej kolejności - Królowa Mieczy i Kapłanka razem… To był ktoś, kto udaje, że nic nie czuje, a potem przeżywa wszystko w samotności.
Przesunęłam palcem na kolejną.
- Kapłanka. - Powiedziałam ciszej. - Tajemnice, rzeczy, które się czuje, ale nie mówi. Emocje, które siedzą głęboko i udają, że ich nie ma. - Uniosłam brew. - To karta ludzi, którzy mają w środku cały ocean, ale pokazują światu szklankę wody. - Znowu zerknęłam na niego. - I są bardzo dumni z tej szklanki. - Zerknęłam w górę, jakby to było tylko luźne skojarzenie. - Królowa Mieczy na zewnątrz, Kapłanka w środku. Bardzo męcząca kombinacja, swoją drogą. - Mówiąc to, poczułam to znajome ukłucie rozbawienia, nie tego lekkiego, tylko tego, które mówiło „och, ty biedne, uparte stworzenie”. Zwykle tacy ludzie są bardzo przekonujący, głównie dla siebie, ale co mi tam wiedzieć…
- Trójka Denarów to jest karta „zrobię”, „naprawię”, „postawię”, „zorganizuję”. - Uśmiechnęłam się. - Bardzo praktyczna. Bardzo konkretna. - Zmrużyłam lekko oczy. - To nie jest karta wielkich deklaracji. To jest karta „zobacz, co robię, a nie co mówię”. - Odchrząknęłam, nie spodziewając się, że to zostanie odebrane przychylnie. Ludzie z tą kartą rzadko mówili, co czują, oni to pokazywali - raczej naprawiali coś, przynosili, pomagali lub po prostu stali obok, gotowi zainterweniować, nawet jeśli nikt by ich o to nie posądzał - no, właśnie, bo czasem ktoś nie rozumiał, że to, co robili, było ich językiem. Oni nie mówili „zależy mi”, oni to okazywali, na swój poplątany sposób.
Dwójka Pucharów - tu już nawet nie próbowałam ukrywać rozbawienia.
- Och - powiedziałam miękko - znowu ta sama karta. - Popatrzyłam na nią przez chwilę, jakby była czymś bardzo ciekawym. - Interesujące, że pojawia się tutaj, pomiędzy kontrolą a budowaniem. Bardzo dziwny zbieg okoliczności. - Przez moment nic nie powiedziałam, lubiłam to napięcie, lubiłam, kiedy młodzi ludzie myśleli, że zaraz powiem coś bardzo mądrego albo bardzo strasznego.
I na końcu znów Trójka Denarów.
- A to już jest wręcz urocze. - Dodałam.
Uśmiechnęłam się do niego bardzo powoli. Siedział na podłodze naprzeciwko niej, z tą swoją miną „ja tu tylko przypadkiem jestem”, a jednak siedział, nadal na podłodze, nie na kanapie, nie wyżej - na tym samym poziomie co ona - z bandażem, z irytacją, z tą swoją dumną szczęką zaciśniętą tak mocno, że aż mu drgał mięsień. Patrzył na karty i patrzył na nią, dłużej niż powinien, znacznie dłużej.
- Bardzo literackie, muszę przyznać. - Powiedziałam cicho, po czym oparłam się wygodniej, zadowolona jak kot, który właśnie strącił coś z półki, ale udawał niewinność. Nie spojrzałam na nikogo konkretnego, to było najlepsze. - Czasami największe niespodzianki zaczynają się właśnie od Śmierci. - Nie zamierzałam mówić więcej, a już zdecydowanie nie o tym, że miałam wrażenie, iż dostałam spektakl, na który nikt mnie nie zapraszał, ale który i tak był dla mnie wystawiany. Prudence udawała, że jest opanowana, Aloysius udawał, że nic go to nie obchodzi, oboje robili to z takim zaangażowaniem, że było to wręcz wzruszające.
- Ale oczywiście, to tylko karty. - Dodałam niewinnie. - Papier, obrazki, symbole. - Wzruszyłam ramionami. - Co ja tam mogę wiedzieć. - I znów bawiło mnie to najbardziej, bo widziałam, jak oboje reagują, chociaż żadne nie chciało dać po sobie poznać, że cokolwiek ich to obchodzi.
