23.01.2026, 13:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.01.2026, 14:05 przez Benjy Fenwick.)
Spojrzałem na nią, tym razem będąc świadomym sytuacji, coś w mojej twarzy musiało się zmienić, bo zobaczyłem, że to zauważyła - przestałem się uśmiechać, przestałem próbować być zabawny, to było jak zrzucenie maski, która nagle stała się zbyt ciężka, a potem… Powiedziała te trzy słowa i wszystko zmieniło się po raz kolejny…
Śmiech przeszedł w charkot, potem w coś, co bardziej przypominało kaszel niż jakikolwiek dźwięk, który powinien wydawać człowiek stojący na własnych nogach. Patrzyłem na nią przez chwilę w milczeniu, jakbym musiał przestawić w głowie jakiś mechanizm, który się zaciął - jakby mówiła w innym języku, którego jeszcze nie zdążyłem przetłumaczyć.
„Sam sobie właśnie piszesz nekrolog”… A ja nawet nie miałem siły się na to oburzyć tak, jak bym chciał, zamiast tego tylko westchnąłem, płytko, krzywo, jak ktoś, kto nie ma już miejsca na kolejną walkę. Nie pisałem nekrologu, ja tylko zamykałem nawiasy, to była różnica, której nie potrafiłem jej wytłumaczyć. Zamykałem nawiasy wokół rzeczy, których nie zdążyłem powiedzieć, wokół tych wszystkich „kiedyś”, wokół planów, które były bardziej marzeniem niż projektem, wokół rozmów, które prowadziliśmy, myśląc, że mamy luksus czasu. Zamykałem nawias wokół tego domu, który miał być początkiem, a okazał się tylko miejscem, w którym zatrzymaliśmy się na chwilę, nawiasy w zdaniach, których nie dokończyłem, nawiasy w rozmowach, które urwały się kiedyś w pół zdania i nigdy do nich nie wróciliśmy, nawiasy w życiu, które było pełne niedopowiedzeń, zbędnych żartów, uników, uciekających spojrzeń. Nie pisałem o śmierci, ja tylko domykałem to, co było otwarte.
Widziałem tę zmianę w jej oczach, przez chwilę tylko na nią patrzyłem, naprawdę patrzyłem, a nie oceniałem, nie żartowałem, nie szukałem riposty. Swoją reakcją faktycznie wybiła mnie z rytmu, z tej dziwnej, chłodnej narracji, którą sobie ułożyłem, żeby to wszystko było znośne, z tej wersji mnie, który był spokojny, pogodny, gotowy.
Zmiana nastawienia - tego właśnie chciała, ale czy to było dobre, skoro tylko utrudniało nam obojgu godne poradzenie sobie z tym, co w moich oczach było już poza zasięgiem naszych decyzji. To nie były małe ranki do zalepienia plasterkami, jako wybitna uzdrowicielka, Prue powinna była być tego świadoma, nawet jeśli jeszcze tego do siebie nie dopuszczała - ja wiedziałem.
Patrzyłem na nią chwilę dłużej, niż wypadało, nie dlatego, że chciałem coś powiedzieć, tylko dlatego, że musiałem zrozumieć, kim jest teraz ta osoba, która do mnie mówi - to nie była ta sama Prudence, która kilka godzin temu śmiała się z moich głupich uwag, to nie była ta sama, która nocami zasypiała wtulona we mnie, to była kobieta, która właśnie postanowiła mnie uratować, nawet jeśli ja nie miałem już siły się ratować sam.
- Pluey… - Zacząłem, ale urwałem, bo w głębi duszy nie mogłem powiedzieć jej tego, co naprawdę chciałem powiedzieć. Nie mogłem powiedzieć „to nie jest poddanie się, to jest świadomość, to jest coś innego, to jest spokój”, to była różnica, której ona nie chciała usłyszeć, bo brzmiała jak rezygnacja, jak coś ostatecznego, jak kapitulacja.
Nie poczułem nawet żalu o jej ostre słowa, to było raczej… Zmęczone rozbawienie, jakby ktoś nazwał porządkowanie półki „budową trumny”.
- To nie neklolog. - Powiedziałem cicho, trochę chrapliwie, bo oddech wciąż nie chciał mi się układać. - Neklolog się pisze dla innych. Ja… Ja tylko układam własne szeszy. - Nie próbowałem jej tego głębiej wyjaśniać, ponieważ wiedziałem, że to nic nie da, nie w tym stanie, w jakim oboje się znaleźliśmy. Patrzyłem na nią, na tę wersję ukochanej, której prawie nie znałem - twardszą, ostrzejszą - taką, która nie miała w sobie nic z tej miękkości, którą kochałem. Była jak ktoś, kto wszedł na pole bitwy i nie zamierzał się już cofnąć, brzmiała inaczej, nie jak moja żona, nie jak ta dziewczyna, którą znałem od dzieciaka, tylko jak ktoś, kto walczy o przetrwanie, jakby to była wojna, a nie korytarz w naszym domu. Tylko… Nawet reagując na jej wcześniejsze słowa, tak jak prawdopodobnie tego ode mnie chciała, w głębi serca nie wiedziałem, po co to robiłem - po co my to robiliśmy. Jasne - odbijałem jej wypowiedzi, ponownie mrużyłem oczy, starając się brzmieć lepiej, niż wyglądałem, bo nie chciałem tak po prostu… Przestać, ale… To jednocześnie byłem i nie byłem ja, coś we mnie działało już tylko na zasadzie autopilota, nic więcej.
- Mhmm… Doszedłem do tego, sze mnie lubisz, ciutkę szybciej, nisz ty znalazłaś… Altelnatywę zamykania mi moldy… A niby to nie było takie… Niejasne, sze zawsze mogłaś mi… - Uniosłem brwi, chociaż ten ruch wiele mnie teraz kosztował, postarawszy się nie zająknąć, co w każdych innych okolicznościach byłoby gładkie i instynktowne, ale teraz nagle zaczęło stanowić osobne wyzwanie. - Milczałbym jak tlusia… Pszysięgam. - Przymrużyłem oczy, próbując złapać oddech, który nie chciał się składać w coś sensownego. - Kwita, jak mniemam? - Zrobiłem krótki, płytki wdech, bo każdy dłuższy bolał jak cholera.
Kochałem ją, nie „lubiłem”, nie „sympatyzowałem” - kochałem tak, że gdyby ktoś mi teraz powiedział, że to ostatnia rzecz, jaką w życiu czuję, uznałbym, że i tak dostałem więcej, niż mi się należało. Kochałem ją nawet teraz, gdy patrzyła na mnie z tym szorstkim, walczącym spojrzeniem, gotowa gryźć świat za mnie zębami. I kochałem ją na tyle mocno, że chciałem, żeby domagać się, by przestała walczyć w straconej sprawie - żeby po prostu była, nawet jeśli ja już nie będę. Nie powiedziałem tego głośno, bo by się ze mną nie zgodziła, a ja naprawdę nie chciałem kończyć naszej historii w taki sposób, zamiast tego tylko uniosłem lekko dłoń, jakbym chciał dotknąć jej policzka, chociaż nie miałem już na to zbyt wiele siły.
„Będę się na ciebie drzeć” - przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, po oczach, które były zbyt czujne, po ustach, które były zbyt zaciśnięte, popatrzyłem na nią tak, jak patrzy się na kogoś, kto właśnie wziął na siebie coś, czego nie powinien dźwigać sam, ale i tak to zrobił. Prychnąłem słabo, kiedy to powiedziała, ten dźwięk był bardziej wydechem niż śmiechem, ale i tak go wypuściłem, jakby był częścią jakiejś dawnej rozmowy, którą zawsze umieliśmy prowadzić nawet w najgorszych momentach. Przez chwilę naprawdę nie wiedziałem, co odpowiedzieć, to nie był ten rodzaj ciszy, w której człowiek zbiera myśli, to była ta druga, gorsza, kiedy myśli zbierają się same, ale żadna z nich nie nadaje się do wypowiedzenia.
- Okej… - Wydyszałem. - Dobsze. - Nie „okej” w stylu żartu, „okej” w stylu przyjęcia do wiadomości.
Spojrzałem na nią powoli, jakbym musiał przestawić ostrość widzenia, jej kolejne słowa dotarły do mnie dopiero po jeszcze dłuższej chwili, jakby musiały przejść przez coś gęstszego niż powietrze, co nie było dziwne, bo musiały znaleźć sobie miejsce pomiędzy bólem a zmęczeniem. „Nazwisko nie ma znaczenia”, powiedziała to z tą swoją upartością, która zawsze była jak ściana, o którą można się było rozbić albo oprzeć, zależnie od dnia. Uniosłem lekko brew, ten gest kosztował mnie więcej energii, niż powinien, ale nadal był mój.
- A ty wiesz, do kogo to mówisz? - Zapytałem cicho. Nie było w tym złośliwości, była za to ta stara, uparta duma, którą zawsze we mnie widziała, było też coś pomiędzy zmęczeniem a tym dawnym, bezczelnym błyskiem, który zawsze wyłaził, kiedy próbowała mnie przypierać do muru na inny sposób niż ten właściwy.
Kto jak kto, ale ja naprawdę to wiedziałem, wiedziałem to od dawna - nazwiska były tylko kostiumami, maskami, sposobami na przeżycie, na ukrycie się, na zostanie kimś innym, kiedy bycie sobą było zbyt niebezpieczne albo zbyt bolesne. Chciałem coś dodać, jakąś ironię, błyskotliwą ripostę, ale w głowie miałem dziwną ciszę, jakby świat zrobił pauzę dokładnie na tę jedną linię dialogu. Pamięć robiła mi dziwne figle, myśli rozciągały się jak guma, a potem nagle urywały i wtedy… Wtedy przyszła ta myśl - powoli, niechętnie, jakby mózg musiał się przez nią przeczołgać - „rytuał krwi” - przymknąłem oczy na sekundę, jakby to miało coś zmienić. Magia rytualna nie pytała o nazwiska, tylko o intencję, więc… Prue miała rację, w obu wersjach, we wszystkich wersjach, nieważne, czy byłem Rookwoodem, czy Fenwickiem, czy jakąkolwiek inną kombinacją, którą sobie wymyśliłem, żeby przetrwać, więzi magicznych nie obchodziły dokumenty, nazwiska, paszporty, historie przykrywkowe - takie siły obchodziła prawda, a prawda była taka, że…
- Cholela… - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej. - Zapomniałem. - Otworzyłem oczy i spojrzałem na nią inaczej, z czymś, co było mieszanką rezygnacji i uznania, już nie jak na kogoś, kogo trzeba było chronić przed moimi decyzjami, tylko jak na kogoś, kto… Technicznie rzecz biorąc… Miał prawo mnie ratować, bo sam jej to prawo dałem. Ha!, nawet w tym stanie pamiętałem moment, gdy to stanowiło argument, by związać nas w środku nocy - to, że będzie mogła wymagać ode mnie powrotów, ale… Ja wróciłem - prawda? Po prostu nie tak…
Słuchałem jej, ale miałem wrażenie, że słowa docierają do mnie jak przez wodę - nie dlatego, że ich nie rozumiałem, tylko dlatego, że każde z nich musiało przebić się przez warstwę bólu, szumu w głowie i tego dziwnego, narastającego zmęczenia, które nie było zwykłym zmęczeniem. Po prostu mój mózg potrzebował więcej czasu, żeby je poukładać, a ja nie miałem już luksusu czasu - to było coś głębokiego, ciężkiego, jakby ktoś powoli obniżał poziom światła w pomieszczeniu, a ja całe życie robiłem wszystko w trybie „teraz albo nigdy”.
