22.01.2026, 19:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.01.2026, 00:17 przez Sebastian Macmillan.)
Spacery po Ulicy Pokątnej nie były ostatnimi czasy dla Sebastiana zbyt przyjemne. Niełatwo było mu wrócić do normalnego funkcjonowania po koszmarze, jakim okazała się fala pożarów, która przetoczyła się przez miasto w tym miesiącu. Dalej łapał się na tym, że dostrzegał tu i ówdzie nowe ślady zniszczeń. Najbardziej ubodło go to, jak szybko tamtej nocy stracił szansę na bycie jakimkolwiek wsparciem dla wiernych w tych trudnych dla nich chwilach. Akurat gdy pierwsze iskry pojawiły się na dachach budynków w dzielnicy czarodziejów, on sam prowadził spotkanie modlitewne dla wiernych w siedzibie kowenu. I tak jak Matce udało się obronić budynek przed ogniem, tak zdecydowanie nie udało jej się obronić swego kapłana przed aktem przemocy ze strony pospolitego przestępcy.
Bo jak inaczej można było nazwać człowieka, który podniósł rękę na kapłana Matki w jej własnej świątyni? Plecy mężczyzny mimowolnie napięły się na samo myśl o tamtych zdarzeniach. Pamiętał każdą chwilę. Uniesienie rąk w górę przy ołtarzu, gdy obcy czarodziej zaczął wymachiwać różdżką w jego kierunku. Wiernych, którzy nagle rozpierzchli się na boki, pod ściany. Wiedział, że nawet jako kapłan kowenu nie był nietykalny. Udowodnił to już Marsz Praw Charłaków sprzed paru laty; ludziom było wówczas wszystko jedno w czyją stronę posyłali zaklęcia.
Mimo to, gdy próbował przekonać czarodzieja do opuszczenia różdżki, przez myśl mu nawet nie przeszło, że chwilę później oberwie czarno-magiczną klątwą, a napastnik rozpłynie się w powietrzu. Tyle dobrego, że akurat nie byłem sam, pomyślał Macmillan, wspinając się po schodach prowadzących na wyższe kondygnacje kamienicy. Z jednej trony wolałby oszczędzić wiernym widoku ich kapłana miotającego się pod ołtarzem w konwulsjach, ale gdyby nie ich szybka reakcja, mogłoby go już nie być na tym świecie. A tak? Wylądował na kilka dni w szpitalu i jako tako doszedł w końcu do siebie. Chyba. Podobno. Nie był pewny, czy ufał medykom w tej kwestii, ale nie miał zbyt dużego wyboru. Ludzie potrzebowali pomocy. Tak jak teraz Brenna Longbottom… I nieżywa czarownica nazwiskiem Turpin. Które wyraźnie słyszał już na klatce schodowej.
— Chwalmy imię Matki, źródła życia. Pokój temu domowi i całemu Jej stworzeniu: żywym i tym, którzy odeszli — zaintonował głośno Sebastian, ogłaszając swoje przybycie, gdy tylko znalazł się pod wejściem.
Z lekkim wahaniem wkroczył do zadymionego lokalu, kierując się zasłyszanymi wcześniej odgłosami kłótni. Spojrzał z kwaśną miną na Brennę, kiwając jej na powitanie głową. Będzie musiał ją później zapytać, czy przypadkiem nie wpisała go na jakąś listę kontaktów awaryjnych w Ministerstwie Magii. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że pracując od jesieni w ograniczonym wymiarze godzin, koniec końców i tak trafiał na swoją ulubioną brygadzistkę?
— Brenno. Pani Turpin — powitał je ciche, zawieszając na dłużej spojrzenie na półprzezroczystej sylwetce starszej czarownicy. Oczywiście, że ją znał. Kobieta nie miała w zwyczaju zgłaszać sąsiadów tylko do funkcjonariuszy bezpieczeństwa. Wielokrotnie apelowała też do siły wyższej, a że Matka nie miała ochoty na takie dyskusje, to Turpin apelowała do ich przedstawicieli w Londynie. I nie gryzła się przy tym w język. — Czy takie zachowanie naprawdę przystoi czarownicy o pani statusie? O pani reputacji?