A ja miałam ochotę klaskać.
Prue sięgnęła po tarota jako pierwsza - zrobiła to z tą swoją cichą determinacją, co do której zawsze miałam nadzieję, że kiedyś obróci się w coś dobrego - powoli, z powagą, którą miała od małego, kiedy coś naprawdę ją obchodziło. Aloysius zajął miejsce naprzeciwko niej, cały spięty, obrażony na świat i na sam fakt, że ktoś próbuje mu powiedzieć coś o przyszłości - najpierw się boczył, burczał swoje „nie wierzę w głupoty”, próbował udawać, że to go wcale nie rusza, ale w końcu zsunął się na podłogę, chociaż wcale nie musiał tego robić. Nie usiadł elegancko, nie zrobił tego z wdziękiem, po prostu zszedł na jej poziom, bardzo dosłownie, nawet jeśli praktycznie od razu otwierając usta, by się zdyskredytować.
- Och, nie dramatyzuj. - Powiedziałam spokojnie. - To nie jest karta końca w sensie „wszyscy umrzemy”, nie uprzedzajmy faktów, dobrze?
Patrzyłam na nich i musiałam przygryźć wargę, żeby się nie roześmiać na głos - klasyka nastoletniej miłości, która jeszcze nie wie, czy chce się spalić, czy tylko trochę przypiec - ten dobry, ten zły, ten, który cię uratuje, ten, który cię zostawi, ten, który nigdy nie spojrzy w twoją stronę… Ta obojętna, ta wspaniałomyślna, ta zimna, ta zdystansowana, ta zupełnie niezainteresowana tobą… Wszystko naraz. W tym wieku mało kto nigdy nie myślał o tym, by przeżyć coś godnego zapamiętania i, cóż, im więcej czasu spędzałam z tą dwójką, tym bardziej byłam zdania, iż w ich przypadku, te fantazje dostały bardzo konkretne personalia.
Wystarczyło być chociażby odrobinę uważnym, by zauważyć, że moja wnuczka od lat żyła w siedmiu różnych wersjach własnej historii jednocześnie. W jednej była poirytowana gośćmi w domu, w drugiej tęskniła za czymś niekonkretnym, mglistym, nienazwanym, ale z bardzo realnym błyskiem zamyślenia w oczach, w trzeciej udawała, że ma wszystko w nosie, w czwartej… Cóż, klasyczna Prue, zawsze musiała mieć przed sobą wszystkie opcje naraz, zanim wybierze jedną. Siódemka Pucharów na samym początku jej rzędu… Uśmiechnęłam się do siebie w duchu - oczywiście - musiałam przygryźć wewnętrzną stronę policzka, żeby się nie roześmiać na głos. Mnóstwo kielichów, mnóstwo marzeń, mnóstwo wersji rzeczywistości w jednej, skołatanej głowie - wszystkie te czarki stały przed nią, piękne, kuszące i zupełnie puste, bo żaden z nich w rzeczywistości nie był całkowicie tym, co sobie wyobrażała. A ona, biedactwo, nie potrafiła jeszcze zdecydować, który z nich naprawdę zawiera wino.
Nachyliłam się lekko do przodu i spojrzałam na rozkład, wystarczył jeden rzut oka, już wiedziałam, że będzie mi trudno zachować powagę.
- No, dobrze, kochanie… - Zaczęłam spokojnie, zniżając głos tak, żeby tylko ona i Aloysius mnie słyszeli, chociaż przecież w salonie nie było nikogo innego. - Popatrzmy, co karty dzisiaj dla ciebie mają. - Pochyliłam się nad stolikiem, spojrzałam na układ i przez chwilę nic nie mówiłam.
Siódemka Pucharów. Trójka Buław. Śmierć. Piątka Pucharów. Dwójka Pucharów.
- Hmmm… - Mruknęłam, przeciągając to „hm” specjalnie, żeby ich oboje trochę pomęczyć, w rzeczywistości odetchnęłam powoli, żeby nie parsknąć śmiechem, i dopiero wtedy przeniosłam wzrok na wnuczkę.