Parsknąłem cicho, krótko, bo to zdanie było tak bardzo… Nią. Ten dźwięk znowu bardziej przypominał charkot niż śmiech, ale coś we mnie uparcie trzymało się tej starej, głupiej wersji mnie, która zawsze musiała skomentować.
- To nie są falmasony. - Powiedziałem cicho, trochę mniej buntowniczo, nawet jeśli bardzo starałem się trzymać rytmu naszego dialogu. - To są fakty. - Brzmiałem spokojnie, aż za spokojnie, jak ktoś, kto mówił o pogodzie.
Kiedy kazała mi przestać, naprawdę przestać, poczułem w klatce piersiowej coś dziwnego, nie ból, coś bardziej jak… Zdziwienie, jakby ktoś, kogo kochałem, i ktoś, dla kogo naprawdę starałem się być dokładnie taki - dojrzalszy, bardziej świadomy, by nie popełniać błędów, o które już kiedyś mnie oskarżono - właśnie próbował wyłączyć we mnie tryb, który działał bez przerwy od lat. Patrzyłem na nią, jakby mówiła do mnie przez grubą szybę, słowa docierały, ale z opóźnieniem, jak echo, ale trochę niewłaściwe, zniekształcone przez mój narastający brak psychicznego zrozumienia tego, co do mnie mówiła.
- Przestać być lealistą? - Powtórzyłem, jakby to było obce słowo. - Plue, ja jusz nawet nie wiem, jak to się lobi. - Spróbowałem się uśmiechnąć, ale mięśnie twarzy miały inne zdanie, więc wyszło coś krzywego, niepewnego. - Ty zawsze byłaś tą, któla widziała czalne scenaliusze. - Dodałem bez wyrzutów, po prostu stwierdzając fakt. - A telas nagle chcesz… Lószowych chmul? - Oddech mi się urwał, na moment, musiałem złapać powietrze, jakby ktoś je nagle zabrał z pokoju. Normalnie bym się obruszył, rzucił coś w odpowiedzi, coś zaczepnego, coś, co odwróciłoby uwagę od tego, co naprawdę się działo - teraz tylko przełknąłem ślinę. Zauważyłem, że mówiła wolniej, wyraźniej, jak do kogoś, kto właśnie zgubił połowę połączeń neuronowych po drodze, cholera, miała rację, mój umysł nie był szczególnie jasny.
- Okej. - Powiedziałem cicho. - Pszestanę. - Nie brzmiałem jak ktoś, kto się bronił, już nie, bardziej jak ktoś, kto nie miał już siły, żeby się naprawdę sprzeczać.
Zrobiłem krok do tyłu i dopiero wtedy naprawdę poczułem, jak bardzo nogi mam niepewne - nie teatralnie, nie „zwróć na mnie uwagę”, po prostu… Źle. Świat na moment się przechylił i musiałem oprzeć się mocniej o ścianę, zamknąłem przy tym oczy na sekundę, ale szybko je otworzyłem, jakbym się bał, że jak tego nie zrobię, to nie będzie następnej okazji. Przechyliłem głowę minimalnie w jej stronę, tak, żeby spojrzeć jej w oczy, chociaż obraz trochę mi się rozjeżdżał.
- Och, Lady Lookwood… - Wydyszałem, z przesadną elegancją, jakbym naprawdę miał jeszcze siłę na dworskie maniery. Powietrze wciąż nie chciało wchodzić do płuc tak, jak powinno, ale nie zamierzałem jej tego teraz demonstrować bardziej, niż było to absolutnie konieczne. - Ja właśnie umielam s dumy. - Kącik ust drgnął mi niebezpiecznie blisko uśmiechu, zawsze miałem słabość do skandali klasowych.
- Malny… Jesteś… Absolutnie katastlofalna… Jako alystoklatka. - Zawiesiłem na niej spojrzenie, zmęczone, ale wciąż zaczepne. - Ale za to… Pelfekcyjna… Jako ty.
Uwielbiałem ją, nie „kochałem” - uwielbiałem, w tym wypadku to słowo miało głębsze znaczenie. Uwielbiałem ją całą, z jej niecierpliwością, jej brakiem manier i absolutnym brakiem respektu dla mojej „szlachetnej krwi”. Parsknąłem słabo, bo nawet teraz potrafiła mnie rozbroić jednym zdaniem.
- Więc, yh, wybaczam. - Wziąłem kolejny ciężki oddech, starając się nie dyszeć zbyt wyraźnie, mimo to kącik ust uniósł mi się uparcie, jakby ciało mogło się sypać, ale charakter miał zamiar trwać do końca. - S głębi mojego wielkopańskiego selca. - Parsknąłem cicho, chociaż bardziej przypominało to zduszony wydech niż śmiech.
Poczułem jej ramię pod moim, drobną dłoń zaciskającą się mocniej, jakby naprawdę mogła mnie tym utrzymać w pionie - może mogła, może to było jedyne, co mnie jeszcze trzymało, chociaż nie miałem pojęcia, jakim cudem. To było dziwne uczucie, nie dlatego, że mnie dotykała, tylko dlatego, że nagle to byłem tym, którego trzeba było podtrzymywać. W normalnych okolicznościach to ja powinienem ją prowadzić, nie odwrotnie, a teraz nagle stałem się naszym największym problemem - dosłownie - byłem za ciężki, za wysoki, za duży jak na sylwetkę mojej żony, i oboje o tym wiedzieliśmy. Próbowałem zrobić krok - nogi zareagowały z opóźnieniem, jakby nie dostały jeszcze informacji, co się właśnie dzieje, więc oparłem się na niej bardziej, niż planowałem. Przesunąłem ciężar ciała, bardzo powoli, ostrożnie, jakbyśmy tańczyli coś absurdalnie wolnego i źle zsynchronizowanego. Skupiłem się na jej ramieniu, na tym, jak mnie trzymała, prowadziła, jak mówiła głośno „raz, dwa”, jakbyśmy byli na lekcji tańca, a nie w środku czegoś, czego nie chciałem nazywać.
- Poza tym - dodałem cicho, z tym starym, bezczelnym błyskiem, który zawsze wyciągała ze mnie na powierzchnię - wczolaj lano miałaś w sobie balso duszo alystoklatyczności. - Przesunąłem na nią spojrzenie, powoli, uważnie, jakbym miał na to całe godziny, a nie kilka rozpadających się minut. - Plawie celemonialnej. - Zrobiłem krótką pauzę, łapiąc oddech, spojrzawszy na nią z ukosa. - Wlęsz obscenicznie duszo. - Spróbowałem się zaśmiać, ale wyszło mi tylko krótkie, ochrypłe „ha”, i uniósłem kącik ust, chociaż kosztowało mnie to więcej, niż chciałem przyznać - każdy mięsień miał swoje zdanie na temat tego ruchu, żaden nie był przychylny. Czułem zapach jej perfum, herbaty, domu, tych wszystkich rzeczy, które miały być zwyczajne, codzienne, nudne - tych, które miały się powtarzać przez lata.
„W tym razem” brzmiało jak obietnica, coś, co powinno mnie uspokoić, a zamiast tego ścisnęło mi klatkę piersiową mocniej niż ból - ja już wiedziałem, że to „razem” nie jest czymś, co mogłem jej jeszcze dać w takim sensie, w jakim ona to rozumiała. Każdy ruch był negocjacją - z bólem, grawitacją, z własnym ciałem, które miało coraz mniej do powiedzenia - każdy krok był osobną decyzją, jakby świat rozpadał się na segmenty, a ja musiałem się zastanawiać, czy chcę przejść do następnego. Zachwiałem się minimalnie, kiedy poprawiła chwyt, ale pozwoliłem jej, nawet oparłem się na niej odrobinę bardziej, niż wypadało, jakbym nagle zapomniał, że mam prawie dwa metry wzrostu i całe życie udawałem, że niczego nie potrzebuję.
- Spokojnie - mruknąłem odruchowo, chociaż to ona była tą, która powinna to powiedzieć - nie puszczę. - To było tak absurdalne, że prawie mnie to rozbawiło. Zacisnąłem zęby, odczekałem sekundę, aż przestanie mi się robić czarno przed oczami, i dopiero wtedy spojrzałem na nią z tym samym, starym spojrzeniem, które pamiętała z czasów, kiedy oboje byliśmy młodsi, głupsi i przekonani, że nic nas nie ruszy.
- Ej, nie. - Wydyszałem, próbując złapać powietrze. Przymknąłem oczy na moment, a kiedy je otworzyłem, zobaczyłem jej twarz zbyt blisko, zbyt skupioną, zbyt napiętą - na chwilę odciągnęła mój umysł od nadciągającej ciemności. - Nie wiem, skąd ci się wzięło… „Szybko, od lasu i na las”. - Prychnąłem słabo. Zrobiłem krótką pauzę, bo świat znowu lekko się przesunął. - Ja… Potlafię… Długo. - Dodałem z wyraźnym naciskiem, jakby to było najważniejsze sprostowanie tej nocy, „wiesz, ile razy w życiu coś przeżyłem tylko dlatego, że potrafiłem długo?” - Długo myśleś. Długo iść. Długo nie spaś. Długo… Czekaś. - Dodałem, próbując się wyprostować. To ostatnie słowo wyszło ciszej, i choć kosztowało mnie to więcej powietrza, niż powinno, nie mogłem sobie odmówić - parsknąłem słabo, bardziej odruchem niż świadomą decyzją, a potem od razu tego pożałowałem, bo ból przeciął mnie w pół jak ostrze.
Starałem się iść powoli, bardzo świadomie, licząc kroki w głowie, bo inaczej bym się rozsypał. Zapach herbaty wciąż gdzieś się unosił, to było absurdalne, że to właśnie ten zapach najbardziej mnie uspokajał - on i truskawki.
- Dywan… - Przypomniałem, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. - Ten paskudny. Nie ten ładny. - To było ważne, bardzo ważne, nie chciałem krwawić na dywan od teściowej, teść by mnie chyba zabił… Nie byłem pewien, czy będzie jutro, ale brzmiało to jak coś, co powinienem powiedzieć.
Widziałem krawędź, jakby była czymś w rodzaju mety, chociaż wiedziałem, że to nie jest koniec niczego - to był tylko kolejny punkt, który miał nam dać złudzenie kontroli, ale widząc go, poczułem coś w rodzaju… Ulgi - absurdalnej, niemal komicznej ulgi.