Spojrzał wymownie na okno wychodzące na ulicę. Tuż po przybyciu na miejscu dwójka brygadzistów wytłumaczyła mu pokrótce czego może spodziewać się w środku, toteż wiedział już o tej nieudanej próbie... napadu... na pannę Longbottom. Zerknął na dziewczynę i już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, jednak zaraz ugryzł się w język. Wspólny front. Wspólny front. W końcu to była oficjalna sprawa Ministerstwa Magii.
— Nie wstydzi się pani? Jak pani myśli... Co ludzie powiedzą? — dodał po chwili, zerkając przez ramię ku korytarzowi wychodzącemu na klatkę schodową.
Bo jak inaczej można było nazwać człowieka, który podniósł rękę na kapłana Matki w jej własnej świątyni? Plecy mężczyzny mimowolnie napięły się na samo myśl o tamtych zdarzeniach. Pamiętał każdą chwilę. Uniesienie rąk w górę przy ołtarzu, gdy obcy czarodziej zaczął wymachiwać różdżką w jego kierunku. Wiernych, którzy nagle rozpierzchli się na boki, pod ściany. Wiedział, że nawet jako kapłan kowenu nie był nietykalny. Udowodnił to już Marsz Praw Charłaków sprzed paru laty; ludziom było wówczas wszystko jedno w czyją stronę posyłali zaklęcia.
Mimo to, gdy próbował przekonać czarodzieja do opuszczenia różdżki, przez myśl mu nawet nie przeszło, że chwilę później oberwie czarno-magiczną klątwą, a napastnik rozpłynie się w powietrzu. Tyle dobrego, że akurat nie byłem sam, pomyślał Macmillan, wspinając się po schodach prowadzących na wyższe kondygnacje kamienicy. Z jednej trony wolałby oszczędzić wiernym widoku ich kapłana miotającego się pod ołtarzem w konwulsjach, ale gdyby nie ich szybka reakcja, mogłoby go już nie być na tym świecie. A tak? Wylądował na kilka dni w szpitalu i jako tako doszedł w końcu do siebie. Chyba. Podobno. Nie był pewny, czy ufał medykom w tej kwestii, ale nie miał zbyt dużego wyboru. Ludzie potrzebowali pomocy. Tak jak teraz Brenna Longbottom… I nieżywa czarownica nazwiskiem Turpin. Które wyraźnie słyszał już na klatce schodowej.
— Chwalmy imię Matki, źródła życia. Pokój temu domowi i całemu Jej stworzeniu: żywym i tym, którzy odeszli — zaintonował głośno Sebastian, ogłaszając swoje przybycie, gdy tylko znalazł się pod wejściem.
Z lekkim wahaniem wkroczył do zadymionego lokalu, kierując się zasłyszanymi wcześniej odgłosami kłótni. Spojrzał z kwaśną miną na Brennę, kiwając jej na powitanie głową. Będzie musiał ją później zapytać, czy przypadkiem nie wpisała go na jakąś listę kontaktów awaryjnych w Ministerstwie Magii. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że pracując od jesieni w ograniczonym wymiarze godzin, koniec końców i tak trafiał na swoją ulubioną brygadzistkę?
— Brenno. Pani Turpin — powitał je ciche, zawieszając na dłużej spojrzenie na półprzezroczystej sylwetce starszej czarownicy. Oczywiście, że ją znał. Kobieta nie miała w zwyczaju zgłaszać sąsiadów tylko do funkcjonariuszy bezpieczeństwa. Wielokrotnie apelowała też do siły wyższej, a że Matka nie miała ochoty na takie dyskusje, to Turpin apelowała do ich przedstawicieli w Londynie. I nie gryzła się przy tym w język. — Czy takie zachowanie naprawdę przystoi czarownicy o pani statusie? O pani reputacji?
Spojrzał wymownie na okno wychodzące na ulicę. Tuż po przybyciu na miejscu dwójka brygadzistów wytłumaczyła mu pokrótce czego może spodziewać się w środku, toteż wiedział już o tej nieudanej próbie... napadu... na pannę Longbottom. Zerknął na dziewczynę i już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, jednak zaraz ugryzł się w język. Wspólny front. Wspólny front. W końcu to była oficjalna sprawa Ministerstwa Magii.
— Nie wstydzi się pani? Jak pani myśli... Co ludzie powiedzą? — dodał po chwili, zerkając przez ramię ku korytarzowi wychodzącemu na klatkę schodową.