• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[29.09] From the perfect start to the finish line

[29.09] From the perfect start to the finish line
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#9
23.01.2026, 02:39  ✶  
Uniosłam kieliszek, przyjrzałam się resztce wina i roześmiałam się cicho, krótko, tym śmiechem, który zawsze zdradzał, że ktoś właśnie przypisał mi więcej mocy, niż faktycznie posiadałam.
- Permanentnie? - Powtórzyłam, kręcąc głową. - Och, nie bądźmy przesadnie optymistyczne. - Spojrzałam na nią spod przymrużonych powiek. Patrzyłam, jak unosiła kieliszek, wino znikało całkiem szybko, i pozwoliłam sobie na mały, wyrozumiały uśmiech. - Myśli nie są tak grzeczne. - Ciągnęłam dalej. - Nie wychodzą z głowy tylko dlatego, że się je ładnie zapisze. One raczej… Zmieniają adres. - Uśmiechnęłam się lekko. - Kiedy przenoszę je na papier, one przestają mnie szturchać co pięć minut. Wiedzą, że mają swoje miejsce. Leżą tam, zapisane, zabezpieczone, czasem nawet zaklęte, jeśli były szczególnie uparte. - Wzruszyłam ramionami. - Papier nie zabiera myślom mocy. - Powiedziałam ciszej. - Zabiera im chaos. Nadaje im kształt. A to robi ogromną różnicę. - Przesunęłam palcem po krawędzi kieliszka. - To trochę jak z dziećmi. Kiedy wiesz, że są w bezpiecznym pokoju, nie musisz co chwilę sprawdzać, czy jeszcze oddychają.
Odstawiłam kieliszek na stolik i oparłam się wygodniej w fotelu, splatając palce na kolanach, kiwając głową, po czym uśmiechnęłam się do niej łagodnie - w takich rozmowach nie chodziło o odpowiedzi, chodziło o to, żeby pytania miały gdzie bezpiecznie wybrzmieć.
Patrzyłam na Prudence, na sposób, w jaki siedziała, jakby jednocześnie chciała zniknąć i zostać zauważona, nie musiała mówić zbyt wiele - i bez tego jej myśli były głośne, to było niemal fizycznie wyczuwalne, jak natarczywe brzęczenie w powietrzu. Znałam ten stan aż za dobrze, widziałam go wcześniej u samej siebie, chociaż może nie do końca w dokładnie tej samej formie, tylko wtedy czasy były inne, mniej łaskawe dla ludzi, którzy widzieli zbyt wiele naraz. Przytaknęłam powoli, bez pośpiechu, jak ktoś, kto nie do końca się z nią zgadzał, ale uznawał prawo do tej myśli.
- Gdybyśmy wiedzieli, która decyzja jest tą „właściwą”, a która tylko zapchajdziurą, wszystko wyglądałoby jak odhaczanie instrukcji obsługi. - Powiedziałam i uśmiechnęłam się krótko. - Punkt pierwszy: zrób to. Punkt drugi: nie rób tamtego. Punkt trzeci: gratulacje, wygrałaś egzystencję. - Znowu wzięłam kieliszek do ręki. - Przewidywalność nie uczyniłaby życia prostszym. Uczyniłaby je tylko mniej żywym. Mniej prawdziwym. Bez ryzyka nie ma ani błędów, ani sensu. - Upiłam łyk, pozwalając winu opaść ciężko na język.
- I wiem, to niesprawiedliwe. - Kiwnęłam głową. - Ale to też jedyny sposób, w jaki możemy być naprawdę sobą, a nie wykonawcami wcześniej napisanego scenariusza. A wiesz, co jest najwspanialsze? - Dodałam ciszej. - To, że często te „nieistotne” decyzje okazują się najważniejsze. Jedno „tak” rzucone od niechcenia. Jedno wyjście z domu, którego wcale nie planowałaś. Jedna osoba, której nie miałaś poznać. - Spojrzałam na nią uważnie, ale bez nacisku. - A te wielkie, dramatyczne wybory? - Machnęłam lekceważąco ręką. - Czasem nie robią nic. Są tylko hałaśliwe. - Powiedziałam bez goryczy, raczej z doświadczeniem, kątem oka spojrzawszy na karty leżące na stole - na te, które wciąż czekały i te, które już zostały ujawnione.
Oparłam się głębiej w fotelu i przez chwilę pozwoliłam, by cisza zrobiła to, co potrafi najlepiej, nie spieszyłam się z odpowiedzią, ponieważ na takie pytania, jakie dziś padały, nie reagowało się odruchem.
