22.01.2026, 23:23 ✶
Pomiędzy oblodzonymi szybami chatki, wśród mroźnej zimowej nocy szczególnie przytulne było schronienie ramion Leviathana, szczególnie kusiło wsunąć dłonie pod jego szatę i ogrzać palce na ciepłym ciele. Ręce tak naturalnie chciały szukać tej drogi, że czarownica musiała musiała podjąć świadomy wysiłek, aby się od tego powstrzymać. Przylgnęła jedynie do czarodzieja, pozwalając sylwetkom ułożyć się przy sobie, przy granicach zarysowanych szatami.
— Jak dziwnie słyszeć to od ciebie, gdy jeszcze chwilę temu snułeś coś o sposobach na niechciane dzieci. — Uśmiechnęła się. Leviathan bywał przerażająco zdystansowany, jakby nigdy do końca nie wychodził spod maski, lecz w takiej chwili, gdy wyrażał własne słabości, czarownica czuła, że wciąż jest ludzki gdzieś głęboko w tej duszy, którą znała od dziecka. — Tak dobrze wiedzieć… że nie wszystko tłumisz… chcesz kochać, chronić. Czy natura kazałaby nam czuć miłość i przywiązanie, gdyby nie były potrzebne?
Helloise kochała zbyt wiele i zbyt mało jednocześnie. Darowała swoje względy lekką ręką — czy ludziom, czy zwierzętom, czy roślinom. Zachwycała się światem i zachwycała się człowiekiem, lecz zapominała o wszystkim, ledwo traciła obiekt swojej tkliwości z oczu. Ludzie się w jej życiu wydarzali i jej sympatie do nich były szczere, lecz gdy odchodzili, nie pozostawało po nich w Helloise nic. Okazywali się niczym więcej niż ładnym doświadczeniem, które szybko niknęło wśród kolekcji jemu podobnych. Niełatwo przychodziło jej budowanie głębokich relacji — tych, które mogłaby nazwać miłością. Tych, które znaczyłyby coś więcej. Już w szkole prędko zrażała do siebie wszystkich, wyrzucała kolejne szanse na przyjaźnie, gdy tylko przestawały być dla niej wygodne. Mało się znała na kochaniu. Kochała tych, których kochanie miała wdrukowane z urodzenia, więc kochała Leviathana. W jego stałej obecności w swoim życiu znajdowała wiele spokoju, jego wizyty postawiały ją z przyjemnym przypomnieniem, że jest ktoś, kto zna ją od początku do końca. Kochała i innych członków rodziny. Nie potrafiłaby ich wyrzucić, co zdążyło udowodnić jej życie. Przecież próbowała.
Poza tymi jednak niewiele było w Helloise znaczących uczuć.
— Mówisz tak, bo wiesz tak samo dobrze jak ja, że nie ma między nami takich, którzy by spełnili te warunki. Nie mogę tego mieć. Nigdy wszystkiego. Musiałabym coś odrzucić. — Powiedziała to zniecierpliwiona. Było w tym, oczywistym zdawałoby się, stwierdzeniu ciążące poczucie beznadziei. Jakaś nieodwołalna definitywność. Dożywotni wyrok, którego nie dało się odwołać.
Żaden porządny czystokrwisty ród nie ugiąłby się do jej żądań, nie oddałby jej mężczyzny, nieskrępowanej swobody, pełnej niezależności dla siebie i dzieci. I choć targały nią czasem mgliste tęsknoty za posiadaniem własnej rodziny, nie potrafiła kochać nikogo na tyle, żeby oddać siebie.
Gdy Leviathan podniosł wzrok na gwiazdy za oknem, kierowana tym nagłym ukłuciem beznadziei Helloise wczepiła się w mężczyznę jeszcze mocniej, jakby chciała wrosnąć w niego. Z głową złożoną na ramieniu czarodzieja słuchała cichego szumu oddechu; czuła, jak pod nią wtuloną unosi się jego pierś. Nie była w świecie zupełnie sama.
— Jak dziwnie słyszeć to od ciebie, gdy jeszcze chwilę temu snułeś coś o sposobach na niechciane dzieci. — Uśmiechnęła się. Leviathan bywał przerażająco zdystansowany, jakby nigdy do końca nie wychodził spod maski, lecz w takiej chwili, gdy wyrażał własne słabości, czarownica czuła, że wciąż jest ludzki gdzieś głęboko w tej duszy, którą znała od dziecka. — Tak dobrze wiedzieć… że nie wszystko tłumisz… chcesz kochać, chronić. Czy natura kazałaby nam czuć miłość i przywiązanie, gdyby nie były potrzebne?
Helloise kochała zbyt wiele i zbyt mało jednocześnie. Darowała swoje względy lekką ręką — czy ludziom, czy zwierzętom, czy roślinom. Zachwycała się światem i zachwycała się człowiekiem, lecz zapominała o wszystkim, ledwo traciła obiekt swojej tkliwości z oczu. Ludzie się w jej życiu wydarzali i jej sympatie do nich były szczere, lecz gdy odchodzili, nie pozostawało po nich w Helloise nic. Okazywali się niczym więcej niż ładnym doświadczeniem, które szybko niknęło wśród kolekcji jemu podobnych. Niełatwo przychodziło jej budowanie głębokich relacji — tych, które mogłaby nazwać miłością. Tych, które znaczyłyby coś więcej. Już w szkole prędko zrażała do siebie wszystkich, wyrzucała kolejne szanse na przyjaźnie, gdy tylko przestawały być dla niej wygodne. Mało się znała na kochaniu. Kochała tych, których kochanie miała wdrukowane z urodzenia, więc kochała Leviathana. W jego stałej obecności w swoim życiu znajdowała wiele spokoju, jego wizyty postawiały ją z przyjemnym przypomnieniem, że jest ktoś, kto zna ją od początku do końca. Kochała i innych członków rodziny. Nie potrafiłaby ich wyrzucić, co zdążyło udowodnić jej życie. Przecież próbowała.
Poza tymi jednak niewiele było w Helloise znaczących uczuć.
— Mówisz tak, bo wiesz tak samo dobrze jak ja, że nie ma między nami takich, którzy by spełnili te warunki. Nie mogę tego mieć. Nigdy wszystkiego. Musiałabym coś odrzucić. — Powiedziała to zniecierpliwiona. Było w tym, oczywistym zdawałoby się, stwierdzeniu ciążące poczucie beznadziei. Jakaś nieodwołalna definitywność. Dożywotni wyrok, którego nie dało się odwołać.
Żaden porządny czystokrwisty ród nie ugiąłby się do jej żądań, nie oddałby jej mężczyzny, nieskrępowanej swobody, pełnej niezależności dla siebie i dzieci. I choć targały nią czasem mgliste tęsknoty za posiadaniem własnej rodziny, nie potrafiła kochać nikogo na tyle, żeby oddać siebie.
Gdy Leviathan podniosł wzrok na gwiazdy za oknem, kierowana tym nagłym ukłuciem beznadziei Helloise wczepiła się w mężczyznę jeszcze mocniej, jakby chciała wrosnąć w niego. Z głową złożoną na ramieniu czarodzieja słuchała cichego szumu oddechu; czuła, jak pod nią wtuloną unosi się jego pierś. Nie była w świecie zupełnie sama.
dotknij trawy