- Wiesz - powiedziałem nagle, dysząc, tym razem bez skrępowania - zawse uwaszałem… Padnę… Na dachu, wieszy, w ogniu, w… Eksplozji… - Spojrzałem na punkt odniesienia leżący w korytarzu, teraz nagle stał się strategicznie istotny. - A nie na tym… Obszydliwym czymś. - Uniosłem brew słabo. - To twoja wina. - Mruknąłem, krzywiąc się. - Zawsze musiałaś mnie plowadziś w złe miejsca. - Przesunąłem wolną dłonią po ścianie, szukając punktu zaczepienia, ale palce były za śliskie, za słabe. Czułem jej ręce - ostrożne, ale zdecydowane, w kontraście do moich - wiedziała, co robi, nawet jeśli ja już nie do końca byłem w stanie to śledzić, bo każdy ruch rozciągał mnie od środka, jakby ktoś próbował rozszerzyć granice mojego ciała, które i tak już były za bardzo nadwyrężone. Zachowywała się tak, jakby przenosiła coś kruchego, chociaż ja całe życie byłem raczej tym, co się rzuca, a nie niesie. To mnie… Wzruszyło, nawet jeśli z zewnątrz - chyba - nie dałem tego po sobie poznać. Pozwoliłem sobie osunąć się trochę bardziej na nią, bo wiedziałem, że inaczej nie dam rady, każdy centymetr kosztował mnie więcej, niż powinien - kiedy w końcu dotarliśmy do dywanu, miałem wrażenie, że przeszliśmy przez pół kontynentu, a nie kilka metrów korytarza.
- O, widzisz? - Wskazałem lekko głową. - Piękny. - Kłamałem, był paskudny, ale funkcjonalny - odrobinę jak ja po trzech dniach w terenie. I trochę jak ja… Heh. Okazał się zaskakująco miękki, naprawdę miękki, jak na coś, co zwykle kojarzyło mi się z kurzem i kocimi kłakami - zauważyłem to w sposób absurdalnie wyraźny, jakby mózg uznał, że to jest informacja, którą koniecznie trzeba odnotować - niezbyt elegancki, ale wystarczająco dobry, żeby na nim wylądować bez dodatkowych komplikacji, teraz był jak obietnica, że nie uderzę głową o coś twardego. Dotarliśmy do niego bardziej siłą jej woli niż moich nóg, ja sam nie pamiętałem dokładnie, jak to się stało, kroki zlewały się w jedno, ręce, które mnie trzymały, były jedyną osią świata, pamiętałem tylko fragmenty drogi - drobne ramię pod moim, moje stopy, które przestawały być moimi, ścianę, która na chwilę była ważniejsza niż grawitacja.
Pozwoliłem jej mnie opuścić, powoli, ostrożnie, jakbyśmy robili to już tysiąc razy, a nie po raz pierwszy i ostatni jednocześnie, a potem już byłem na podłodze, a raczej na tym nieszczęsnym kawałku materiału, który wybrałem z czystej przekory i z bardzo praktycznego powodu - nie był zimny.
Kazała mi zamknąć oczy, więc zrobiłem dokładnie odwrotnie i otworzyłem je szerzej. Patrzyłem na nią jeszcze, chciałem zapamiętać jej twarz bez tego napięcia, bez tej medycznej ostrości w spojrzeniu, ale to było niemożliwe. Teraz była wojowniczką, strażnikiem, nie żoną, która robi herbatę o świcie.
- No, plosę… - Wydyszałem. - A ja myślałem, sze to ja miałem się tobą zajmowaś.
Leżałem - to było dziwne - zawsze byłem tym, który stał, nawet kiedy nie powinien, a teraz patrzyłem w sufit, który był nagle zbyt daleko, wszystko było za daleko, nawet Prudence. Uklękła nade mną, widziałem jej sylwetkę jak przez wodę, jakby ktoś zanurzył mi głowę w jeziorze i kazał patrzeć w górę. Torba z medykamentami poleciała gdzieś za nią, usłyszałem głuchy dźwięk, ale nie potrafiłem już zlokalizować, skąd dokładnie przyszedł. Trzymała różdżkę, mocno, to widziałem całkiem wyraźnie, jakby jej ręka była jedyną stabilną rzeczą w tym pokoju.
- Pluey… - Wyszło ze mnie cicho. - Jeśli to… Ten moment, kiedy mam powiedzieś coś… Mądlego, to… Pseplasam, ale nic takiego nie mam.
Oddychałem coraz płycej, czułem dziwne mrowienie w palcach, jakby należały do kogoś innego - nie chłód, nie ból, nie strach - mrowienie i miękkość, jakby świat chciał mnie na chwilę oszukać, że wszystko jest w porządku, to tylko zmęczenie, zaraz wstanę, otrzepię się i pójdziemy do kuchni pić herbatę.
- To zabawne - Wyszeptałem. - Zawse myślałem, sze jak umlę, to bęsie… Głośniej. - To słowo wyszło samo, nie zamierzałem go użyć, zatrzymałem się na ułamek sekundy, łapiąc oddech, ciężki, szorstki, zbyt głośny.
- Pseplasam. - Mruknąłem znowu, ale tym razem było to inne „przepraszam” - nie za siebie, za to słowo.
Czułem, jak przesuwała moją koszulkę, jej palce dotykały skóry wokół rany, było to jednocześnie bolesne i… Dziwnie uspokajające, bo ktoś w końcu dotknął czegoś, co przez ostatnie godziny istniało tylko jako chaos.
- Hej… - Wymknęło mi się, zanim zdążyłem to powstrzymać, mój głos był chrapliwy, cichszy, niż chciałem. - Jakby co… - Zacząłem i przerwałem, bo zabrakło mi powietrza.
Przełknąłem ślinę.
- Jakby co, to wolałbym, szebyś nie uszywała tych… Stlasnych zaklęś, po… Po któlych ludzie świecą albo mają oczy jak szaby. - To był słaby żart, wiedziałem o tym, ale to był mój sposób na powiedzenie „boję się”. - Nie lób niczego, co sprawi, sze… Mnie… Znienawidzisz. - Mruknąłem słabo, to też był żart, prawie.
Zamknąłem oczy na sekundę, potem znowu je otworzyłem, bo bałem się, że jak je zamknę, to już nie będzie „sekunda”.
- Nie. - Głos miałem cichszy, niż planowałem. - Wolałbym… Wolałbym patsześ. - Zmarszczyłem lekko brwi, jakbym próbował to przemyśleć, chociaż myśli nie chciały już ustawiać się w kolejce.
- Wiesz… - Zacząłem, a słowa same zaczęły mi się wysypywać z ust, jakby ktoś rozciął worek z piaskiem przeznaczonym pod moje powieki. - Jesteś ładniejsza nisz sufit. - Parsknąłem słabo. - Głupie polównanie. Pseplasam. - Głos mi się łamał. - Zawsze chciałem mieś s tobą więcej czasu. - To już nie było żartem. - I wciąsz chcę.
Poruszyłem palcami, jakbym chciał jej dotknąć, ale nie byłem pewien, czy to naprawdę zrobię.
Zamrugałem kilka razy, bo obraz zaczął mi się rozjeżdżać, ostatecznie przymknąłem jedno oko, drugie zostało otwarte, bo nie chciałem przegapić jej twarzy.
- Lubię twoje oczy. - Kontynuowałem poważnie, jakby to było najważniejsze wyznanie świata. - Zawsze lubiłem. One są… Bezczelne. - Parsknąłem cicho, bo to zabrzmiało jak coś z taniego romansu, to zdanie wyszło ze mnie zupełnie bez kontroli, jakby ktoś inny je wypchnął.
- Wiesz… - Zacząłem od nowa, a potem zgubiłem wątek, więc zamyśliłem się na chwilę, próbując go złapać. - Dzieciaki… Powinny mieś twoje oczy. - Mrugnąłem, zdezorientowany własnymi słowami - sam się zdziwiłem, bo dosłownie wczoraj mówiłem jej, że nie chcę dzieci, to nie dla mnie, to mnie stresuje, to temat, który mnie gryzie. Rzeczywiście tak było - ten temat zwykle mnie rozbijał, rozkładał na czynniki pierwsze, wyciągał ze mnie wszystko, czego nie chciałem dotykać. A teraz… Teraz… Teraz to było tylko zdanie, jak kartka wrzucona do rzeki, wypadło ze mnie i popłynęło, zanim zdążyłem je zatrzymać.
- To znaczy… Nie… - Skrzywiłem się, nagle całkiem świadomy tego, że mówiłem wszystko, co przychodziło mi do głowy, jakby czas się kończył i nie było już miejsca na autocenzurę.
- Ale jakby miały twoje oczy, to… - Urwałem, bo zapomniałem, co chciałem powiedzieć. - To by było… Okej. - Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, wolno, jakbym chciał ją zapamiętać na zapas, zamrugałem kilka razy, patrząc na nią.
- Masz taki sposób patszenia… Jakbyś widziała wsystko nalas. To musi byś męczące. - Przesunąłem głową minimalnie na bok, zmieniając otwarte oko. - Ale ładne.
Zamrugałem kilka razy, bo obraz zaczął się rozdwajać, zrobiło mi się nagle bardzo ciężko w klatce piersiowej, nie tylko fizycznie, ale też, jakby to, co mówiłem, zaczęło mnie doganiać, chociaż jednocześnie to wszystko było tylko jednym, bardzo długim snem.
- Nie moje, pamiętaj, m’kay. - Dodałem po chwili. - Moje są… Za ciemne. Twoje są… Wiesz. Jak coś, co się zapamiętuje.
Zrobiło mi się zimno, a jednocześnie za ciepło, czułem jej obecność jak coś stałego, jedyną rzecz, która miała sens.
- Nie patsz tak. Naduszywasz. - Dodałem słabo. - A mi się mózg mi pszegszewa. Zdasza się najlepszym.
Leżałem na dywanie, który wybrałem jak jakiś idiota, bo był „mniej zimny” i „już i tak paskudny”, i nagle wszystko to brzmiało jak dowcip, który stracił puentę. Teraz… Teraz nie potrafiłem nawet spiąć myśli.
- W sumie… - Westchnąłem. - Wiesz, sze wczolaj mówiłem głupoty. - Nie sprecyzowałem, jakie, mój mózg najwyraźniej uznał, że logika jest opcjonalna.
- Mówię duszo głupot. To chyba moja… Ta. - Próbowałem się uśmiechnąć, ale wyszło krzywo. Zaśmiałem się cicho, krótko, a potem syknąłem, bo ból mnie natychmiast skorygował.
- To… To byłby dobly pomysł. - Zamknąłem jedno oko, drugie znowu się otworzyło. - Twoje oczy. A mój wzlost. Chalaktel… Losujemy. I tak… Będą… Koszmalne dla nauczycieli. - Parsknąłem słabo, ale to przeszło w kaszel, który zabolał mnie tak, że aż mi się zakręciło w głowie.
- To znaczy… Gdyby… - To zdanie zawisło między nami, dziwne, obce, niepasujące, wczoraj byłem kimś innym.
- Pseplasam, sze nie chciałem dzieci. - Powiedziałem nagle. - To nie było… O tobie. To było o mnie. - Zamrugałem, bo słowa zaczęły się rozjeżdżać.
Otworzyłem oczy szerzej, próbując ją złapać wzrokiem.
- Nie dlatego, sze ci nie ufam. - Uśmiechnąłem się krzywo, może nawet nie tylko w zamiarze. - Tylko dlatego, sze wiem, co tam jest. - Westchnąłem ciężko.
