Dziwny był ten czas po Spalonej Nocy. Wydawało jej się trochę, jakby wszystko przykryła mgła, a jednocześnie wciąż należało dopiąć wiele rzeczy po wielkim przemeblowaniu, jakie panowało na podziemnych ścieżkach. Ataraxia działała więc tak, ze wcale. Szyld nie był przekręcany, ale wcale nie blokowało to sów, które i tak dostarczały pocztę z pytaniami o egzorcyzmy lub wywoływanie duchów. Wszyscy, którzy chcieli zwyczajnie wejść z ulicy, musieli się obejść smakiem, chociaż to i tak nie było nic przesadnie nowego.
Kiedy więc nie było jej w mieszkaniu, pomagała w Zamtuzie. Nawet darowała sobie przesiadywanie w Little Hangleton, zamiast tego prosząc Fawleyów i trochę pomocy, jak to rodzina rodzinie powinna. Więc może dobrze, że udawało im się ze Stanleyem złapać na obiady, bo można było dzięki temu zwyczajnie odetchnąć. Nawet jeśli te spotkania wiodły za sobą Staszkową głupotę, ale wiadomo - Ambrosia w jego towarzystwie wcale lepsza nie bywała, a już na pewno dawno temu zadeklarowała się że Borgina to tylko w całym pakiecie i nie należało go za nic na poważnie karcić.
- No no no, proszę proszę, widzę że mamy tu jakiegoś smakosza - znalazł ją w kuchni, a kiedy sprezentował jej butelkę, od razu wzięła ją w ręce i sobie obejrzała. - A nie było takiej z normalnymi literami?? Wiesz, żeby się dało przeczytać? - zapytała, ale słysząc jego własne próby zapoznania się z obcym językiem, pokręciła tylko głową i zabrała się za najważniejszą rzecz związaną z tą butelką, czyli znalezienia szklanek. Szafka została otworzona, a szkło zadzwoniło o siebie wesolutko, gotowe do przysłużenia im się.
- Zbigniew... Zbyszek... - zamlaskała, czując słodycz na języku i jednocześnie wyraźnie zastanawiając się nad podobieństwami. To brzmiało jak poważne, naprawdę ważne dla niego pytanie, więc musiała się postarać. - Dobre, takie słodkie - usiadła na kuchennym blacie, ściskając szklaneczkę w dłoniach. - Zbigniew i Zbyszek. Nie no, dla mnie to chyba w sumie nie to samo? Zbigniew brzmi tak poważnie, a Zbyszek to już zanadto szeleści, nie uważasz?
W kuchni unosił się zapach. Słodkawy i mączny, a do tego chodził piekarnik. Jeszcze zanim Stanley pojawił się w jej skromnych progach, przygotowywała z uporem maniaka ciasto na babkę, bo po tych ostatnich dniach zamarzyło jej się tak trochę poczuć atmosferę świąt. No i zjeść coś dobrego. Kucharką wybitną nigdy jednak nie była. Ba! Ani nawet przeciętną, bo karmiła ją najpierw mama, dbając o wspólne śniadania i czasem obiadki, a odkąd Stanley otworzył Głębinę to częściowo obowiązek karmienia ją spadł na Francisa. Zdążyła już co prawda nieco posprzątać po przygotowywaniach, ale gdyby zajrzeć przez okienko do kuchenki, to widać było wsadzoną tam foremkę.
// rzemiosło ○○○○○ na pieczenie ciasta
Akcja nieudana
sort of horror