22.01.2026, 10:17 ✶
Ukochany miał się całkiem dobrze, bo nie od dziś wysłuchiwał kolorowych historii przetkanych specyficznym poczuciem humoru. Ukochany zakochał się w tych historiach 30 lat temu i nauczył się już nimi nie pogardzać, a kręcenie oczami, ciężkie wzdychanie i wzrok pełen komunikatu "błagam skończ" traktował jako zabezpieczenie, ostateczną ochronę przed tym, że Jonathan mógłby uznać, że Anthony nadmiernie lubi jego towarzystwo.
Zabezpieczenie, które obecnie nie miało już racji bytu.
Więc pewnie, gdyby Guinevery tu nie było, Anthony bezczelnie wgapiałby się w przystojną twarz dąsającą się na przeróżne okoliczności wydarzające się wszystkim tylko nie Selwynowi, na sugestię skrzypka chadzającego po Horyzontalnej, albo lepiej - lewitującego na poziomie pierwszego piętra, aby być lepiej słyszalnym.
Ale McGonagallówna była, więc zachował kamienną twarz, to znaczy, niezmienną wobec zastanych okoliczności, życzliwą, nieco smutną w swoim naturalnym układzie mięśni, choć uśmiechającą się pobieżnie do rozmówców. Dolał sobie herbaty, dotulając do piersi pomyślną wróżbę i zgodnie z zamierzeniem oddał pałęczkę i ciężar prowadzenia rozmowy towarzyszowi.
Wszak o wiadomej sprawie nie wiedział zbyt wiele.
Efekt tej rozmowy nie zaskoczył go zbytnio, choć kobieta jeszcze się nie zgodziła, ale najwidoczniej wcześniej zebrane o niej informacje, aura, czyny i deklaracje wystarczyły. Czegoż więcej chcieć? Tak na prawdę, jeśli tylko człowiek zdawał sobie w pełni sprawę że są w stanie wojny, wtedy oczywistym było, że neutralność pozostawała mitem i mżonką. Ułudą, niezbędną do sprostowania.
A jednak poczuł to, ukłucie zazdrości jak gładko to przebiegło. Czego brakowało jego osobie, ażeby Jonathan usiadł z nim pewnego dnia i powiedział te słowa, które teraz mówił w stronę McGonagall? Umiejętności? Wpływów? Przekonań? Brudnej krwi?
Ach nie. Chodziło o bezpieczeństwo. Jego bezpieczeństwo. No tak.
Bezgłośnie siorbnął znów herbatą, zjadając nie pierwszy i najprawdopodobniej nie ostatni raz własną dumę.
Nie dodał nic więcej, bo i nie jego kolej była na mówienie. W głowie jednak układał sobie słowa, które być może padną między nimi, gdy tylko Guinevere opuści jego mieszkanie. O strachu. O wyobraźni podpowiadającej najczarniejsze scenariusze. O Morpheusowym "oni tam wszyscy zginą", wypowiedzianym w strachu po jednym zebraniu. Mieli do przedyskutowania pewne sprawy i Anthony zaczął już teraz układać sobie w głowie ochronne bariery. Urok Jonathana potrafił bardzo rozpraszać aurę rzeczowej konwersacji, ale sprawa, ich sprawa była w tym momencie ważniejsza niż cokolwiek innego.
Zabezpieczenie, które obecnie nie miało już racji bytu.
Więc pewnie, gdyby Guinevery tu nie było, Anthony bezczelnie wgapiałby się w przystojną twarz dąsającą się na przeróżne okoliczności wydarzające się wszystkim tylko nie Selwynowi, na sugestię skrzypka chadzającego po Horyzontalnej, albo lepiej - lewitującego na poziomie pierwszego piętra, aby być lepiej słyszalnym.
Ale McGonagallówna była, więc zachował kamienną twarz, to znaczy, niezmienną wobec zastanych okoliczności, życzliwą, nieco smutną w swoim naturalnym układzie mięśni, choć uśmiechającą się pobieżnie do rozmówców. Dolał sobie herbaty, dotulając do piersi pomyślną wróżbę i zgodnie z zamierzeniem oddał pałęczkę i ciężar prowadzenia rozmowy towarzyszowi.
Wszak o wiadomej sprawie nie wiedział zbyt wiele.
Efekt tej rozmowy nie zaskoczył go zbytnio, choć kobieta jeszcze się nie zgodziła, ale najwidoczniej wcześniej zebrane o niej informacje, aura, czyny i deklaracje wystarczyły. Czegoż więcej chcieć? Tak na prawdę, jeśli tylko człowiek zdawał sobie w pełni sprawę że są w stanie wojny, wtedy oczywistym było, że neutralność pozostawała mitem i mżonką. Ułudą, niezbędną do sprostowania.
A jednak poczuł to, ukłucie zazdrości jak gładko to przebiegło. Czego brakowało jego osobie, ażeby Jonathan usiadł z nim pewnego dnia i powiedział te słowa, które teraz mówił w stronę McGonagall? Umiejętności? Wpływów? Przekonań? Brudnej krwi?
Ach nie. Chodziło o bezpieczeństwo. Jego bezpieczeństwo. No tak.
Bezgłośnie siorbnął znów herbatą, zjadając nie pierwszy i najprawdopodobniej nie ostatni raz własną dumę.
Nie dodał nic więcej, bo i nie jego kolej była na mówienie. W głowie jednak układał sobie słowa, które być może padną między nimi, gdy tylko Guinevere opuści jego mieszkanie. O strachu. O wyobraźni podpowiadającej najczarniejsze scenariusze. O Morpheusowym "oni tam wszyscy zginą", wypowiedzianym w strachu po jednym zebraniu. Mieli do przedyskutowania pewne sprawy i Anthony zaczął już teraz układać sobie w głowie ochronne bariery. Urok Jonathana potrafił bardzo rozpraszać aurę rzeczowej konwersacji, ale sprawa, ich sprawa była w tym momencie ważniejsza niż cokolwiek innego.