- Wiesz, ja bym im opowiadał bzduly - kontynuowałem - o potwolach, o mapach, o klątwach, któle nie istnieją. Ty byś je plostowała. Zawsze mnie plostujesz. - To zdanie wybrzmiało inaczej, niż planowałem, ale plan przestał być moją mocną stroną, świat był rozmiękczoy, brzegi się rozmywały, a myśli przychodziły bez kolejności. - Nie w sensie… Telas. Nie jutlo. Po plostu… Wiesz. W innym szyciu.
Zamilkłem na chwilę.
- Jak umlę… - Powiedziałem nagle, podejmując nowy wątek. Brzmiało to zwyczajnie, jakby chodziło o wyjazd, a to było takie niesprawiedliwe, bo przecież nie zdążyliśmy nigdzie razem wyjechać…
- Wiesz co? Joldania. Na… Nasz miesiąc miodowy. Chciałbym zobaczyś, jak się śmiejesz, kiedy nie możesz zatonąś. - Uniosłem kącik ust albo tak mi się wydawało. - To bszmi jak dobly pomysł, plawda? Bym cię tszymał, szebyś się nie pszewlacała, bo… Jesteś fatalna… W tym… No… Balansowaniu.
Świat pulsował, dźwięki były zbyt głośne albo zbyt ciche, nie mogłem się zdecydować.
- I do Stanów. Do mojej części. Zobaczyłabyś, gdzie zniknąłem. I Pelu… O, Pelu by ci się spodobało. Czarna magia, lytuały, staszy ludzie, którzy wiedzą. Miałabyś uszywanie.
Poruszyłem dłonią, jakbym chciał czegoś dotknąć, ale nie miałem siły jej unieść.
- Wiesz, sze jak ja, to będziesz musiała… - Urwałem. - Nie, niewaszne. Źle sfolmułowane. Jak umlę… - Zacząłem, a potem parsknąłem cicho. - Widzisz? Nadal mówię jak lealista. - Parsknąłem, ale zaraz potem zakaszlałem, boleśnie, aż świat na moment się rozpadł. - Nie słuchaj mnie - powiedziałem - ja dzisiaj nie jestem… Wialygodnym nalatolem.
Chciałem ją dotknąć, ale ręka nie chciała mnie słuchać.
- Słuchaj. - Zaczerpnąłem powietrza gwałtowniej, jak ktoś, kto nagle przypomniał sobie, że oddychanie jest ważne. - Musisz mi powiedzieć o tych…
Coś mnie ukłuło w głowie. Świat zwęził się do sufitu, do jej twarzy nad sobą, do zapachu herbaty i czegoś metalicznego, co znałem aż za dobrze.
- Jakby… Jakby coś się stało. - Zacząłem, a potem skrzywiłem się. - Heh…
Przełknąłem ślinę.
- Nie chciałem cię w to wciągaś. - Powiedziałem ciężej, chociaż głos mi miękł. - Ale jusz jesteś wciągnięta. Jak zawsze. - Czułem jej dłonie, jej obecność, nawet jeśli zamykałem oczy.
- Jak umlę… - Zacząłem ponownie, a potem poprawiłem się bez przekonania, przy czym spojrzałem na nią ostrzegawczo, bo to było ważne, naprawdę ważne. - Jeśli umlę… To mój spszęt musi pszejsześ ktoś inny nisz ty. Okej? - To nadal zabrzmiało jak pożegnanie - zorientowałem się dopiero po chwili.
- Nie szegnam się. - Dodałem szybko. - Nie w ten sposób. Po plostu… Posządkuję.
Oddychałem nierówno, świat robił się falą.
- Masz stlasnie ciepłe dłonie. - Ten wniosek przyszedł nagle, zupełnie znikąd. - Jakbyś zeszła ze słońca. Albo… Golączkę. Mam nadzieję, sze nie golączkę. - Westchnąłem, oddech mi się urwał, potem wrócił.
Patrzyłem na nią, ale czasem widziałem dwie wersje jej twarzy, czasem trzy, i żadna z nich nie chciała stać w miejscu.
- Wiesz co… - Mruknąłem kompletnie bez związku z niczym. - Lobisz za słabą helbatę. To nie jest helbata, to… Alomatyzowana woda. Daj liście… Więcej liści. Powinnaś je balsiej… Skszywdziś. Wszątkiem. - Zrobiło mi się trochę ciemno, ale zamrugałem kilka razy, uparcie. - I… to głupie, ale… - Zmrużyłem oczy, próbując się skupić. - Chyba mam lekką alelgię na tluskawki. - Zrobiłem pauzę, jakby to było wielkie wyznanie. - Nigdy ci nie mówiłem, bo… - Spojrzałem na nią z czymś pomiędzy winą a rozbawieniem, bo nawet teraz docierała do mnie ironia tego, że przez całe lata zamykałem mordę w tym temacie, jedząc owoce, które prawdopodobnie mnie nienawidziły. - Ty lubisz tluskawki. I pachniesz tluskawkami. I to by było… Głupie. - Westchnąłem. - Czasem mnie po nich swędzi język. Tylko tlochę. Duszności są… Plawie ich nie ma… Mała wysypka… Więc… Wiesz. Nie dlamat. Nie umlę od tluskawki. - Ironia nie była zamierzona, po prostu nie chciałem być tym gościem, który mówi „hej, twoje istnienie mnie lekko swędzi”.
Poruszyłem głową lekko, jakby nagle coś mnie olśniło.
- Kot. Tszeba nazwaś kota. - Zmarszczyłem brwi. - Nie jakoś zwyczajnie. On powinien się nazywaś… - Zawahałem się. - Haint. - Kiwnąłem głową, jakby to było oczywiste. Dla mnie było, może dla Prue też, bo widziałem jej twarz nad sobą, skupioną, twardą, tak inną od tej, którą znałem na co dzień.
- Kocham cię. - Powiedziałem, zupełnie nie na temat, jakbym nie potrafił tego zatrzymać. - Nawet jak jesteś jak feldfebel.
Oddychałem coraz płycej, ale mózg najwyraźniej uznał, że to idealny moment na absolutnie losowe wyznania.
- Nie chcę lilii - to wydało mi się oczywiste - ani lósz. Lósze są pletensjonalne, a lilie pachną jak szpital. Niech będą… Ilysy. Dalie. Albo w ogóle bez kwiatów. Kwiaty są stlasnie… Szywe. Zwłaszcza te pachnące szpitalem. To tlochę iloniczne. Nic tesz jest okej.
Patrzyłem na sufit, na pęknięcie w farbie, którego wcześniej nie zauważyłem, zawsze mnie to bawiło, że ludzie zaczynają dostrzegać szczegóły dopiero wtedy, kiedy nie mają już z nimi nic wspólnego.
- Nie dawaj mi galnitulu. To obszydliwe. Nie wyglądam dobsze w galnitulach. Wyglądam jak ktoś, kto plóbuje byś kimś innym. - Podkreśliłem, byśmy mieli całkowitą jasność. - I… Nie pozwól mi kupowaś więcej noszy. Mam ich za duszo. To nie jest zdlowe.
Pauza. Potem westchnienie.
- Powinnaś mi opowiedzieś o tych wilkołakach. - Zmarszczyłem się trochę. - Dlaczego ich tak nienawidzisz. Ja ci coś powiem w zamian. - Zamilkłem, jakby to była poważna umowa. - To nie był pies. Wiesz… Ten „pies”. - Spojrzałem na nią uparcie, jakby to było najważniejsze wyznanie świata. - To było… No… słowo na „w”. Na osiem. - Skrzywiłem się. - Wiesz, to. Ten. Wil… Ten. - Machnąłem dłonią bezładnie, nie chciałem tego mówić wcześniej, bo myślałem, że jak tego nie powiem, to się nie stanie aż tak ważne. Zawsze chciałem ją chronić przed moją robotą, a teraz brzmiało to trochę jak żart.
- Wiesz… Mosze to jednak było pszeznaczenie. A nawet jak nie tak… - Prychnąłem słabo i zamilkłem na chwilę, bo to wszystko wymagało skupienia większego, niż powinno. - Mamy pakt klwi. - Dokończyłem, z tym cieniem uśmiechu, który zawsze pojawiał się u mnie w najmniej odpowiednich momentach. - A to jusz… Coś. - Parsknąłem cicho, ale zaraz zakaszlałem, więc skrzywiłem się i pokręciłem głową. - Nie znam łaciny. - Przyznałem uczciwie, nawet jeśli urywanym głosem. - Wiesz, sze nie znam. Zawsze ściągałem. Ale… - Przełknąłem ślinę. - Nie było „dopóki śmielś nas nie losłączy”. - Zmrużyłem oczy, czułem, jak odpływam, ale ciągle wracałem. - Tam było… Więcej. W stylu… „A potem zobaczymy”. - Uśmiechnąłem się słabo. - Nieplecyzyjne. W moim guście. Nie wiesz jak wkuszające są takie klauzule w umowach, ale ja je lubię, bo cię dopadnę. Następnym lasem. Szybciej. I ci nie odpuszczę. - Mruknąłem, jakby to była zupełnie normalna rzecz, którą mówi się komuś na dywanie w korytarzu.
- I tak, wiem. - Parsknąłem słabo, dźwięk był krótki i poszarpany. - Wiem, sze to nie jest tylko „lubienie”. - Spojrzałem na nią z tym samym upartym błyskiem, który miałem jako dzieciak, kiedy już wiedziałem, że przegrałem, ale nie zamierzałem tego przyznać na głos. Zrobiło mi się trochę lżej i trochę gorzej naraz, po prostu… Spojrzałem na nią i nagle zrobiło mi się strasznie żal wszystkiego.
- Jak umlę… - Powtórzyłem, ciszej. - To nie zapomnij mnie. - Potem poprawiłem się, spróbowałem jeszcze raz, ostatkiem sił, jakby sam fakt mówienia trzymał mnie po tej stronie. - To głupie. Nie moses zapomnieś. Ale posłuchaj mnie chociasz pszez minutę, dobsze? - Zamrugałem, skupiając się na jej twarzy, żeby nie odpłynąć.
Oddech miałem coraz płytszy, czułem, jak coś obcego przepływa przeze mnie, jak fala, która nie pyta, czy może, to nie było… Przyjemne.
- Nie pozwól, szeby ktoś mówił za mnie, jaki byłem. - Przełknąłem ślinę. - Ja wiem, sze byłem wkuszający. Nie byłem… Najmilszy. Ale nie byłem zły, nie? Obiecaj mi, sze im to powiesz.
Przymknąłem oczy na sekundę, potem otworzyłem je gwałtownie.
- I nie spszedawaj mojego płaszcza. - Uśmiechnąłem się słabo. - Jest oklopny, ale jest mój. - Chciałem powiedzieć coś jeszcze odnośnie majątku, kapitału i tak dalej, wszystkich tych formalno-materialnych spraw, ale słowa zaczęły mi się mieszać.
- Pseplasam. - Wymamrotałem, tym razem przepraszając ją już za wszystko - za to, że zawsze robiłem rzeczy po swojemu, za to, że nie słuchałem, za to, że… - Sze cię tu wpakowałem. - Spróbowałem sięgnąć do jej dłoni, ale ręka była ciężka jak z ołowiu. - Wiesz, co jest waszne? - Zapytałem cicho. Znów pauza. - Nie myśl, sze to była stlata czasu. - Spojrzałem na nią, naprawdę na nią, z całej siły, jaką jeszcze miałem. - Plosę. - Przełknąłem ślinę. - Bo to było… Najlepsze. - Pokręciłem minimalnie głową. Nie wiedziałem, czy to do niej dotarło, nie wiedziałem już, czy „dotarcie” było jeszcze możliwe.
