23.01.2026, 09:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.01.2026, 09:36 przez Bard Beedle.)
Schody drżały pod ich stopami, wprawione w ruch jakąś starą, być może nie do końca już sprawną pułapką, albo kiedyś zaklęte. Dora i Erik, choć poczuli, że tracą grunt pod stopami, nie polecieli jednak na łeb na szyję – ani na Jonathana, który schodził jako pierwszy, i jakoś usiłując utrzymać równowagę instynktownie zrobił jeszcze krok na przodu, a stopień, na którym oparł stopę, już się nie trząsł.
Selwyn zdołał więc ustać i pozostał bezpieczny.
Erik i Dora nie mieli takiego szczęścia.
Schody ich nie zrzuciły: dosłownie ich połknęły. W jednej chwili dwójka Gryfonów znajdowała się na stopniach, schodząc gdzieś w ciemność, w kolejnej zaś ich nie było. Jonathan zdążył jeszcze zauważyć kątem oka, jak zostają wciągnięci w dół, w jakąś pułapkę, usłyszeć zdławiony okrzyk, który wydała z siebie Dora… a potem był sam.
Nie. Nie sam.
Migotliwa postać, na półprzezroczysta, czekała na samym dole schodów, w mroku.
*
Dora zapadła się gdzieś w dół, a potem wylądowała na zimnej, twardej posadce. Światło na jej różdżce migotało, to rozpalając się, to wygasając, i w bladym blasku widziała tylko najbliższe otoczenie, a w nim… nic właściwie. Żadnych mebli, żadnych ścian nawet: ginęły w mroku.
A potem gdzieś z ciemności odezwał się głos, dziwnie znajomy.
Jej własny.
– Wszystko w porządku? – spytała Dora Crawley, wychodząc z mroku… Nie. Wyłaniając się z niego: jakby nie tyleż kryła się do tej pory w ciemnościach, co stanowiła ich część, została z tej ciemności ukształtowana. Jej ciemna sukienka zdawała się utkana z mroku, a ciemne nitki poruszały się po dłoniach i twarzy, jakby wrośnięte częściowo w skórę, wciąż jednak ruchome.
*
Erik spadał.
W takich chwilach wnętrzności wywijają koziołki, adrenalina wystrzeliwuje, wydaje się, że serce zaraz wyrwie się z piersi. Upadek zwykle trwa chwilę: czasem, jeśli spadasz z naprawdę dużej wysokości, zdążysz jeszcze pomyśleć, że umierasz. Przypomnieć sobie swoich najbliższych. Dokonać rachunku grzechów.
Może wypowiedzieć słowa modlitwy.
Ale jego upadek nie kończył się.
Spadał.
I spadał…
…i spadał.
W dół. W pierwszej chwili szybko, potem jednak wolniej, coraz wolniej, tak że nawet gdyby w coś uderzył, nic by mu się pewnie nie stało, lecz otaczała go nieskończona ciemność i nie wydawało się, że to upadanie kiedykolwiek dobiegnie końca.
/Odpisy proszę do 26.01, godzina 21 – chyba że ktoś potrzebuje dodatkowego dnia, to niech mnie tyrpnie od razu/
Selwyn zdołał więc ustać i pozostał bezpieczny.
Erik i Dora nie mieli takiego szczęścia.
Schody ich nie zrzuciły: dosłownie ich połknęły. W jednej chwili dwójka Gryfonów znajdowała się na stopniach, schodząc gdzieś w ciemność, w kolejnej zaś ich nie było. Jonathan zdążył jeszcze zauważyć kątem oka, jak zostają wciągnięci w dół, w jakąś pułapkę, usłyszeć zdławiony okrzyk, który wydała z siebie Dora… a potem był sam.
Nie. Nie sam.
Migotliwa postać, na półprzezroczysta, czekała na samym dole schodów, w mroku.
*
Dora zapadła się gdzieś w dół, a potem wylądowała na zimnej, twardej posadce. Światło na jej różdżce migotało, to rozpalając się, to wygasając, i w bladym blasku widziała tylko najbliższe otoczenie, a w nim… nic właściwie. Żadnych mebli, żadnych ścian nawet: ginęły w mroku.
A potem gdzieś z ciemności odezwał się głos, dziwnie znajomy.
Jej własny.
– Wszystko w porządku? – spytała Dora Crawley, wychodząc z mroku… Nie. Wyłaniając się z niego: jakby nie tyleż kryła się do tej pory w ciemnościach, co stanowiła ich część, została z tej ciemności ukształtowana. Jej ciemna sukienka zdawała się utkana z mroku, a ciemne nitki poruszały się po dłoniach i twarzy, jakby wrośnięte częściowo w skórę, wciąż jednak ruchome.
*
Erik spadał.
W takich chwilach wnętrzności wywijają koziołki, adrenalina wystrzeliwuje, wydaje się, że serce zaraz wyrwie się z piersi. Upadek zwykle trwa chwilę: czasem, jeśli spadasz z naprawdę dużej wysokości, zdążysz jeszcze pomyśleć, że umierasz. Przypomnieć sobie swoich najbliższych. Dokonać rachunku grzechów.
Może wypowiedzieć słowa modlitwy.
Ale jego upadek nie kończył się.
Spadał.
I spadał…
…i spadał.
W dół. W pierwszej chwili szybko, potem jednak wolniej, coraz wolniej, tak że nawet gdyby w coś uderzył, nic by mu się pewnie nie stało, lecz otaczała go nieskończona ciemność i nie wydawało się, że to upadanie kiedykolwiek dobiegnie końca.
/Odpisy proszę do 26.01, godzina 21 – chyba że ktoś potrzebuje dodatkowego dnia, to niech mnie tyrpnie od razu/