- Nie. - Powiedziałam w końcu, spokojnie. - Nigdy nie było takiego momentu, w którym mogłabym powiedzieć „to już, teraz wiem”, i jeśli mam być z tobą uczciwa, to bardzo mnie to kiedyś złościło. - Uśmiechnęłam się z zamyśleniem, bardziej do wspomnień niż do niej. - Były etapy, w których byłam przekonana, że już się ustabilizowałam i to, kim jestem, ma wyraźne kontury, nazwę, funkcję. A potem życie robiło to, co robi najlepiej. - Uniosłam kieliszek, ale tylko go obróciłam, nie pijąc, tylko bardzo powoli przytakując sobie parokrotnie gestem głowy. Przesunęłam dłonią po podłokietniku fotela, ten powolny, prawie leniwy ruch pomagał mi dobrać słowa. - Wiesz, kochanie, w pewnym wieku masz dostęp przede wszystkim do odwagi. W innym skłaniasz się bardziej ku czułości. Później potrzebujesz cierpliwości. A jeszcze później zgody na to, że nie wszystko musi się domknąć.
Myślałam o swoich notatkach, o zeszytach upchniętych w szufladach, o pergaminach zapisanych w pośpiechu, w nocy, przy słabym świetle - one nie zabierały wspomnień, nie kasowały decyzji, tylko sprawiały, że przeszłość przestawała pchać się na scenę bez zapowiedzi. Spojrzałam na karty leżące na stole - nadal czekały, cierpliwe, jakby doskonale rozumiały, że dziś nie one są najważniejsze - tarot był tylko językiem pomocniczym dla rzeczy, które i tak musiały zostać wypowiedziane albo przeżyte w milczeniu. Nie miałam odpowiedzi na wszystkie pytania, nigdy ich nie miałam, ale wiedziałam jedno - jasność nie przychodziła jak objawienie, przychodziła fragmentami, wtedy, gdy człowiek był gotów je unieść. Wiedziałam, że Prudence była teraz na etapie, w którym archiwum otwiera się samo, obrazy wracają wyostrzone, pozbawione dawnych zniekształceń, boleśnie precyzyjne - dostrzegałam to w jej słowach, wyrazie twarzy i w oczach - to nie był przypadek ani kara, to był znak, że jej umysł dojrzał do nowej wersji prawdy, nawet jeśli jeszcze nie wiedziała, co z nią zrobić. Ten proces zawsze wyglądał jak chaos, chociaż w istocie był porządkowaniem, reorganizacją.

Mimo całego wypitego alkoholu, czułam w sobie spokojną trzeźwość kogoś, kto przeżył już kilka takich wieczorów, nie tylko przy winie, nie tylko z kartami na stole. Pozwoliłam jej płynąć, bo wiedziałam, że jeśli spróbuje się to zatrzymać, wszystko tylko się cofnie i zastygnie w środku. Zbyt wiele razy miałam okazję widzieć, jak ludzie próbowali ratować się cynizmem, bo wydawał się bezpieczniejszy niż nadzieja - zupełnie tak, jakby odrzucenie szczęścia z wyprzedzeniem miało uchronić przed bólem, który i tak znajduje drogę, inną, bardziej podstępną. Sama też byłam na tym etapie wielokrotnie - to była bardzo ludzka strategia, bardzo złudna, ale też bardzo szczera - najpierw pojawiał się zachwyt, potem strata, a zaraz po niej pokusa, by nigdy więcej nie sięgać po nic, co mogłoby zaboleć. Los zawsze działał w ten sam sposób - najpierw dawał, potem zabierał, a dopiero dużo później ujawniał, co tak naprawdę zostawił, nie było w tym sprawiedliwości, ale była ciągłość.
Patrzyłam na nią długo, zanim się odezwałam, nie dlatego, że brakowało mi słów, tylko dlatego, że te właściwe musiały najpierw osiąść. Słuchałam, gdy mówiła o niesprawiedliwości, o przyzwyczajaniu się do dobra, o tym nagłym wyrwaniu spod nóg wszystkiego, co zdążyło się stać domem. Kiwnęłam głową powoli, uniosłam kieliszek i upiłam łyk, spokojnie, bez pośpiechu.