Zrobiło mi się zimno.
- Jeśli będziesz miała kiedyś kogoś… - Urwałem. - Musi wiedzieć, sze ja… No. Jestem w tle.
Przymknąłem oczy tylko na chwilę, a potem je znowu otworzyłem, bo nagle bałem się, że jak je zamknę, to już nie wrócę do tego, co widzę.
- To nie znaczy, sze masz nikogo nie znaleźć. - Dodałem, marszcząc czoło. - Nie chcę byś tym… No, dobla, chcę. Tlochę. Zawsze lubiłaś szeszy, któle stlasą innych. - Spróbowałem jeszcze raz się uśmiechnąć. Wyszło krzywo, jak wszystko dziś. - Wiesz… - Głos mi się urwał, więc złapałem powietrze płytko. - Tylko… - Wymamrotałem. - Jak jusz będziesz wybielaś welsję. Plesja psychiczna, nie palanolmalna. Wolałbym zostać spalony. - Powiedziałem już ciszej, zupełnie serio pod spodem żartu, nie lubiłem być problemem logistycznym. - Maltwy mąsz mojego pokloju jest… - Przymknąłem oczy na sekundę, potem otworzyłem je z powrotem, uparcie, bo wolałem widzieć jej twarz. - Idealnie pasuję. Do ciebie… „Lubienie”, yh? - Zerknąłem gdzieś w bok, potem znowu na nią. W jakiejś ładnej urnie, to mogłoby się tu sprawdzić, albo nieładnej - nie miałem mieć raczej wysokich standardów estetycznych po śmierci. - Moses mnie tszymaś na kominku. A poza tym… - Zamrugałem wolno. - Łatwiej mnie wtedy pszenieść, jakbyś się pszeplowadzała. Bo mnie zabieszesz, plawda? - Spróbowałem jeszcze raz się uśmiechnąć, tym swoim krzywym, nierównym uśmiechem, który zwykle oznaczał, że mówiłem coś absolutnie nie na miejscu, i parsknąłem cicho, jakby to był naprawdę dobry żart, chociaż zaraz mnie to zabolało i syknąłem pod nosem.
Oddech znów mi się urwał, więc dodałem szybciej, zanim rozsądek mnie dogonił.
- Tylko… Jakbyś kiedyś… To niech mają twoje oczy. I twój upól. I ten sposób, w jaki malszczysz nos, kiedy się wściekasz. - Zamilkłem na chwilę, bo świat znów zrobił ten dziwny ruch w bok. - Nie będę asz tak zazdlosny. Wtedy. Będą… Tobą. Nie jakimś zjebem. A tak w ogóle… - Dodałem, jakby to było zupełnie normalne, że zmieniam temat co trzy sekundy. - Wiesz… - Zacząłem, urywając, bo oddech znów mi się rozsypał. - Gdybyśmy byli nolmalni… Tak kompletnie, szałośnie nolmalni… - Zamknąłem oczy na sekundę, jakbym próbował coś sobie dokładnie przypomnieć. - Powiedziałabyś „nie” s pięś lasy, ale potem byś mi powiedziała „tak”. - Spojrzałem na nią uważnie - to nie było flirtowanie, to było instynktowne, jakby mózg, który tracił kontrolę, łapał się jedynej stałej rzeczy w zasięgu.
- Pseplasam. - Mruknąłem kolejny raz, prawdopodobnie przepraszając bardziej, niż kiedykolwiek w życiu. - Nie jestem dziś logiczny. Zlestą… Kiedy ja byłem logiczny?
Czułem, jak coś robi, jak magia zaczyna się wokół mnie zbierać, jakby powietrze zgęstniało - to było dziwne uczucie, jakby ktoś próbował mnie zatrzymać w miejscu.
- Dbaj o siebie. - Powiedziałem cicho. - I powiedz Eliasowi, sze… - Zaciąłem się. - Sze miał lację co do tej jednej szeszy. Nie powiem któlej, niech się sam domyśli. - Oddech urwał się, wrócił, urwał się znowu. - Hej… - Powiedziałem cicho, głos wyszedł obcy, jakby należał do kogoś starszego. Złapałem ją wzrokiem jeszcze raz, ostatni raz, jakby to było coś, co można zabrać ze sobą. Poruszyłem ustami. Najpierw bez dźwięku.
- Dziękuję, sze nie sugelujesz mi… Umsześ. - Wyszło w końcu, prawie bezgłośnie.
- To było… To było paskudne. Nie chciałbym tego usłysześ znowu. Las wystalszy. Tego szyczenia… Wolałbym nie spełniaś. No, tludno. - Byłem już bardzo daleko, a jednocześnie wciąż tu, to było najdziwniejsze, jakby ktoś zostawił uchylone drzwi między pokojami i dźwięki jeszcze się przedostawały, choć ja sam już wstałem od stołu.
Jej szept docierał do mnie stłumiony, zniekształcony, jak przez wodę. Rozpoznawałem jednak rytm, zawsze miałem ucho do rytmu, nawet jeśli brzmiał dla mnie jak zbiór ładnych, zupełnie niepraktycznych dźwięków.
Oddychałem coraz płycej, zamknąłem oczy, ale po chwili je znowu otworzyłem, jakbym bał się, że to już koniec.
- Pseplasam. Za bzduly. Po plostu… Chciałem powiedzieś wszystkie waszne szeszy. - Spojrzałem na nią jeszcze raz. Dywan pod plecami był ciepły od domu, chłodny od przeciągu, a ja nie byłem już pewien, które z tych odczuć jest prawdziwe. Okazał się naprawdę miękki, zabawne, że to była jedna z ostatnich rzeczy, które przyszły mi do głowy w sposób zupełnie zwyczajny, jakbyśmy kładli się na nim po prostu, bo nie chciało nam się iść do sypialni.
- Jesteś waszna. - Powiedziałem, nawet jeśli byłem już gdzieś pomiędzy, w tej cienkiej szczelinie, w której dźwięki docierają jak przez wodę, a myśli nie mają już ostrości, tylko ciężar. - Najwaszniejsa. - Każdy oddech był osobnym wysiłkiem, czułem, jak coś się we mnie rozplata, powoli, metodycznie, jakby ciało wiedziało wcześniej ode mnie, i przez moment, krótki, cichy, byłem pewien, że jeśli umrę, to przynajmniej z tą myślą. A potem zrobiło się ciepło, ciemno i wszystko odpłynęło.
Śmiech przeszedł w charkot, potem w coś, co bardziej przypominało kaszel niż jakikolwiek dźwięk, który powinien wydawać człowiek stojący na własnych nogach. Patrzyłem na nią przez chwilę w milczeniu, jakbym musiał przestawić w głowie jakiś mechanizm, który się zaciął - jakby mówiła w innym języku, którego jeszcze nie zdążyłem przetłumaczyć.
„Sam sobie właśnie piszesz nekrolog”… A ja nawet nie miałem siły się na to oburzyć tak, jak bym chciał, zamiast tego tylko westchnąłem, płytko, krzywo, jak ktoś, kto nie ma już miejsca na kolejną walkę. Nie pisałem nekrologu, ja tylko zamykałem nawiasy, to była różnica, której nie potrafiłem jej wytłumaczyć. Zamykałem nawiasy wokół rzeczy, których nie zdążyłem powiedzieć, wokół tych wszystkich „kiedyś”, wokół planów, które były bardziej marzeniem niż projektem, wokół rozmów, które prowadziliśmy, myśląc, że mamy luksus czasu. Zamykałem nawias wokół tego domu, który miał być początkiem, a okazał się tylko miejscem, w którym zatrzymaliśmy się na chwilę, nawiasy w zdaniach, których nie dokończyłem, nawiasy w rozmowach, które urwały się kiedyś w pół zdania i nigdy do nich nie wróciliśmy, nawiasy w życiu, które było pełne niedopowiedzeń, zbędnych żartów, uników, uciekających spojrzeń. Nie pisałem o śmierci, ja tylko domykałem to, co było otwarte.
Widziałem tę zmianę w jej oczach, przez chwilę tylko na nią patrzyłem, naprawdę patrzyłem, a nie oceniałem, nie żartowałem, nie szukałem riposty. Swoją reakcją faktycznie wybiła mnie z rytmu, z tej dziwnej, chłodnej narracji, którą sobie ułożyłem, żeby to wszystko było znośne, z tej wersji mnie, który był spokojny, pogodny, gotowy.
Zmiana nastawienia - tego właśnie chciała, ale czy to było dobre, skoro tylko utrudniało nam obojgu godne poradzenie sobie z tym, co w moich oczach było już poza zasięgiem naszych decyzji. To nie były małe ranki do zalepienia plasterkami, jako wybitna uzdrowicielka, Prue powinna była być tego świadoma, nawet jeśli jeszcze tego do siebie nie dopuszczała - ja wiedziałem.
Patrzyłem na nią chwilę dłużej, niż wypadało, nie dlatego, że chciałem coś powiedzieć, tylko dlatego, że musiałem zrozumieć, kim jest teraz ta osoba, która do mnie mówi - to nie była ta sama Prudence, która kilka godzin temu śmiała się z moich głupich uwag, to nie była ta sama, która nocami zasypiała wtulona we mnie, to była kobieta, która właśnie postanowiła mnie uratować, nawet jeśli ja nie miałem już siły się ratować sam.
- Pluey… - Zacząłem, ale urwałem, bo w głębi duszy nie mogłem powiedzieć jej tego, co naprawdę chciałem powiedzieć. Nie mogłem powiedzieć „to nie jest poddanie się, to jest świadomość, to jest coś innego, to jest spokój”, to była różnica, której ona nie chciała usłyszeć, bo brzmiała jak rezygnacja, jak coś ostatecznego, jak kapitulacja.
Nie poczułem nawet żalu o jej ostre słowa, to było raczej… Zmęczone rozbawienie, jakby ktoś nazwał porządkowanie półki „budową trumny”.
- To nie neklolog. - Powiedziałem cicho, trochę chrapliwie, bo oddech wciąż nie chciał mi się układać. - Neklolog się pisze dla innych. Ja… Ja tylko układam własne szeszy. - Nie próbowałem jej tego głębiej wyjaśniać, ponieważ wiedziałem, że to nic nie da, nie w tym stanie, w jakim oboje się znaleźliśmy. Patrzyłem na nią, na tę wersję ukochanej, której prawie nie znałem - twardszą, ostrzejszą - taką, która nie miała w sobie nic z tej miękkości, którą kochałem. Była jak ktoś, kto wszedł na pole bitwy i nie zamierzał się już cofnąć, brzmiała inaczej, nie jak moja żona, nie jak ta dziewczyna, którą znałem od dzieciaka, tylko jak ktoś, kto walczy o przetrwanie, jakby to była wojna, a nie korytarz w naszym domu. Tylko… Nawet reagując na jej wcześniejsze słowa, tak jak prawdopodobnie tego ode mnie chciała, w głębi serca nie wiedziałem, po co to robiłem - po co my to robiliśmy. Jasne - odbijałem jej wypowiedzi, ponownie mrużyłem oczy, starając się brzmieć lepiej, niż wyglądałem, bo nie chciałem tak po prostu… Przestać, ale… To jednocześnie byłem i nie byłem ja, coś we mnie działało już tylko na zasadzie autopilota, nic więcej.