- No, proszę. - Powiedziałam. - Od razu na głęboką wodę. - Przesunęłam palcem nad pierwszą kartą. Lubiłam ten moment ciszy, kiedy ludzie myślą, że zaraz usłyszą coś wielkiego, a ja mogę im powiedzieć coś małego, ale celnego.
- Siódemka Pucharów. Wiesz, co ona zwykle oznacza? - Zaczęłam spokojnie, stukając palcem w kartonik. Mnóstwo możliwości, mnóstwo wersji tej samej historii, mnóstwo wyjaśnień, które brzmią bardzo rozsądnie… I żadna nie jest do końca prawdziwa. Spojrzałam na nią znacząco.
- To jest karta zamieszania, wyobraźni, czasami przesady. Myślenia o zbyt wielu rzeczach naraz. Widzisz? Tu nic nie jest jednoznaczne. Trochę marzeń, trochę lęków, trochę „a co jeśli”, trochę „to głupie”. To karta ludzi, którzy mówią sobie „to nic takiego”, a potem pół nocy nie mogą zasnąć. Bardzo młodzieńcza. - Dodałam łagodnie, bo ktoś tu zdecydowanie miał tendencję do komplikowania rzeczy, które wcale nie były aż tak skomplikowane.
Kiwnęłam głową, przechodząc dalej - Trójka Buław - i już wiedziałam, że to się ruszyło. Coś w niej już zdecydowało, tylko jeszcze nie powiedziała tego ani wewnątrz, ani na głos. Zerknęłam przelotnie na Aloysiusa, który siedział z założoną ręką i tą swoją miną „nie wierzę w te bzdury”, ale oczy miał utkwione w kartach Prue o wiele uważniej, niż chciałby przyznać. Ona też spoglądała na niego kątem oka, nawet jeśli nie chciała, by to było widoczne.
Przesunęłam palec do drugiej karty.
- To jest karta patrzenia w przyszłość. Taka, co mówi „jeszcze nie teraz, ale już niedługo”. To nie jest karta natychmiastowych rozwiązań, to karta ludzi, którzy stoją i zastanawiają się, czy ruszyć dalej. - Spojrzałam na Prue spod rzęs. - Czasem bardzo długo się zastanawiają. - Odchrząknęłam, niby wyłącznie przez to, że zaschło mi w gardle. - A czasem potrzebują małego… Popchnięcia. - Nie powiedziałam, od kogo, zamiast tego pochyliłam głowę, patrząc na nich jak na dwa kociaki, które syczą na siebie, a jednocześnie nie potrafią przestać krążyć wokół tej samej miski.
Potem dotknęłam trzeciej karty i westchnęłam teatralnie, nawet jeśli serce mi podskoczyło z radości - nie dlatego, że lubiłam dramaty, dlatego, że lubiłam szczęśliwe zakończenia, które kosztowały swoje, bo takie były najszczersze, najbardziej trwałe.
- Spokojnie, nikt tu dziś nie umrze. - Stwierdziłam. - Ta Śmierć, którą tak dramatycznie wypatrzyłeś, mój drogi - zwróciłam się do niego z lekkim uśmiechem - nie oznacza końca, to taka… Jesień, która chociaż poprzedza zimę, ostatecznie tak naprawdę ustępuje miejsca wiośnie. Stare liście opadają, by nowe mogły się rozwinąć wraz z kwiatami. Coś się zamyka, żeby coś zupełnie nowego mogło się otworzyć. Czasem to przerażające, ale najczęściej - wyzwalające.
Spojrzałam na Aloysiusa - siedział sztywno, z tą swoją arystokratyczną miną „ja tu tylko przypadkiem jestem”, ale oczy mu błyszczały. Znałam to spojrzenie - tak samo patrzył dziadek Prudence, kiedy w wieku dziewiętnastu lat oświadczył mi, że zabiera mnie do Londynu, choćby cała moja rodzina poszła do grobu i się tam wywróciła do góry nogami.
- To jest karta zmian. Takich, których nie da się cofnąć. Koniec jednej wersji rzeczywistości i początek innej. Zazwyczaj ludzie się jej boją, bo lubią udawać, że nic się nie zmienia. - Spojrzałam na Prue. - A nic nie stoi w miejscu, skarbie. Nawet jeśli bardzo byśmy tego chcieli.
