22.01.2026, 11:43 ✶
Jonathan mógł mieć rację – znajdowali się w zamku, w którym kiedyś mnóstwo ludzi zostało okrutnie pomordowanych, którego mieszkańcy trudnili się rzucaniem klątw (a więc zapewne czarną magią), a i na wyspie mogli żyć inni ludzie, szukający tu schronienia, gdy po okolicy zaczęły grasować potwory. I już wcześniej żyły tu pewnie całe pokolenia. Pewnie byłoby dziwne, gdyby nie było tu żadnych duchów, czy które pojawiły się tu wcześniej, czy po masowej zagładzie klanu, czy nawet później, ściągnięte miejscem, w którym mogły zamieszkać.
Jeśli jednak dziewczyna umarła – a sądząc po jej stanie jeśli do tego doszło, to zapewne z głodu, zimna i wycieńczenia, skoro nie wiedziała, jak się stąd wydostać – to zdawała się tego nieświadoma. Selwyn nie zdołał też dostrzec jej aury, co wskazywało albo na oklumentkę, albo że miał rację.
– Przyjechałam tu… za narzeczonym – powiedziała powoli, jakby z trudem próbowała sobie przypomnieć przeszłość i poukładać wydarzenia, by odpowiedzieć na ich pytania. – Po tym, jak potwory zaatakowały... i przebiły się do środka... mieli spróbować dostać się do latarni morskiej… Tam miało być coś, co pomoże się dostać na ląd… i potem wrócić z pomocą. Ale wciąż nie wrócili – szepnęła, a Jonathan mógł sobie przypomnieć, że na mapach, które znaleźli z Thomasem w pracowni, położenie latarni morskiej zostało oznaczone i w dodatku któryś z mężczyzn musiał wokół niej zakreślić koło. – Obiecałam mu, że na niego poczekam – dodała cicho.
Jej ubrania niczego nie podpowiadały Jonathanowi. Wyglądały na długo noszone i na pewno nie pochodziły z najnowszych, angielskich kolekcji, ale może była to moda niedawno popularna w Szkocji…? W końcu Szkoci miewali specyficzne gusta, o czym świadczył choćby ich strój narodowy.
– Potem… potem tylko ktoś dobijał się do drzwi, ale to nie był mój narzeczony. Poznałabym go – oświadczyła z pewną stanowczością, a potem drgnęła niespokojnie, kiedy znikąd pojawiły się migocące od magii schody, stworzone ręką Dory. – Nie, nie, nie. Obiecałam Fergusowi, że na niego poczekam. Nie mogę odejść bez niego – powiedziała nerwowo, wycofując się i znikając im z oczu.
Jeśli jednak dziewczyna umarła – a sądząc po jej stanie jeśli do tego doszło, to zapewne z głodu, zimna i wycieńczenia, skoro nie wiedziała, jak się stąd wydostać – to zdawała się tego nieświadoma. Selwyn nie zdołał też dostrzec jej aury, co wskazywało albo na oklumentkę, albo że miał rację.
– Przyjechałam tu… za narzeczonym – powiedziała powoli, jakby z trudem próbowała sobie przypomnieć przeszłość i poukładać wydarzenia, by odpowiedzieć na ich pytania. – Po tym, jak potwory zaatakowały... i przebiły się do środka... mieli spróbować dostać się do latarni morskiej… Tam miało być coś, co pomoże się dostać na ląd… i potem wrócić z pomocą. Ale wciąż nie wrócili – szepnęła, a Jonathan mógł sobie przypomnieć, że na mapach, które znaleźli z Thomasem w pracowni, położenie latarni morskiej zostało oznaczone i w dodatku któryś z mężczyzn musiał wokół niej zakreślić koło. – Obiecałam mu, że na niego poczekam – dodała cicho.
Jej ubrania niczego nie podpowiadały Jonathanowi. Wyglądały na długo noszone i na pewno nie pochodziły z najnowszych, angielskich kolekcji, ale może była to moda niedawno popularna w Szkocji…? W końcu Szkoci miewali specyficzne gusta, o czym świadczył choćby ich strój narodowy.
– Potem… potem tylko ktoś dobijał się do drzwi, ale to nie był mój narzeczony. Poznałabym go – oświadczyła z pewną stanowczością, a potem drgnęła niespokojnie, kiedy znikąd pojawiły się migocące od magii schody, stworzone ręką Dory. – Nie, nie, nie. Obiecałam Fergusowi, że na niego poczekam. Nie mogę odejść bez niego – powiedziała nerwowo, wycofując się i znikając im z oczu.