- Mhmm… Doszedłem do tego, sze mnie lubisz, ciutkę szybciej, nisz ty znalazłaś… Altelnatywę zamykania mi moldy… A niby to nie było takie… Niejasne, sze zawsze mogłaś mi… - Uniosłem brwi, chociaż ten ruch wiele mnie teraz kosztował, postarawszy się nie zająknąć, co w każdych innych okolicznościach byłoby gładkie i instynktowne, ale teraz nagle zaczęło stanowić osobne wyzwanie. - Milczałbym jak tlusia… Pszysięgam. - Przymrużyłem oczy, próbując złapać oddech, który nie chciał się składać w coś sensownego. - Kwita, jak mniemam? - Zrobiłem krótki, płytki wdech, bo każdy dłuższy bolał jak cholera.
Kochałem ją, nie „lubiłem”, nie „sympatyzowałem” - kochałem tak, że gdyby ktoś mi teraz powiedział, że to ostatnia rzecz, jaką w życiu czuję, uznałbym, że i tak dostałem więcej, niż mi się należało. Kochałem ją nawet teraz, gdy patrzyła na mnie z tym szorstkim, walczącym spojrzeniem, gotowa gryźć świat za mnie zębami. I kochałem ją na tyle mocno, że chciałem, żeby domagać się, by przestała walczyć w straconej sprawie - żeby po prostu była, nawet jeśli ja już nie będę. Nie powiedziałem tego głośno, bo by się ze mną nie zgodziła, a ja naprawdę nie chciałem kończyć naszej historii w taki sposób, zamiast tego tylko uniosłem lekko dłoń, jakbym chciał dotknąć jej policzka, chociaż nie miałem już na to zbyt wiele siły.
„Będę się na ciebie drzeć” - przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, po oczach, które były zbyt czujne, po ustach, które były zbyt zaciśnięte, popatrzyłem na nią tak, jak patrzy się na kogoś, kto właśnie wziął na siebie coś, czego nie powinien dźwigać sam, ale i tak to zrobił. Prychnąłem słabo, kiedy to powiedziała, ten dźwięk był bardziej wydechem niż śmiechem, ale i tak go wypuściłem, jakby był częścią jakiejś dawnej rozmowy, którą zawsze umieliśmy prowadzić nawet w najgorszych momentach. Przez chwilę naprawdę nie wiedziałem, co odpowiedzieć, to nie był ten rodzaj ciszy, w której człowiek zbiera myśli, to była ta druga, gorsza, kiedy myśli zbierają się same, ale żadna z nich nie nadaje się do wypowiedzenia.
- Okej… - Wydyszałem. - Dobsze. - Nie „okej” w stylu żartu, „okej” w stylu przyjęcia do wiadomości.
Spojrzałem na nią powoli, jakbym musiał przestawić ostrość widzenia, jej kolejne słowa dotarły do mnie dopiero po jeszcze dłuższej chwili, jakby musiały przejść przez coś gęstszego niż powietrze, co nie było dziwne, bo musiały znaleźć sobie miejsce pomiędzy bólem a zmęczeniem. „Nazwisko nie ma znaczenia”, powiedziała to z tą swoją upartością, która zawsze była jak ściana, o którą można się było rozbić albo oprzeć, zależnie od dnia. Uniosłem lekko brew, ten gest kosztował mnie więcej energii, niż powinien, ale nadal był mój.
- A ty wiesz, do kogo to mówisz? - Zapytałem cicho. Nie było w tym złośliwości, była za to ta stara, uparta duma, którą zawsze we mnie widziała, było też coś pomiędzy zmęczeniem a tym dawnym, bezczelnym błyskiem, który zawsze wyłaził, kiedy próbowała mnie przypierać do muru na inny sposób niż ten właściwy.
Kto jak kto, ale ja naprawdę to wiedziałem, wiedziałem to od dawna - nazwiska były tylko kostiumami, maskami, sposobami na przeżycie, na ukrycie się, na zostanie kimś innym, kiedy bycie sobą było zbyt niebezpieczne albo zbyt bolesne. Chciałem coś dodać, jakąś ironię, błyskotliwą ripostę, ale w głowie miałem dziwną ciszę, jakby świat zrobił pauzę dokładnie na tę jedną linię dialogu. Pamięć robiła mi dziwne figle, myśli rozciągały się jak guma, a potem nagle urywały i wtedy… Wtedy przyszła ta myśl - powoli, niechętnie, jakby mózg musiał się przez nią przeczołgać - „rytuał krwi” - przymknąłem oczy na sekundę, jakby to miało coś zmienić. Magia rytualna nie pytała o nazwiska, tylko o intencję, więc… Prue miała rację, w obu wersjach, we wszystkich wersjach, nieważne, czy byłem Rookwoodem, czy Fenwickiem, czy jakąkolwiek inną kombinacją, którą sobie wymyśliłem, żeby przetrwać, więzi magicznych nie obchodziły dokumenty, nazwiska, paszporty, historie przykrywkowe - takie siły obchodziła prawda, a prawda była taka, że…
- Cholela… - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej. - Zapomniałem. - Otworzyłem oczy i spojrzałem na nią inaczej, z czymś, co było mieszanką rezygnacji i uznania, już nie jak na kogoś, kogo trzeba było chronić przed moimi decyzjami, tylko jak na kogoś, kto… Technicznie rzecz biorąc… Miał prawo mnie ratować, bo sam jej to prawo dałem. Ha!, nawet w tym stanie pamiętałem moment, gdy to stanowiło argument, by związać nas w środku nocy - to, że będzie mogła wymagać ode mnie powrotów, ale… Ja wróciłem - prawda? Po prostu nie tak…
Słuchałem jej, ale miałem wrażenie, że słowa docierają do mnie jak przez wodę - nie dlatego, że ich nie rozumiałem, tylko dlatego, że każde z nich musiało przebić się przez warstwę bólu, szumu w głowie i tego dziwnego, narastającego zmęczenia, które nie było zwykłym zmęczeniem. Po prostu mój mózg potrzebował więcej czasu, żeby je poukładać, a ja nie miałem już luksusu czasu - to było coś głębokiego, ciężkiego, jakby ktoś powoli obniżał poziom światła w pomieszczeniu, a ja całe życie robiłem wszystko w trybie „teraz albo nigdy”.
Parsknąłem cicho, krótko, bo to zdanie było tak bardzo… Nią. Ten dźwięk znowu bardziej przypominał charkot niż śmiech, ale coś we mnie uparcie trzymało się tej starej, głupiej wersji mnie, która zawsze musiała skomentować.
- To nie są falmasony. - Powiedziałem cicho, trochę mniej buntowniczo, nawet jeśli bardzo starałem się trzymać rytmu naszego dialogu. - To są fakty. - Brzmiałem spokojnie, aż za spokojnie, jak ktoś, kto mówił o pogodzie.
Kiedy kazała mi przestać, naprawdę przestać, poczułem w klatce piersiowej coś dziwnego, nie ból, coś bardziej jak… Zdziwienie, jakby ktoś, kogo kochałem, i ktoś, dla kogo naprawdę starałem się być dokładnie taki - dojrzalszy, bardziej świadomy, by nie popełniać błędów, o które już kiedyś mnie oskarżono - właśnie próbował wyłączyć we mnie tryb, który działał bez przerwy od lat. Patrzyłem na nią, jakby mówiła do mnie przez grubą szybę, słowa docierały, ale z opóźnieniem, jak echo, ale trochę niewłaściwe, zniekształcone przez mój narastający brak psychicznego zrozumienia tego, co do mnie mówiła.
- Przestać być lealistą? - Powtórzyłem, jakby to było obce słowo. - Plue, ja jusz nawet nie wiem, jak to się lobi. - Spróbowałem się uśmiechnąć, ale mięśnie twarzy miały inne zdanie, więc wyszło coś krzywego, niepewnego. - Ty zawsze byłaś tą, któla widziała czalne scenaliusze. - Dodałem bez wyrzutów, po prostu stwierdzając fakt. - A telas nagle chcesz… Lószowych chmul? - Oddech mi się urwał, na moment, musiałem złapać powietrze, jakby ktoś je nagle zabrał z pokoju. Normalnie bym się obruszył, rzucił coś w odpowiedzi, coś zaczepnego, coś, co odwróciłoby uwagę od tego, co naprawdę się działo - teraz tylko przełknąłem ślinę. Zauważyłem, że mówiła wolniej, wyraźniej, jak do kogoś, kto właśnie zgubił połowę połączeń neuronowych po drodze, cholera, miała rację, mój umysł nie był szczególnie jasny.
- Okej. - Powiedziałem cicho. - Pszestanę. - Nie brzmiałem jak ktoś, kto się bronił, już nie, bardziej jak ktoś, kto nie miał już siły, żeby się naprawdę sprzeczać.
Zrobiłem krok do tyłu i dopiero wtedy naprawdę poczułem, jak bardzo nogi mam niepewne - nie teatralnie, nie „zwróć na mnie uwagę”, po prostu… Źle. Świat na moment się przechylił i musiałem oprzeć się mocniej o ścianę, zamknąłem przy tym oczy na sekundę, ale szybko je otworzyłem, jakbym się bał, że jak tego nie zrobię, to nie będzie następnej okazji. Przechyliłem głowę minimalnie w jej stronę, tak, żeby spojrzeć jej w oczy, chociaż obraz trochę mi się rozjeżdżał.
- Och, Lady Lookwood… - Wydyszałem, z przesadną elegancją, jakbym naprawdę miał jeszcze siłę na dworskie maniery. Powietrze wciąż nie chciało wchodzić do płuc tak, jak powinno, ale nie zamierzałem jej tego teraz demonstrować bardziej, niż było to absolutnie konieczne. - Ja właśnie umielam s dumy. - Kącik ust drgnął mi niebezpiecznie blisko uśmiechu, zawsze miałem słabość do skandali klasowych.
- Malny… Jesteś… Absolutnie katastlofalna… Jako alystoklatka. - Zawiesiłem na niej spojrzenie, zmęczone, ale wciąż zaczepne. - Ale za to… Pelfekcyjna… Jako ty.
Uwielbiałem ją, nie „kochałem” - uwielbiałem, w tym wypadku to słowo miało głębsze znaczenie. Uwielbiałem ją całą, z jej niecierpliwością, jej brakiem manier i absolutnym brakiem respektu dla mojej „szlachetnej krwi”. Parsknąłem słabo, bo nawet teraz potrafiła mnie rozbroić jednym zdaniem.
- Więc, yh, wybaczam. - Wziąłem kolejny ciężki oddech, starając się nie dyszeć zbyt wyraźnie, mimo to kącik ust uniósł mi się uparcie, jakby ciało mogło się sypać, ale charakter miał zamiar trwać do końca. - S głębi mojego wielkopańskiego selca. - Parsknąłem cicho, chociaż bardziej przypominało to zduszony wydech niż śmiech.