Śmierć - najpiękniejsza karta w całym tym metaforycznym arsenale, kiedy pojawia się w miłości. Coś musi umrzeć, żeby mogło się narodzić, a ja doskonale wiedziałam, co takiego. Te wszystkie bzdury, które nosiło się na plecach jak zbroję, te „oczekiwania rodziny”, to wszystko musiało zdechnąć, jeśli ten układ miał się kiedykolwiek sprawdzić - i dobrze, bardzo dobrze.
Piątka Pucharów przyszła zaraz po niej - no, tak, oczywiście - ból, żal, poczucie, że coś ważnego zostało rozlane i nigdy nie wróci. Rodzina, nazwisko, pozycja, stare przyzwyczajenia… Coś z tego będzie musiało zostać na zawsze za nimi. Nie da się wejść do nowego domu, trzymając w rękach wszystkie stare klucze.
- Piątka Pucharów. Smutek. Rozczarowanie. Żal. Taka karta, która mówi „coś straciłam i bardzo to przeżywam”. Ale wiesz, co jest w niej ciekawe? - Nachyliłam się. - Że zawsze w tle stoją jeszcze dwa puchary, których ktoś nie widzi, bo patrzy tylko na te przewrócone. - Przesunęłam wzrokiem po obrazku. - To jest karta, która uczy, że czasem człowiek sam sobie dokłada cierpienia, bo nie chce spojrzeć w bok. Skupia się na tym, co poszło nie tak, zamiast na tym, co wciąż stoi.
A potem przesunęłam palec na ostatnią - Dwójka Pucharów - tu już nie byłam w stanie powstrzymać uśmiechu.
- A na końcu - powiedziałam - jeśli już mowa o dwóch pucharach, mamy kartę, którą ludzie na ogół bardzo lubią. - Uniósł mi się kącik ust, bo cokolwiek te karty opisywały, to nie była to historia o samotnym bohaterze, tylko raczej o kimś, kto bardzo chciał udawać, że wszystko robi sam. - To jest karta „ja i ktoś jeszcze”.
Prudence udawała, że była bardziej zainteresowana kartami niż siedzącym przed nią kolegą, Aloysius udawał, że wcale go to nie interesuje, a ja… Ja miałam wrażenie, że oglądam przedstawienie, w którym aktorzy zapomnieli, że publiczność ma oczy.
Kiedy przyszła kolej na jego karty, zerknęłam na rozkład i musiałam powstrzymać się, żeby nie unieść brwi zbyt wysoko, bo już po pierwszym spojrzeniu wiedziałam, że to będzie jeszcze zabawniejsze.
Królowa Mieczy. Kapłanka. Trójka Denarów. Dwójka Pucharów. Trójka Denarów.
Przeniosłam wzrok z kart na ich właściciela - siedział oparty plecami o kanapę, z tą swoją miną kogoś, kto był gotowy w każdej chwili powiedzieć, że to wszystko jest głupie - uśmiechnęłam się do siebie.
- No, proszę. - Powiedziałam. - Ktoś tu przyszedł z tarczą. - Nie skomentowałam tego bardziej, ale nie wydawało mi się, bym musiała to robić, wszystko było jasne - udawał, że go to bawi, udawał, że go to nie obchodzi, udawał bardzo intensywnie, co samo w sobie było dość zabawne. Nachyliłam się jeszcze bardziej, oparłam łokcie na kolanach i spojrzałam na rozkład z zainteresowaniem, jakby to była zupełnie zwyczajna sprawa, a nie coś, co krzyczało do mnie symbolami.
- To karta „ja sobie radzę”, „nic mnie nie rusza”, „mam wszystko pod kontrolą”. - Zrobiłam krótką pauzę. - Nawet jeśli to nie do końca prawda. - Spojrzałam na niego znacząco, a potem z powrotem na karty, doskonale wiedząc, co to oznaczało w zestawieniu z tym, co wyciągnął w następnej kolejności - Królowa Mieczy i Kapłanka razem… To był ktoś, kto udaje, że nic nie czuje, a potem przeżywa wszystko w samotności.
