23.01.2026, 10:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.01.2026, 11:13 przez Aaron Andrew Moody.)
Czy naprawdę potrzebujesz do połowy pomalowanej ściany?, chciał spytać kpiąco Bertiego, bo przecież wiadomym było, że jeżeli Millie coś zacznie, to tego nigdy nie skończy.
Na szczęście zdążył ugryźć się w język.
Aaron lubił w wystroju prostotę. Klasyczne połączenia, które z jakiegoś powodu nazywano klasycznymi – zwyczajnie nie mogły zawieść. Choć rozglądał się wokół krytycznie, oceniając, czy można byłoby coś poprawić, albo w czymś pomóc, widać było, że podobało mu się w restauracji Bertiego. Dzieciak odwalił naprawdę kawał dobrej roboty urządzając lokal. Nie podobały mu się tylko witraże, bo te kojarzyły się Aaronowi z przaśnym wnętrzem bożnic. Najładniejszymi kolorami pomalowałoby wnętrze same słońce. Aaron wstawał często z poranną szarówką, a szykując się do pracy, przypatrywał się, jak pierwsze promienie słońca barwią niebo za oknem. Dzień stawał się coraz krótszym, wiedział więc, że niedługo nocną zmianę będzie rozpoczynał jego zachodem. Zjeżdżając wieczorem do podziemi Ministerstwa żegnać będą go więc oranże, róże i czerwienie rozlewające się wzdłuż nieboskłonu.
Chociaż myślami był jak zawsze przy pracy, wyjątkowo nie miał na sobie munduru aurora, co było widokiem dla każdego chyba dość niecodziennym. Nałożył swój nieco wyblakły już garnitur, sapnąwszy z ulgą, gdy sprawdził, czy guzik kamizelki zapina się wciąż na brzuchu. Zapinał się, ale i Moody tak porzucił kamizelkę, pozostając tylko w koszuli i lżejszej marynarce. Przeważyły ostatecznie względy praktyczne, bo czasem jak mu ktoś podnosił ciśnienie, robiło mu się gorąco. A skoro już o pracy mowa, dyżur świąteczny wziął, ale później, akurat, żeby mieć pretekst, żeby wyjść. Bez pytania wykreślił jednak z kartki z dyżurami syna, bo dobrze byłoby, żeby przynajmniej on pobył z bliskimi. Już przygotował w głowie pogadankę o "różnych rodzajach służby"... Służba wobec rodziny jest tak samo ważna jak ta wobec kraju, Alastorze. Oczywiście, ani słowa nie byłoby tam o tym, że Aaron przejął się wszystkim, co spotkało jego dzieci w trakcie Spalonej Nocy. Przejął się tym, co zobaczył na spotkaniu Zakonu, gdy wreszcie mógł zobaczyć Alastora i Millie obok siebie, dokonać oceny sytuacji. Zawsze to była prosta zależność, zawsze "Millie cię potrzebuje, jesteś jej bratem", powtarzane z takim przekonaniem, jak gdyby sam nie był jej ojcem. A jednak był też ojcem Alastora, dlatego wiedział, że "a ty potrzebujesz Millie" należy pozostawić niewypowiedzianym.
Spóźnił się, bo musiał nieco znieczulić się przed przyjściem tutaj. Święta w rodzinnym gronie nie były czymś, co byłby w stanie znieść na trzeźwo. Ale Aaron nigdy nie był zbyt dobry w przyznawaniu się do swych porażek. A już zwłaszcza tych wychowawczych. Nie był pijany, ale wychylił może ze dwa kieliszeczki czegoś mocniejszego, żeby poczuć znajome pieczenie w gardle. Miało przypominać mu o tym, żeby nie zaogniać niepotrzebnie dyskusji przy stole.
Komentarz na temat artystycznych zdolności Millie zagryzł więc w zębach i przełknął wraz z kęsem placka dyniowego. Uprzejmie popatrzył jednak na wskazaną przez Bertiego ścianę, milcząc na tyle długo, żeby inni mogli pomyśleć, że rzeczywiście wyobraża sobie pokrywające ją "artystyczne popisy". Tylko że Aaron znał swoją córkę. Wiedział, że Millie pomaże część ściany farbami, w połowie zmieni jednak koncept, tracąc zaangażowanie. Odzyska je na krótką chwilę, domaluje co nieco w nagłym przypływie weny twórczej, a potem podda się... Choć nie będzie potrafiła nigdy przemóc się, i przyznać się przed sobą, że się poddała. Więc straszyć będzie taka niedorobiona ściana, i tylko co bogatsi klienci będą z zachwytem pytać Bertiego, czy to sztuka koncepcyjna. Moody ściągnął usta w wąską kreskę.
– A te belki, co tak ładnie tam podwiesiliście u sufitu, to chociaż zaimpregnowane? – zapytał Bertiego, pokazując paluchem, o które konkretnie mu chodzi. Można by pomyśleć, że trochę czepliwie, ale właśnie tak stary Moody okazywał swoją troskę najbliższym. – Jest taki dobry lakier skutecznie zabezpieczający przed ogniem, tylko że drogi, więc firmy remontowe niestety rzadko go używają. Kogo brałeś do renowacji?