Poczułem jej ramię pod moim, drobną dłoń zaciskającą się mocniej, jakby naprawdę mogła mnie tym utrzymać w pionie - może mogła, może to było jedyne, co mnie jeszcze trzymało, chociaż nie miałem pojęcia, jakim cudem. To było dziwne uczucie, nie dlatego, że mnie dotykała, tylko dlatego, że nagle to byłem tym, którego trzeba było podtrzymywać. W normalnych okolicznościach to ja powinienem ją prowadzić, nie odwrotnie, a teraz nagle stałem się naszym największym problemem - dosłownie - byłem za ciężki, za wysoki, za duży jak na sylwetkę mojej żony, i oboje o tym wiedzieliśmy. Próbowałem zrobić krok - nogi zareagowały z opóźnieniem, jakby nie dostały jeszcze informacji, co się właśnie dzieje, więc oparłem się na niej bardziej, niż planowałem. Przesunąłem ciężar ciała, bardzo powoli, ostrożnie, jakbyśmy tańczyli coś absurdalnie wolnego i źle zsynchronizowanego. Skupiłem się na jej ramieniu, na tym, jak mnie trzymała, prowadziła, jak mówiła głośno „raz, dwa”, jakbyśmy byli na lekcji tańca, a nie w środku czegoś, czego nie chciałem nazywać.
- Poza tym - dodałem cicho, z tym starym, bezczelnym błyskiem, który zawsze wyciągała ze mnie na powierzchnię - wczolaj lano miałaś w sobie balso duszo alystoklatyczności. - Przesunąłem na nią spojrzenie, powoli, uważnie, jakbym miał na to całe godziny, a nie kilka rozpadających się minut. - Plawie celemonialnej. - Zrobiłem krótką pauzę, łapiąc oddech, spojrzawszy na nią z ukosa. - Wlęsz obscenicznie duszo. - Spróbowałem się zaśmiać, ale wyszło mi tylko krótkie, ochrypłe „ha”, i uniósłem kącik ust, chociaż kosztowało mnie to więcej, niż chciałem przyznać - każdy mięsień miał swoje zdanie na temat tego ruchu, żaden nie był przychylny. Czułem zapach jej perfum, herbaty, domu, tych wszystkich rzeczy, które miały być zwyczajne, codzienne, nudne - tych, które miały się powtarzać przez lata.
„W tym razem” brzmiało jak obietnica, coś, co powinno mnie uspokoić, a zamiast tego ścisnęło mi klatkę piersiową mocniej niż ból - ja już wiedziałem, że to „razem” nie jest czymś, co mogłem jej jeszcze dać w takim sensie, w jakim ona to rozumiała. Każdy ruch był negocjacją - z bólem, grawitacją, z własnym ciałem, które miało coraz mniej do powiedzenia - każdy krok był osobną decyzją, jakby świat rozpadał się na segmenty, a ja musiałem się zastanawiać, czy chcę przejść do następnego. Zachwiałem się minimalnie, kiedy poprawiła chwyt, ale pozwoliłem jej, nawet oparłem się na niej odrobinę bardziej, niż wypadało, jakbym nagle zapomniał, że mam prawie dwa metry wzrostu i całe życie udawałem, że niczego nie potrzebuję.
- Spokojnie - mruknąłem odruchowo, chociaż to ona była tą, która powinna to powiedzieć - nie puszczę. - To było tak absurdalne, że prawie mnie to rozbawiło. Zacisnąłem zęby, odczekałem sekundę, aż przestanie mi się robić czarno przed oczami, i dopiero wtedy spojrzałem na nią z tym samym, starym spojrzeniem, które pamiętała z czasów, kiedy oboje byliśmy młodsi, głupsi i przekonani, że nic nas nie ruszy.
- Ej, nie. - Wydyszałem, próbując złapać powietrze. Przymknąłem oczy na moment, a kiedy je otworzyłem, zobaczyłem jej twarz zbyt blisko, zbyt skupioną, zbyt napiętą - na chwilę odciągnęła mój umysł od nadciągającej ciemności. - Nie wiem, skąd ci się wzięło… „Szybko, od lasu i na las”. - Prychnąłem słabo. Zrobiłem krótką pauzę, bo świat znowu lekko się przesunął. - Ja… Potlafię… Długo. - Dodałem z wyraźnym naciskiem, jakby to było najważniejsze sprostowanie tej nocy, „wiesz, ile razy w życiu coś przeżyłem tylko dlatego, że potrafiłem długo?” - Długo myśleś. Długo iść. Długo nie spaś. Długo… Czekaś. - Dodałem, próbując się wyprostować. To ostatnie słowo wyszło ciszej, i choć kosztowało mnie to więcej powietrza, niż powinno, nie mogłem sobie odmówić - parsknąłem słabo, bardziej odruchem niż świadomą decyzją, a potem od razu tego pożałowałem, bo ból przeciął mnie w pół jak ostrze.
Starałem się iść powoli, bardzo świadomie, licząc kroki w głowie, bo inaczej bym się rozsypał. Zapach herbaty wciąż gdzieś się unosił, to było absurdalne, że to właśnie ten zapach najbardziej mnie uspokajał - on i truskawki.
- Dywan… - Przypomniałem, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. - Ten paskudny. Nie ten ładny. - To było ważne, bardzo ważne, nie chciałem krwawić na dywan od teściowej, teść by mnie chyba zabił… Nie byłem pewien, czy będzie jutro, ale brzmiało to jak coś, co powinienem powiedzieć.
Widziałem krawędź, jakby była czymś w rodzaju mety, chociaż wiedziałem, że to nie jest koniec niczego - to był tylko kolejny punkt, który miał nam dać złudzenie kontroli, ale widząc go, poczułem coś w rodzaju… Ulgi - absurdalnej, niemal komicznej ulgi.
- Wiesz - powiedziałem nagle, dysząc, tym razem bez skrępowania - zawse uwaszałem… Padnę… Na dachu, wieszy, w ogniu, w… Eksplozji… - Spojrzałem na punkt odniesienia leżący w korytarzu, teraz nagle stał się strategicznie istotny. - A nie na tym… Obszydliwym czymś. - Uniosłem brew słabo. - To twoja wina. - Mruknąłem, krzywiąc się. - Zawsze musiałaś mnie plowadziś w złe miejsca. - Przesunąłem wolną dłonią po ścianie, szukając punktu zaczepienia, ale palce były za śliskie, za słabe. Czułem jej ręce - ostrożne, ale zdecydowane, w kontraście do moich - wiedziała, co robi, nawet jeśli ja już nie do końca byłem w stanie to śledzić, bo każdy ruch rozciągał mnie od środka, jakby ktoś próbował rozszerzyć granice mojego ciała, które i tak już były za bardzo nadwyrężone. Zachowywała się tak, jakby przenosiła coś kruchego, chociaż ja całe życie byłem raczej tym, co się rzuca, a nie niesie. To mnie… Wzruszyło, nawet jeśli z zewnątrz - chyba - nie dałem tego po sobie poznać. Pozwoliłem sobie osunąć się trochę bardziej na nią, bo wiedziałem, że inaczej nie dam rady, każdy centymetr kosztował mnie więcej, niż powinien - kiedy w końcu dotarliśmy do dywanu, miałem wrażenie, że przeszliśmy przez pół kontynentu, a nie kilka metrów korytarza.
- O, widzisz? - Wskazałem lekko głową. - Piękny. - Kłamałem, był paskudny, ale funkcjonalny - odrobinę jak ja po trzech dniach w terenie. I trochę jak ja… Heh. Okazał się zaskakująco miękki, naprawdę miękki, jak na coś, co zwykle kojarzyło mi się z kurzem i kocimi kłakami - zauważyłem to w sposób absurdalnie wyraźny, jakby mózg uznał, że to jest informacja, którą koniecznie trzeba odnotować - niezbyt elegancki, ale wystarczająco dobry, żeby na nim wylądować bez dodatkowych komplikacji, teraz był jak obietnica, że nie uderzę głową o coś twardego. Dotarliśmy do niego bardziej siłą jej woli niż moich nóg, ja sam nie pamiętałem dokładnie, jak to się stało, kroki zlewały się w jedno, ręce, które mnie trzymały, były jedyną osią świata, pamiętałem tylko fragmenty drogi - drobne ramię pod moim, moje stopy, które przestawały być moimi, ścianę, która na chwilę była ważniejsza niż grawitacja.
Pozwoliłem jej mnie opuścić, powoli, ostrożnie, jakbyśmy robili to już tysiąc razy, a nie po raz pierwszy i ostatni jednocześnie, a potem już byłem na podłodze, a raczej na tym nieszczęsnym kawałku materiału, który wybrałem z czystej przekory i z bardzo praktycznego powodu - nie był zimny.
Kazała mi zamknąć oczy, więc zrobiłem dokładnie odwrotnie i otworzyłem je szerzej. Patrzyłem na nią jeszcze, chciałem zapamiętać jej twarz bez tego napięcia, bez tej medycznej ostrości w spojrzeniu, ale to było niemożliwe. Teraz była wojowniczką, strażnikiem, nie żoną, która robi herbatę o świcie.
- No, plosę… - Wydyszałem. - A ja myślałem, sze to ja miałem się tobą zajmowaś.
Leżałem - to było dziwne - zawsze byłem tym, który stał, nawet kiedy nie powinien, a teraz patrzyłem w sufit, który był nagle zbyt daleko, wszystko było za daleko, nawet Prudence. Uklękła nade mną, widziałem jej sylwetkę jak przez wodę, jakby ktoś zanurzył mi głowę w jeziorze i kazał patrzeć w górę. Torba z medykamentami poleciała gdzieś za nią, usłyszałem głuchy dźwięk, ale nie potrafiłem już zlokalizować, skąd dokładnie przyszedł. Trzymała różdżkę, mocno, to widziałem całkiem wyraźnie, jakby jej ręka była jedyną stabilną rzeczą w tym pokoju.
- Pluey… - Wyszło ze mnie cicho. - Jeśli to… Ten moment, kiedy mam powiedzieś coś… Mądlego, to… Pseplasam, ale nic takiego nie mam.
Oddychałem coraz płycej, czułem dziwne mrowienie w palcach, jakby należały do kogoś innego - nie chłód, nie ból, nie strach - mrowienie i miękkość, jakby świat chciał mnie na chwilę oszukać, że wszystko jest w porządku, to tylko zmęczenie, zaraz wstanę, otrzepię się i pójdziemy do kuchni pić herbatę.
- To zabawne - Wyszeptałem. - Zawse myślałem, sze jak umlę, to bęsie… Głośniej. - To słowo wyszło samo, nie zamierzałem go użyć, zatrzymałem się na ułamek sekundy, łapiąc oddech, ciężki, szorstki, zbyt głośny.
- Pseplasam. - Mruknąłem znowu, ale tym razem było to inne „przepraszam” - nie za siebie, za to słowo.
Czułem, jak przesuwała moją koszulkę, jej palce dotykały skóry wokół rany, było to jednocześnie bolesne i… Dziwnie uspokajające, bo ktoś w końcu dotknął czegoś, co przez ostatnie godziny istniało tylko jako chaos.
- Hej… - Wymknęło mi się, zanim zdążyłem to powstrzymać, mój głos był chrapliwy, cichszy, niż chciałem. - Jakby co… - Zacząłem i przerwałem, bo zabrakło mi powietrza.