- Wiesz - powiedziałam w końcu spokojnie - alergia na wszechświat to bardzo popularna dolegliwość. Szczególnie u ludzi, którym najpierw pokaże się coś pięknego, a potem zabiera bez wyjaśnień. - Odstawiłam kieliszek i nachyliłam się odrobinę w jej stronę. Nie broniłam losu, nigdy tego nie robiłam, nie zasługiwał na adwokata. - Zresztą, on nie jest delikatny, więc nie wymaga delikatnych reakcji. Nie tłumaczy się, nie przeprasza. Robi swoje i oczekuje, że my też będziemy umieli. - Oparłam się wygodniej, nogę założyłam na nogę. - Masz pełne prawo być na niego wściekła. Ja byłam na niego wściekła przez dobre kilkanaście lat. Czasem wracam do tego stanu rekreacyjnie - dodałam lżej - dobrze oczyszcza. - Nie uśmiechałam się, nie bagatelizowałam, ponieważ tego, o czym mówiłyśmy, się nie rozbrajało żartem, tylko spokojem.
Patrzyłam na Prue, gdy wpatrywała się w kieliszek, jakby w czerwieni wina próbowała znaleźć odpowiedź, ulgę albo chociaż chwilowe zawieszenie bólu, nie widziałam w niej osoby przegranej ani złamanej, widziałam kogoś, kto zaryzykował i teraz krwawił, a to była różnica zasadnicza, nawet jeśli ona jeszcze nie potrafiła jej dostrzec, i chociaż słowa o rezygnacji ze szczęścia brzmiały jak deklaracja, wiedziałam, że były tylko opatrunkiem, prowizorycznym, zakładanym w pośpiechu. Człowiek, który naprawdę przestaje wierzyć, nie mówi o tym tak głośno - ten gest też był mi boleśnie znajomy, robiłam to samo lata temu, tylko wtedy nie miałam babki po drugiej stronie stołu, a jedynie kieliszek i własne myśli, znacznie mniej łaskawe.
- Tak, to działa właśnie w ten sposób. -  Przyznałam bez próby łagodzenia. - I nie, to nie jest sprawiedliwe. Sprawiedliwość to ludzki wynalazek, nie kosmiczny. Wszechświat operuje ruchem, nie bilansem zysków i strat. - Przesunęłam palcem po krawędzi szkła, stawiając kieliszek po stoliku, po czym dolałam nam obu wina, bez pytania - to nie był wieczór na zachowawczość, to był wieczór na hojność wobec siebie.
- Rezygnacja ze szczęścia nie chroni przed bólem. - Spojrzałam na nią uważnie, bez litości, ale z czułością. - Chroni tylko przed radością. A ból i tak znajdzie drogę. On jest bardzo kreatywny. - Urwałam na chwilę, dając nam czas, by te słowa wybrzmiały. Słuchałam dalej, tej lawiny goryczy, rozczarowania, głębokiej czerni, w której teraz się pogrążała, nie spieszyłam się z dalszym wydawaniem opinii - w takich chwilach każde słowo wypowiedziane za wcześnie było jak źle dobrane zaklęcie.
Pozwoliłam jej mówić, aż w końcu zadała to pytanie, które zawsze padało prędzej czy później, to o sens, o powtarzalność bólu, o to, czy można się nauczyć nie cierpieć. Dałam jej to - to prawo do obrzydzenia, do gniewu, zanim wzięłam głęboki wdech, by się odezwać. Deszcz wciąż uderzał o szyby, rytmicznie, uparcie.
- Nie, to nie mija tak, że pewnego dnia wstajesz i myślisz „o, dziś już nie boli, proszę bardzo”. - Spojrzałam na nią uważnie, spojrzeniem kogoś, kto tę rozmowę odbył już wiele razy, w różnych wariantach, z różnymi twarzami. - Mija nierówno. Falami. Czasem na długo, czasem wraca znienacka, kiedy już jesteś pewna, że masz to za sobą. - Spojrzałam na nią uważnie, bez litości, ale też bez surowości. - Prawdziwe uczucia mają paskudny nawyk wracania wtedy, kiedy człowiek jest już pewien, że się przed nimi zabezpieczył. - Uśmiechnęłam się krótko. - W innym czasie, innym miejscu, pod inną postacią. Czasem nawet nie od razu rozpoznajesz, że to to samo. Ludzie tacy jak my nie kochają „na próbę”. - Pozwoliłam ciszy na moment się rozciągnąć. - Nawet jeśli bardzo byśmy chcieli, żeby było inaczej. - Uśmiechnęłam się lekko, nie gorzko, nie smutno. Ciepło było we mnie od zawsze, to prawda, umiałam je dawać, umiałam się nim dzielić, czasem nawet zbyt łatwo. Były uczucia płytkie, były bolesne, były takie, które brały więcej, niż oddawały, przeżyłam je wszystkie - każde czegoś mnie nauczyło, każde zostawiło ślad.