Na szczęście zdążył ugryźć się w język.
Aaron lubił w wystroju prostotę. Klasyczne połączenia, które z jakiegoś powodu nazywano klasycznymi – zwyczajnie nie mogły zawieść. Choć rozglądał się wokół krytycznie, oceniając, czy można byłoby coś poprawić, albo w czymś pomóc, widać było, że podobało mu się w restauracji Bertiego. Dzieciak odwalił naprawdę kawał dobrej roboty urządzając lokal. Nie podobały mu się tylko witraże, bo te kojarzyły się Aaronowi z przaśnym wnętrzem bożnic. Najładniejszymi kolorami pomalowałoby wnętrze same słońce. Aaron wstawał często z poranną szarówką, a szykując się do pracy, przypatrywał się, jak pierwsze promienie słońca barwią niebo za oknem. Dzień stawał się coraz krótszym, wiedział więc, że niedługo nocną zmianę będzie rozpoczynał jego zachodem. Zjeżdżając wieczorem do podziemi Ministerstwa żegnać będą go więc oranże, róże i czerwienie rozlewające się wzdłuż nieboskłonu.
Chociaż myślami był jak zawsze przy pracy, wyjątkowo nie miał na sobie munduru aurora, co było widokiem dla każdego chyba dość niecodziennym. Nałożył swój nieco wyblakły już garnitur, sapnąwszy z ulgą, gdy sprawdził, czy guzik kamizelki zapina się wciąż na brzuchu. Zapinał się, ale i Moody tak porzucił kamizelkę, pozostając tylko w koszuli i lżejszej marynarce. Przeważyły ostatecznie względy praktyczne, bo czasem jak mu ktoś podnosił ciśnienie, robiło mu się gorąco. A skoro już o pracy mowa, dyżur świąteczny wziął, ale później, akurat, żeby mieć pretekst, żeby wyjść. Bez pytania wykreślił jednak z kartki z dyżurami syna, bo dobrze byłoby, żeby przynajmniej on pobył z bliskimi. Już przygotował w głowie pogadankę o "różnych rodzajach służby"... Służba wobec rodziny jest tak samo ważna jak ta wobec kraju, Alastorze. Oczywiście, ani słowa nie byłoby tam o tym, że Aaron przejął się wszystkim, co spotkało jego dzieci w trakcie Spalonej Nocy. Przejął się tym, co zobaczył na spotkaniu Zakonu, gdy wreszcie mógł zobaczyć Alastora i Millie obok siebie, dokonać oceny sytuacji. Zawsze to była prosta zależność, zawsze "Millie cię potrzebuje, jesteś jej bratem", powtarzane z takim przekonaniem, jak gdyby sam nie był jej ojcem. A jednak był też ojcem Alastora, dlatego wiedział, że "a ty potrzebujesz Millie" należy pozostawić niewypowiedzianym.
Spóźnił się, bo musiał nieco znieczulić się przed przyjściem tutaj. Święta w rodzinnym gronie nie były czymś, co byłby w stanie znieść na trzeźwo. Ale Aaron nigdy nie był zbyt dobry w przyznawaniu się do swych porażek. A już zwłaszcza tych wychowawczych. Nie był pijany, ale wychylił może ze dwa kieliszeczki czegoś mocniejszego, żeby poczuć znajome pieczenie w gardle. Miało przypominać mu o tym, żeby nie zaogniać niepotrzebnie dyskusji przy stole.
Komentarz na temat artystycznych zdolności Millie zagryzł więc w zębach i przełknął wraz z kęsem placka dyniowego. Uprzejmie popatrzył jednak na wskazaną przez Bertiego ścianę, milcząc na tyle długo, żeby inni mogli pomyśleć, że rzeczywiście wyobraża sobie pokrywające ją "artystyczne popisy". Tylko że Aaron znał swoją córkę. Wiedział, że Millie pomaże część ściany farbami, w połowie zmieni jednak koncept, tracąc zaangażowanie. Odzyska je na krótką chwilę, domaluje co nieco w nagłym przypływie weny twórczej, a potem podda się... Choć nie będzie potrafiła nigdy przemóc się, i przyznać się przed sobą, że się poddała. Więc straszyć będzie taka niedorobiona ściana, i tylko co bogatsi klienci będą z zachwytem pytać Bertiego, czy to sztuka koncepcyjna. Moody ściągnął usta w wąską kreskę.
– A te belki, co tak ładnie tam podwiesiliście u sufitu, to chociaż zaimpregnowane? – zapytał Bertiego, pokazując paluchem, o które konkretnie mu chodzi. Można by pomyśleć, że trochę czepliwie, ale właśnie tak stary Moody okazywał swoją troskę najbliższym. – Jest taki dobry lakier skutecznie zabezpieczający przed ogniem, tylko że drogi, więc firmy remontowe niestety rzadko go używają. Kogo brałeś do renowacji?