Przesunęłam palcem na kolejną.
- Kapłanka. - Powiedziałam ciszej. - Tajemnice, rzeczy, które się czuje, ale nie mówi. Emocje, które siedzą głęboko i udają, że ich nie ma. - Uniosłam brew. - To karta ludzi, którzy mają w środku cały ocean, ale pokazują światu szklankę wody. - Znowu zerknęłam na niego. - I są bardzo dumni z tej szklanki. - Zerknęłam w górę, jakby to było tylko luźne skojarzenie. - Królowa Mieczy na zewnątrz, Kapłanka w środku. Bardzo męcząca kombinacja, swoją drogą. - Mówiąc to, poczułam to znajome ukłucie rozbawienia, nie tego lekkiego, tylko tego, które mówiło „och, ty biedne, uparte stworzenie”. Zwykle tacy ludzie są bardzo przekonujący, głównie dla siebie, ale co mi tam wiedzieć…
- Trójka Denarów to jest karta „zrobię”, „naprawię”, „postawię”, „zorganizuję”. - Uśmiechnęłam się. - Bardzo praktyczna. Bardzo konkretna. - Zmrużyłam lekko oczy. - To nie jest karta wielkich deklaracji. To jest karta „zobacz, co robię, a nie co mówię”. - Odchrząknęłam, nie spodziewając się, że to zostanie odebrane przychylnie. Ludzie z tą kartą rzadko mówili, co czują, oni to pokazywali - raczej naprawiali coś, przynosili, pomagali lub po prostu stali obok, gotowi zainterweniować, nawet jeśli nikt by ich o to nie posądzał - no, właśnie, bo czasem ktoś nie rozumiał, że to, co robili, było ich językiem. Oni nie mówili „zależy mi”, oni to okazywali, na swój poplątany sposób.
Dwójka Pucharów - tu już nawet nie próbowałam ukrywać rozbawienia.
- Och - powiedziałam miękko - znowu ta sama karta. - Popatrzyłam na nią przez chwilę, jakby była czymś bardzo ciekawym. - Interesujące, że pojawia się tutaj, pomiędzy kontrolą a budowaniem. Bardzo dziwny zbieg okoliczności. - Przez moment nic nie powiedziałam, lubiłam to napięcie, lubiłam, kiedy młodzi ludzie myśleli, że zaraz powiem coś bardzo mądrego albo bardzo strasznego.
I na końcu znów Trójka Denarów.
- A to już jest wręcz urocze. - Dodałam.
Uśmiechnęłam się do niego bardzo powoli. Siedział na podłodze naprzeciwko niej, z tą swoją miną „ja tu tylko przypadkiem jestem”, a jednak siedział, nadal na podłodze, nie na kanapie, nie wyżej - na tym samym poziomie co ona - z bandażem, z irytacją, z tą swoją dumną szczęką zaciśniętą tak mocno, że aż mu drgał mięsień. Patrzył na karty i patrzył na nią, dłużej niż powinien, znacznie dłużej.
- Bardzo literackie, muszę przyznać. - Powiedziałam cicho, po czym oparłam się wygodniej, zadowolona jak kot, który właśnie strącił coś z półki, ale udawał niewinność. Nie spojrzałam na nikogo konkretnego, to było najlepsze. - Czasami największe niespodzianki zaczynają się właśnie od Śmierci. - Nie zamierzałam mówić więcej, a już zdecydowanie nie o tym, że miałam wrażenie, iż dostałam spektakl, na który nikt mnie nie zapraszał, ale który i tak był dla mnie wystawiany. Prudence udawała, że jest opanowana, Aloysius udawał, że nic go to nie obchodzi, oboje robili to z takim zaangażowaniem, że było to wręcz wzruszające.
- Ale oczywiście, to tylko karty. - Dodałam niewinnie. - Papier, obrazki, symbole. - Wzruszyłam ramionami. - Co ja tam mogę wiedzieć. - I znów bawiło mnie to najbardziej, bo widziałam, jak oboje reagują, chociaż żadne nie chciało dać po sobie poznać, że cokolwiek ich to obchodzi.
A ja miałam ochotę klaskać.
Bard: @Benjy Fenwick