- Nie wszystko, co wraca, chce zostać, ale to, co naprawdę prawdziwe… Zostaje w człowieku na zawsze. To nic złego. Sama przeżyłam sporo rzeczy płytkich, bolesnych, takich, które uczą ostrożności i dystansu. Takich, po których człowiek wstaje, otrzepuje się i idzie dalej. - Mój głos nie zadrżał, był spokojny, osadzony w tej chwili, w naszej rozmowie. - Ale było jedno. Jedno jedyne, które nauczyło mnie różnicy. Tego, że są uczucia, dla których nie buduje się życia „od nowa”, tylko żyje się dokładnie tak, jak ja żyję teraz. Z pamięcią.
Skinęłam głową powoli, sama do siebie, bo to zdanie było czymś, co należało przyjąć do wiadomości, a nie poddać dyskusji. Potem jeszcze raz, słysząc słowa o niepozwalaniu sobie, o wycofaniu się z gry - znałam ten ton, zdanie wypowiadane w tysiącu wariantów przez ludzi w różnym wieku, w różnych epokach, zawsze tak samo prawdziwe.
- To bardzo kusząca strategia - przyznałam - wycofać się. Nie brać kart. Nie ryzykować. Tylko że wtedy nie przegrywasz… Ale też nigdy nie wygrywasz. - Nachyliłam się minimalnie w jej stronę i westchnęłam cicho, nie zniecierpliwiona, raczej zmęczona tą myślą, bo słyszałam ją już setki razy, także we własnej głowie, wiele lat temu. - W praktyce wygląda to tak, że i tak  tracisz. To długoterminowe umieranie z wyprzedzeniem. Tylko bez wspomnień, bez ciepła, bez tego jednego momentu, który mógłby cię uratować w przyszłości. - Nie było w tym pocieszenia, nie próbowałam go nawet udawać.
Patrzyłam, jak znów chowa się pod kocem, to też było mi znane, ciało próbowało się chronić, skoro głowa już nie dawała rady. Sama też oparłam się wygodniej w fotelu, pozwalając, by moje słowa osiadły. Nie sięgałam po karty, jeszcze nie, ten wieczór wciąż należał do słów, wina i bólu, który musiał zostać wypowiedziany, zanim da się go jakkolwiek oswoić.
- I jeszcze jedno - dodałam na koniec - nie ma „lepszego momentu”, który się zmarnował. Są tylko momenty, które były najlepszymi możliwymi wtedy, gdy się wydarzyły, nawet jeśli ich wspomnienie boli. - Zakończyłam, wpatrując się w okno, bez nich byłoby pusto, a pustka też boli, czasami nawet bardziej od straty - to dwie różne rzeczy, tak często mylone przez tych pogrążonych w bólu i poczuciu niesprawiedliwości, ale tego już nie planowałam jej mówić.

Patrzyłam w ogień, nie na nią, bo wiedziałam, że jeśli spojrzę zbyt wcześnie, zamknie się z odruchu, iskry strzelały w górę, krótkimi, jasnymi błyskami, które gasły szybciej, niż zdążyło się je zapamiętać. W pewnym momencie przestałam liczyć kieliszki - po co liczyć coś, co i tak już spełniło swoją funkcję.
- Wiesz - odezwałam się w końcu, spokojnie, bez tonu mentorki, bez tej całej mądrości, którą zwykle się ode mnie dostawało - dziś, zanim przyszłaś - zaczęłam powoli, nie patrząc na nią, tylko w ogień - wyciągnęłam trzy karty.
Przesunęłam kieliszek palcami po blacie, szkło wydało cichy dźwięk, zwracając na siebie uwagę - karty też tam nadal leżały. Alkohol zrobił z wieczoru coś na kształt zamkniętego kręgu, bezpiecznego, ale bez ucieczek. Pierwsza butelka stała pusta, potem dołączyła do niej druga, trzecia była niebezpiecznie lekka.
