21.01.2026, 20:02 ✶
Tylusiu, kochana Tylusiu...no idź że... - wybrzmiewał głos Pani Nasturcji, czy jak wolała pieszczotliwie na siebie mówić Nastusi, bo przecie nie jest jeszcze tak stara i schorowana, a One - według staruszki - miały relacje bardziej zażyłą, także wolno było, a nawet trzeba było mówić sobie milej.
Mathilda zaś nie była pewna dlaczego dała się namówić na tą jakże podejrzaną schadzkę, gdyż zazwyczaj liściki tego typu zbywała niezręcznym uśmiechem, chowając pełen politowania wyraz spojrzenia.
Tłumaczyła przecież, że nie zna, że nie wie, ale gdzież by to staruszkę zniechęciło - wręcz przeciwnie! Stara poczciwa Nasturcja była przeszczęśliwa i podekscytowana, jakoby sama wróciła do lat młodzieńczych i to Ona sama miała udać się na to spotkanie, a nie Mathilda.
Karteczka była co prawdy trochę poszarpana, a treść i adres zarówno widoczny co nieczytelny.
Ciemne chmury spowiły niebo, gdy szła na spotkanie z... z kim?
Wyrzucała sobie w myślach swoją naiwność i głupotę, bo przecież któż to godzi się na tego typu spotkania.
Gdy dotarła pod wskazany adres, znajdując się przed frontowym wejściem, jej brwi zbiegły się ku sobie w zdziwieniu. Sięgnęła do kieszeni, aby wygrzebać skrawek papieru i jeszcze raz sprawdzić adres i ku swojemu zdumieniu odkryła, że to tu. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa.
Rozejrzała się, a zniesmaczona mina rozwiała resztki entuzjazmu, o ile jakikolwiek przechadzał się po jej głowie.
-Czy to żart? - zapytała cicho, nie rozumiejąc co się dzieje. Gotowa była zawrócić, a jednak jej wzrok kolejny raz powędrował ku niebu, które coraz żarliwiej zapowiadało urwanie chmury.
-Skoro już tu przyszliśmy.... - szepnęła, przechodząc przez próg, a wzrok jej wędrował od starej, zniszczonej podłogi, której ubyło więcej aniżeli jedna deska - po zniszczone ściany, a raczej to co z nich pozostało.
Spojrzała ku górze, orientując się, że podłoga na wyższych piętrach, a w zasadzie sufit, był kwestią sporną. Niby istniał, ale przez wyrwy widziała zarówno piętro, co i zachmurzone niebo.
Wydęła usta, wsłuchując się we własne kroki.
-A gdyby tak planował nas zabić? I zwabił nas tu...- rozpoczęła głośne spekulacje, gdy niespodziewany głos zakłócił dotychczasową ciszę
Fiona! - obróciła się w kierunku wyjścia, a brwi na powrót zbiegły się ku sobie. Nie widziała nikogo, ale wyraźnie słyszała głos. Co prawda ten nie należał do żadnego mężczyzny, którego spodziewała, a nawet oczekiwała zobaczyć, skoro już tu przyszła.
-Ktoś zgubił psa? - zagaiła cicho do Artemisa, który kurczowo otulał jej szyje.
Ale tu? na niemalże odludziu? - jej kroki na powrót skierowały się ku wyjściu, aczkolwiek nie wyszła na zewnątrz, zatrzymując się w przejściu, zerkając ukradkiem w kierunku rozciągającego się krajobrazu ogólnej beznadziei, chcąc odnaleźć autora głosu.
Autorkę - poprawiła się w myślach, gdy błękitne tęczówki dostrzegły sylwetkę, która zdecydowanie zmierzała ku ruinom posiadłości.
Wzięła głęboki, acz cichy wdech.
-Artemisie - szepnęła do węża wręcz konspiracyjnie, chowając się, tym samym przywierając plecami do kamiennej futryny - Artemisie, myślisz, że to on? Znaczy się ona... - poprawiła się szybko, zupełnie zdezorientowana.
Kobieta wołała, co prawda nie moje imię, acz czyjeś inne, być może człowieka, a być może psa - mamrotały rozbiegane myśli - ale co by robiła akurat w tym miejscu, o tej porze i dziś ...
Na powrót wychyliła się delikatnie, z zaciekawieniem obserwując kobietę, której sylwetka z każdym krokiem stawała się coraz to bardziej wyraźna.
W głowie już układała plan ewentualnej ucieczki, kolejny raz wychylając głowę ku podwórzu - i chciała zrobić to dyskretnie, dopóki nie upewni się, że nieznajoma nie stwarza zagrożenia.
Nie wzięła jednak pod uwagę tego, że nie tylko oczy jej zerkały, ale i włosy, gdyż pukle orzechowych loków radośnie przesypały się, dyndając na wejściu, zdradzając jej położenie dużo bardziej niż Quirrell by tego chciała.
Gwałtownie drgnęła, ponownie chowając się za framugę, przyklejając się do ściany tak mocno, jakoby chciała stać się z nią jednością
-Chyba nas zauważyła! - szepnęła panicznie.
Mathilda zaś nie była pewna dlaczego dała się namówić na tą jakże podejrzaną schadzkę, gdyż zazwyczaj liściki tego typu zbywała niezręcznym uśmiechem, chowając pełen politowania wyraz spojrzenia.
Tłumaczyła przecież, że nie zna, że nie wie, ale gdzież by to staruszkę zniechęciło - wręcz przeciwnie! Stara poczciwa Nasturcja była przeszczęśliwa i podekscytowana, jakoby sama wróciła do lat młodzieńczych i to Ona sama miała udać się na to spotkanie, a nie Mathilda.
Karteczka była co prawdy trochę poszarpana, a treść i adres zarówno widoczny co nieczytelny.
Ciemne chmury spowiły niebo, gdy szła na spotkanie z... z kim?
Wyrzucała sobie w myślach swoją naiwność i głupotę, bo przecież któż to godzi się na tego typu spotkania.
Gdy dotarła pod wskazany adres, znajdując się przed frontowym wejściem, jej brwi zbiegły się ku sobie w zdziwieniu. Sięgnęła do kieszeni, aby wygrzebać skrawek papieru i jeszcze raz sprawdzić adres i ku swojemu zdumieniu odkryła, że to tu. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa.
Rozejrzała się, a zniesmaczona mina rozwiała resztki entuzjazmu, o ile jakikolwiek przechadzał się po jej głowie.
-Czy to żart? - zapytała cicho, nie rozumiejąc co się dzieje. Gotowa była zawrócić, a jednak jej wzrok kolejny raz powędrował ku niebu, które coraz żarliwiej zapowiadało urwanie chmury.
-Skoro już tu przyszliśmy.... - szepnęła, przechodząc przez próg, a wzrok jej wędrował od starej, zniszczonej podłogi, której ubyło więcej aniżeli jedna deska - po zniszczone ściany, a raczej to co z nich pozostało.
Spojrzała ku górze, orientując się, że podłoga na wyższych piętrach, a w zasadzie sufit, był kwestią sporną. Niby istniał, ale przez wyrwy widziała zarówno piętro, co i zachmurzone niebo.
Wydęła usta, wsłuchując się we własne kroki.
-A gdyby tak planował nas zabić? I zwabił nas tu...- rozpoczęła głośne spekulacje, gdy niespodziewany głos zakłócił dotychczasową ciszę
Fiona! - obróciła się w kierunku wyjścia, a brwi na powrót zbiegły się ku sobie. Nie widziała nikogo, ale wyraźnie słyszała głos. Co prawda ten nie należał do żadnego mężczyzny, którego spodziewała, a nawet oczekiwała zobaczyć, skoro już tu przyszła.
-Ktoś zgubił psa? - zagaiła cicho do Artemisa, który kurczowo otulał jej szyje.
Ale tu? na niemalże odludziu? - jej kroki na powrót skierowały się ku wyjściu, aczkolwiek nie wyszła na zewnątrz, zatrzymując się w przejściu, zerkając ukradkiem w kierunku rozciągającego się krajobrazu ogólnej beznadziei, chcąc odnaleźć autora głosu.
Autorkę - poprawiła się w myślach, gdy błękitne tęczówki dostrzegły sylwetkę, która zdecydowanie zmierzała ku ruinom posiadłości.
Wzięła głęboki, acz cichy wdech.
-Artemisie - szepnęła do węża wręcz konspiracyjnie, chowając się, tym samym przywierając plecami do kamiennej futryny - Artemisie, myślisz, że to on? Znaczy się ona... - poprawiła się szybko, zupełnie zdezorientowana.
Kobieta wołała, co prawda nie moje imię, acz czyjeś inne, być może człowieka, a być może psa - mamrotały rozbiegane myśli - ale co by robiła akurat w tym miejscu, o tej porze i dziś ...
Na powrót wychyliła się delikatnie, z zaciekawieniem obserwując kobietę, której sylwetka z każdym krokiem stawała się coraz to bardziej wyraźna.
W głowie już układała plan ewentualnej ucieczki, kolejny raz wychylając głowę ku podwórzu - i chciała zrobić to dyskretnie, dopóki nie upewni się, że nieznajoma nie stwarza zagrożenia.
Nie wzięła jednak pod uwagę tego, że nie tylko oczy jej zerkały, ale i włosy, gdyż pukle orzechowych loków radośnie przesypały się, dyndając na wejściu, zdradzając jej położenie dużo bardziej niż Quirrell by tego chciała.
Gwałtownie drgnęła, ponownie chowając się za framugę, przyklejając się do ściany tak mocno, jakoby chciała stać się z nią jednością
-Chyba nas zauważyła! - szepnęła panicznie.