Zmiana ludzkości mogła zaistnieć dopiero, gdy zmieniały się jednostki. Gdy ta zmiana wystąpiła w wystarczającej ich liczbie. To nigdy nie był proces gwałtowny, ale lawina zawsze zaczynała się od jednego kamyczka – tym właśnie było to dążenie do poznania siebie, ludzi wokół i świata. Może nie w naszych czasach, ale kiedyś ta zmiana na pewno nastąpi.
– Pięć minut, godzinę, miesiąc czy lata… jakie to ma znaczenie, Alexandrze? Można kogoś znać przez całe życie i nie wiedzieć o nim nic, a można kogoś znać minut piętnaście i odkryć, że przynajmniej raz miało się podobne rozmyślania – wszak rozumienie się, a znanie się nie musiało iść ze sobą w parze. Rozumiała, co do niej mówił, bo słuchała go bardzo uważnie, a jej umysł, choć przesiąknięty konserwatywnymi wartościami, był umysłem osoby poszukującej wiedzy, rozmyślającym nad sprawami różnymi, analitycznym. Nie znaczyło to jednak, że myślała o Aristovie jako o osobie, która była z dawna utraconym kawałkiem jej duszy, który teraz niczym kawałek puzzla spasował się w odpowiednim miejscu. Wiedziała o nim tyle, ile sam o sobie opowiedział (niekoniecznie słowami) i tyle, ile wyczytała z tego, o czym mówić nie chciał.
Uśmiechnęła się do niego miło, gdy mówił o tych wilkach.
– Nie wiem jak jest w twoich stronach, może to różnica kulturowa, ale ja niespecjalnie lubię być porównywana do zwierząt – i nie chodziło wcale o to, że była sztywną panienką z dobrego i bogatego domu, a o to, że zwierzęta, jakkolwiek inteligentne, podążały za swoim instynktem, nie za wyborem. A Victoria bardzo lubiła mieć tę kontrolę – nad sobą, nad swoim życiem (czego niestety do końca nie miała), nad własnymi emocjami i uważała, że właśnie to odróżnia ludzi od zwierząt. Była to wartość być może nadrzędna w jej życiu.
– Póki co nic za to nie grozi – nie przewidywała kar za to, że ktoś na nią patrzył, nie wyłupiała oczu, ani nie kazała sobie za to płacić. Na pewien próżny sposób jej to pochlebiało. Chciała tylko mu uświadomić, że to zauważyła. – Co to znaczy mniej czy więcej? Gdzie jest ten środek? Gdzie normalność? – nie oczekiwała odpowiedzi na te pytania, to były te retoryczne, bo już powiedziała mu co na ten temat myśli i nie przekonywało ją wrzucanie wszystkich ludzi do jednego worka z napisem „szaleństwo”. Kłóciło się to z samą ideą worków i szufladkowania. – Może, jeśli chcesz odejść z niczym – bo nie umówili się jeszcze co do szczegółów, jakby nie było, więc ucieczka w tej chwili...
Alexander był jednak daleko od ucieczki, bo wrócił na swoje miejsce, a Victoria tylko zmieniła nogi, które miała założone na siebie i oparła się o drugą rękę, wciąż patrząc na swojego gościa tym samym intensywnym spojrzeniem co cały czas.
– Tak, cóż, właśnie dlatego jest czarny, bo jest nielegalny. Więc nie ma na niego oka nikt, kto dbałby o czyjekolwiek bezpieczeństwo – w takich miejscach to normalne, że ludzie znikali. Victoria nie była bez wyobraźni, zdarzało się przecież, że chodziła na Nokturn, na patrole i tak dalej. Ale na Podziemne Ścieżki nie schodziła, a to tam pleniło się największe robactwo i występek. Nie wątpiła w to, że ginęli tam ludzie. Przestępcy podobno nieźle się tam urządzili.
– Krew wielu magicznych stworzeń jest cenna, bo jest towarem deficytowym – na przykład krew jednorożców… lecz tylko ktoś o przeżartej duszy mógłby skrzywdzić tak niewinne zwierzę. – Zresztą nie tylko krew. Jeśli szukasz czegoś, co uzdrawia, to będą to podobno łzy feniksa, ale powodzenia z łapaniem takiego – uśmiechnęła się do Alexandra w odpowiedzi, w Anglii nie był to w żadnym razie pospolity gatunek.
Na pewno można było o Aristovach powiedzieć coś dobrego, samo to, że byli czystej krwi, to było już sporo, a tu na Wyspach Brytyjskich było to pożądane, a przynajmniej wśród konserwatystów, jak zresztą Alexander mógł już zauważyć ze względu na pewien ostatnio dość sławny manifest… I tak jak Alexander nie znał się na eliksirach, a słuchał tego, co mówiła Victoria, tak ona mogła posłuchać o artefaktach i dziełach sztuki, do których zresztą została porównana.
– Tak, bezpieczniejsze na pewno. Chociaż chyba nie do końca mamy wpływ na to, do kogo zabije, a do kogo nie, serce. O eliksirze teraz nie mówię, bo tak jak mówiłam, to jest sztuczne i mija z chwilą, gdy przestaje się podawać kolejne dawki… Nie jest jak prawdziwe zakochanie, z którego niektórzy leczą się miesiącami, a nawet latami, ale z pewnością jest wykorzystaniem – zamilkła na moment, ewidentnie zamyśliwszy się, bo to było coś, czego nie doświadczyła, mówiła czysto teoretycznie, a w końcu lekko pokręciła głową, jakby bardziej do siebie. – W każdym razie, wracając do eliksiru, jakiego potrzebujesz… Mogę przygotować jedną porcję, albo kilka na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Będę potrzebowała na to hmm… tydzień, może dwa tygodnie, trudno mi powiedzieć, bo będę musiała się zastanowić nad składnikami. No i cena… To będzie kilkadziesiąt galeonów, czy takie ustalenia ci pasują?