- To nie było o mnie - Dodałam cicho, z absolutną pewnością. - Od początku wiedziałam, że nie, nawet jeśli nie zdążyłam dokończyć układu. - Nie musiałam podnosić na nią wzroku, by wiedzieć, że nadal siedziała tak samo - skulona w fotelu, z kocem podciągniętym wysoko, i to nie był chłód, który ją tak trzymał, to było coś znacznie głębszego. Nigdy wcześniej nie widziałam jej w takim stanie, nie takiej, nawet wtedy, przed laty, kiedy świat pierwszy raz postanowił ją sprawdzić. Wtedy była cicha, zamknięta, teraz była obnażona z mechanizmów obronnych, mówiła o miłości tak, jak w przypadku bardzo konkretnych osób, którymi niewątpliwie byłyśmy, mówiło się tylko raz, albo nigdy.
- Znam cię od dnia, w którym pierwszy raz złapałaś mnie za palec. - Odwróciłam wreszcie głowę w jej stronę, iskry wystrzeliły nagle wyżej, jedna z nich zatrzymała się na moment w powietrzu, po czym zniknęła. Westchnęłam i wreszcie zdecydowałam się sięgnąć po coś, co od początku wieczoru leżało między nami, choć nienazwane. - Więc kiedy dziś widzę twoje śliczne oczy… I słyszę, że najpierw pozwala się komuś uderzyć w ziemię, a potem ewentualnie rzuca mu się ochłap szczęścia, jeśli dobrze poczekał. - Powiedziałam cicho. - To nie brzmi jak historia, która po prostu się „skończyła”. To nie jest drobnostka. To nie jest zwykłe „nie wyszło”, nie, gdy mówisz to tak, jakbyś naprawdę uwierzyła, że wszystko już się skończyło. - Urwałam na moment. Nie było w tym oskarżenia, była szczerość i troska, ciężka od lat doświadczeń. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie, nie takim zmęczeniu, nie takiej szczerości, nie tej czerni w słowach, gdy mówiła o miłości. Nawet wtedy, przed laty, kiedy świat pierwszy raz nauczył ją, że może boleć naprawdę, wtedy była ostrożna, smutna, ale jeszcze bardziej zdyscyplinowana, niż wcześniej. Teraz była… Obnażona, a to mnie niepokoiło, nawet jeśli starałam się jej nie naciskać, dając Prudence czas, by sama dojrzała do tego, by dać się lekko… Pchnąć ku sednu tematu. - Powiedz mi, Prue - odezwałam się łagodnie, ale bez ucieczki w półsłówka - co takiego musiało się stać, że teraz siedzisz tu i mówisz o miłości, jakby była kłamstwem, a nie czymś, co po prostu bardzo zabolało? - Oparłam się z powrotem w fotelu, ale nie spuszczałam z niej wzroku. - I zanim zaczniesz się zastanawiać, co wypada, a co nie… - Dodałam, jakby mimochodem - Chcę, żebyś wiedziała, że możemy też rozważyć inne rozwiązania. Nie tylko rozmowę. - Przez chwilę milczałam, po czym przechyliłam głowę lekko na bok. - Jestem już stara, wiesz, wiele mi można, reszta mało mnie obchodzi, dlatego zapytam wprost. - Odezwałam się spokojnie, bez uśmiechu. - Czy potrzebujemy rzucić na kogoś klątwę? - Uniosłam brew, zupełnie serio. - Nic wielkiego. Bezsenność. Swędząca wysypka. Może koszmary, takie z gatunku uporczywych. Czasem drobne przekleństwo działa lepiej niż długa salwa. - Przesunęłam spojrzeniem po kominku, po ogniu, po stole, po kartach, które wciąż leżały tam, gdzie je zostawiłam na początku wieczoru, po czym wzruszyłam ramionami.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (9152), Prudence Fenwick (5656)




Wiadomości w tym wątku
[29.09] From the perfect start to the finish line - przez Bard Beedle - 21.01.2026, 05:10
RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - przez Prudence Fenwick - 21.01.2026, 15:17
RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - przez Bard Beedle - 21.01.2026, 18:00
RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - przez Prudence Fenwick - 21.01.2026, 21:45
RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - przez Bard Beedle - 21.01.2026, 23:35
RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - przez Prudence Fenwick - 22.01.2026, 11:19
RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - przez Bard Beedle - 22.01.2026, 15:54
RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - przez Prudence Fenwick - 22.01.2026, 22:55
RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - przez Bard Beedle - 23.01.2026, 02:39
RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - przez Prudence Fenwick - 23.01.2026, 12:31
RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - przez Bard Beedle - 24.01.2026, 02:08
RE: [29.09] From the perfect start to the finish line - przez Bard Beedle - 24.01.2026, 06:07

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa