07.03.2023, 02:42 ✶
Usłyszał jeszcze tylko głos Rookwooda – i nie, nie był nawet zaskoczony, że ten zna śmiertelne zaklęcie. Tym razem jednak czy mężczyzna się poddał, czy Cathal zdołał posłuchać własnej rady… bo sen wreszcie się skończył. Wszystko znikło.
Shafiq ocknął się.
W domu matki. Z policzkiem podpartym o blat. Światło różdżki wygasło, pewnie wtedy, gdy zasnął. Wspomnienia snu wciąż wirowały w jego głowie.
Cathal wyprostował się powoli. Przedramię bolało. Tak, jak się spodziewał, gdy do niego sięgnął, odkrył, że rękaw koszulki ma zakrwawiony. Rana nie była może głęboka, ale piekła jak jasny szlag. Mężczyzna wyprostował się i przebiegł dłonią po gardle. Został tam pewnie jakiś siniak, bo i to miejsce było trochę obolałe.
Gdyby wcześniej dwukrotnie nie był świadkiem czegoś podobnego, być może wpadłby w panikę. Ktoś zaatakował go w snach. Zostawił rany. Mógł to zrobić znowu. W tej chwili jednak Cathal, który w ciągu ostatnich paru dni miał już do czynienia z podobnymi sytuacjami, nawet nie będąc ich obiektem, czuł głównie pragnienie mordu. Chciał śmierci tego człowieka. Już nie tylko po to, by zapewnić bezpieczeństwo sobie i znajomym, ale dla samej satysfakcji pozbawienia go życia. Mimo to nie poderwał się od razu z krzesła, pozwalając, by pochłonęły go myśli. Zastanawiał się i analizował. Treść snów – i wspomnienia, i zwykłe koszmary zapewne, takie jak komnata tajemnic. Możliwość szybkich poczynań – nie mógł przecież postąpić tak jak chciał, czyli iść i zacząć trenować rzucanie kedavry, bo po pierwsze, nie wiedział na kogo, po drugie, zbrodnię w Anglii należało zaplanować, jeśli nie planowało się spędzić długich wakacji w Azkabanie.
Potem wreszcie wstał. Napisał krótki liścik, adresowany do Ulyssesa – sowy miały praktycznie wyminąć się w locie. Nie było co zwlekać. Nadeszła pora, aby działać.
Shafiq ocknął się.
W domu matki. Z policzkiem podpartym o blat. Światło różdżki wygasło, pewnie wtedy, gdy zasnął. Wspomnienia snu wciąż wirowały w jego głowie.
Cathal wyprostował się powoli. Przedramię bolało. Tak, jak się spodziewał, gdy do niego sięgnął, odkrył, że rękaw koszulki ma zakrwawiony. Rana nie była może głęboka, ale piekła jak jasny szlag. Mężczyzna wyprostował się i przebiegł dłonią po gardle. Został tam pewnie jakiś siniak, bo i to miejsce było trochę obolałe.
Gdyby wcześniej dwukrotnie nie był świadkiem czegoś podobnego, być może wpadłby w panikę. Ktoś zaatakował go w snach. Zostawił rany. Mógł to zrobić znowu. W tej chwili jednak Cathal, który w ciągu ostatnich paru dni miał już do czynienia z podobnymi sytuacjami, nawet nie będąc ich obiektem, czuł głównie pragnienie mordu. Chciał śmierci tego człowieka. Już nie tylko po to, by zapewnić bezpieczeństwo sobie i znajomym, ale dla samej satysfakcji pozbawienia go życia. Mimo to nie poderwał się od razu z krzesła, pozwalając, by pochłonęły go myśli. Zastanawiał się i analizował. Treść snów – i wspomnienia, i zwykłe koszmary zapewne, takie jak komnata tajemnic. Możliwość szybkich poczynań – nie mógł przecież postąpić tak jak chciał, czyli iść i zacząć trenować rzucanie kedavry, bo po pierwsze, nie wiedział na kogo, po drugie, zbrodnię w Anglii należało zaplanować, jeśli nie planowało się spędzić długich wakacji w Azkabanie.
Potem wreszcie wstał. Napisał krótki liścik, adresowany do Ulyssesa – sowy miały praktycznie wyminąć się w locie. Nie było co zwlekać. Nadeszła pora, aby działać.
Koniec sesji