Przełknąłem ślinę.
- Jakby co, to wolałbym, szebyś nie uszywała tych… Stlasnych zaklęś, po… Po któlych ludzie świecą albo mają oczy jak szaby. - To był słaby żart, wiedziałem o tym, ale to był mój sposób na powiedzenie „boję się”. - Nie lób niczego, co sprawi, sze… Mnie… Znienawidzisz. - Mruknąłem słabo, to też był żart, prawie.
Zamknąłem oczy na sekundę, potem znowu je otworzyłem, bo bałem się, że jak je zamknę, to już nie będzie „sekunda”.
- Nie. - Głos miałem cichszy, niż planowałem. - Wolałbym… Wolałbym patsześ. - Zmarszczyłem lekko brwi, jakbym próbował to przemyśleć, chociaż myśli nie chciały już ustawiać się w kolejce.
- Wiesz… - Zacząłem, a słowa same zaczęły mi się wysypywać z ust, jakby ktoś rozciął worek z piaskiem przeznaczonym pod moje powieki. - Jesteś ładniejsza nisz sufit. - Parsknąłem słabo. - Głupie polównanie. Pseplasam. - Głos mi się łamał. - Zawsze chciałem mieś s tobą więcej czasu. - To już nie było żartem. - I wciąsz chcę.
Poruszyłem palcami, jakbym chciał jej dotknąć, ale nie byłem pewien, czy to naprawdę zrobię.
Zamrugałem kilka razy, bo obraz zaczął mi się rozjeżdżać, ostatecznie przymknąłem jedno oko, drugie zostało otwarte, bo nie chciałem przegapić jej twarzy.
- Lubię twoje oczy. - Kontynuowałem poważnie, jakby to było najważniejsze wyznanie świata. - Zawsze lubiłem. One są… Bezczelne. - Parsknąłem cicho, bo to zabrzmiało jak coś z taniego romansu, to zdanie wyszło ze mnie zupełnie bez kontroli, jakby ktoś inny je wypchnął.
- Wiesz… - Zacząłem od nowa, a potem zgubiłem wątek, więc zamyśliłem się na chwilę, próbując go złapać. - Dzieciaki… Powinny mieś twoje oczy. - Mrugnąłem, zdezorientowany własnymi słowami - sam się zdziwiłem, bo dosłownie wczoraj mówiłem jej, że nie chcę dzieci, to nie dla mnie, to mnie stresuje, to temat, który mnie gryzie. Rzeczywiście tak było - ten temat zwykle mnie rozbijał, rozkładał na czynniki pierwsze, wyciągał ze mnie wszystko, czego nie chciałem dotykać. A teraz… Teraz… Teraz to było tylko zdanie, jak kartka wrzucona do rzeki, wypadło ze mnie i popłynęło, zanim zdążyłem je zatrzymać.
- To znaczy… Nie… - Skrzywiłem się, nagle całkiem świadomy tego, że mówiłem wszystko, co przychodziło mi do głowy, jakby czas się kończył i nie było już miejsca na autocenzurę.
- Ale jakby miały twoje oczy, to… - Urwałem, bo zapomniałem, co chciałem powiedzieć. - To by było… Okej. - Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, wolno, jakbym chciał ją zapamiętać na zapas, zamrugałem kilka razy, patrząc na nią.
- Masz taki sposób patszenia… Jakbyś widziała wsystko nalas. To musi byś męczące. - Przesunąłem głową minimalnie na bok, zmieniając otwarte oko. - Ale ładne.
Zamrugałem kilka razy, bo obraz zaczął się rozdwajać, zrobiło mi się nagle bardzo ciężko w klatce piersiowej, nie tylko fizycznie, ale też, jakby to, co mówiłem, zaczęło mnie doganiać, chociaż jednocześnie to wszystko było tylko jednym, bardzo długim snem.
- Nie moje, pamiętaj, m’kay. - Dodałem po chwili. - Moje są… Za ciemne. Twoje są… Wiesz. Jak coś, co się zapamiętuje.
Zrobiło mi się zimno, a jednocześnie za ciepło, czułem jej obecność jak coś stałego, jedyną rzecz, która miała sens.
- Nie patsz tak. Naduszywasz. - Dodałem słabo. - A mi się mózg mi pszegszewa. Zdasza się najlepszym.
Leżałem na dywanie, który wybrałem jak jakiś idiota, bo był „mniej zimny” i „już i tak paskudny”, i nagle wszystko to brzmiało jak dowcip, który stracił puentę. Teraz… Teraz nie potrafiłem nawet spiąć myśli.
- W sumie… - Westchnąłem. - Wiesz, sze wczolaj mówiłem głupoty. - Nie sprecyzowałem, jakie, mój mózg najwyraźniej uznał, że logika jest opcjonalna.
- Mówię duszo głupot. To chyba moja… Ta. - Próbowałem się uśmiechnąć, ale wyszło krzywo. Zaśmiałem się cicho, krótko, a potem syknąłem, bo ból mnie natychmiast skorygował.
- To… To byłby dobly pomysł. - Zamknąłem jedno oko, drugie znowu się otworzyło. - Twoje oczy. A mój wzlost. Chalaktel… Losujemy. I tak… Będą… Koszmalne dla nauczycieli. - Parsknąłem słabo, ale to przeszło w kaszel, który zabolał mnie tak, że aż mi się zakręciło w głowie.
- To znaczy… Gdyby… - To zdanie zawisło między nami, dziwne, obce, niepasujące, wczoraj byłem kimś innym.
- Pseplasam, sze nie chciałem dzieci. - Powiedziałem nagle. - To nie było… O tobie. To było o mnie. - Zamrugałem, bo słowa zaczęły się rozjeżdżać.
Otworzyłem oczy szerzej, próbując ją złapać wzrokiem.
- Nie dlatego, sze ci nie ufam. - Uśmiechnąłem się krzywo, może nawet nie tylko w zamiarze. - Tylko dlatego, sze wiem, co tam jest. - Westchnąłem ciężko.
- Wiesz, ja bym im opowiadał bzduly - kontynuowałem - o potwolach, o mapach, o klątwach, któle nie istnieją. Ty byś je plostowała. Zawsze mnie plostujesz. - To zdanie wybrzmiało inaczej, niż planowałem, ale plan przestał być moją mocną stroną, świat był rozmiękczoy, brzegi się rozmywały, a myśli przychodziły bez kolejności. - Nie w sensie… Telas. Nie jutlo. Po plostu… Wiesz. W innym szyciu.
Zamilkłem na chwilę.
- Jak umlę… - Powiedziałem nagle, podejmując nowy wątek. Brzmiało to zwyczajnie, jakby chodziło o wyjazd, a to było takie niesprawiedliwe, bo przecież nie zdążyliśmy nigdzie razem wyjechać…
- Wiesz co? Joldania. Na… Nasz miesiąc miodowy. Chciałbym zobaczyś, jak się śmiejesz, kiedy nie możesz zatonąś. - Uniosłem kącik ust albo tak mi się wydawało. - To bszmi jak dobly pomysł, plawda? Bym cię tszymał, szebyś się nie pszewlacała, bo… Jesteś fatalna… W tym… No… Balansowaniu.
Świat pulsował, dźwięki były zbyt głośne albo zbyt ciche, nie mogłem się zdecydować.
- I do Stanów. Do mojej części. Zobaczyłabyś, gdzie zniknąłem. I Pelu… O, Pelu by ci się spodobało. Czarna magia, lytuały, staszy ludzie, którzy wiedzą. Miałabyś uszywanie.
Poruszyłem dłonią, jakbym chciał czegoś dotknąć, ale nie miałem siły jej unieść.
- Wiesz, sze jak ja, to będziesz musiała… - Urwałem. - Nie, niewaszne. Źle sfolmułowane. Jak umlę… - Zacząłem, a potem parsknąłem cicho. - Widzisz? Nadal mówię jak lealista. - Parsknąłem, ale zaraz potem zakaszlałem, boleśnie, aż świat na moment się rozpadł. - Nie słuchaj mnie - powiedziałem - ja dzisiaj nie jestem… Wialygodnym nalatolem.
Chciałem ją dotknąć, ale ręka nie chciała mnie słuchać.
- Słuchaj. - Zaczerpnąłem powietrza gwałtowniej, jak ktoś, kto nagle przypomniał sobie, że oddychanie jest ważne. - Musisz mi powiedzieć o tych…
Coś mnie ukłuło w głowie. Świat zwęził się do sufitu, do jej twarzy nad sobą, do zapachu herbaty i czegoś metalicznego, co znałem aż za dobrze.
- Jakby… Jakby coś się stało. - Zacząłem, a potem skrzywiłem się. - Heh…
Przełknąłem ślinę.
- Nie chciałem cię w to wciągaś. - Powiedziałem ciężej, chociaż głos mi miękł. - Ale jusz jesteś wciągnięta. Jak zawsze. - Czułem jej dłonie, jej obecność, nawet jeśli zamykałem oczy.
- Jak umlę… - Zacząłem ponownie, a potem poprawiłem się bez przekonania, przy czym spojrzałem na nią ostrzegawczo, bo to było ważne, naprawdę ważne. - Jeśli umlę… To mój spszęt musi pszejsześ ktoś inny nisz ty. Okej? - To nadal zabrzmiało jak pożegnanie - zorientowałem się dopiero po chwili.
- Nie szegnam się. - Dodałem szybko. - Nie w ten sposób. Po plostu… Posządkuję.
Oddychałem nierówno, świat robił się falą.
- Masz stlasnie ciepłe dłonie. - Ten wniosek przyszedł nagle, zupełnie znikąd. - Jakbyś zeszła ze słońca. Albo… Golączkę. Mam nadzieję, sze nie golączkę. - Westchnąłem, oddech mi się urwał, potem wrócił.
Patrzyłem na nią, ale czasem widziałem dwie wersje jej twarzy, czasem trzy, i żadna z nich nie chciała stać w miejscu.
- Wiesz co… - Mruknąłem kompletnie bez związku z niczym. - Lobisz za słabą helbatę. To nie jest helbata, to… Alomatyzowana woda. Daj liście… Więcej liści. Powinnaś je balsiej… Skszywdziś. Wszątkiem. - Zrobiło mi się trochę ciemno, ale zamrugałem kilka razy, uparcie. - I… to głupie, ale… - Zmrużyłem oczy, próbując się skupić. - Chyba mam lekką alelgię na tluskawki. - Zrobiłem pauzę, jakby to było wielkie wyznanie. - Nigdy ci nie mówiłem, bo… - Spojrzałem na nią z czymś pomiędzy winą a rozbawieniem, bo nawet teraz docierała do mnie ironia tego, że przez całe lata zamykałem mordę w tym temacie, jedząc owoce, które prawdopodobnie mnie nienawidziły. - Ty lubisz tluskawki. I pachniesz tluskawkami. I to by było… Głupie. - Westchnąłem. - Czasem mnie po nich swędzi język. Tylko tlochę. Duszności są… Plawie ich nie ma… Mała wysypka… Więc… Wiesz. Nie dlamat. Nie umlę od tluskawki. - Ironia nie była zamierzona, po prostu nie chciałem być tym gościem, który mówi „hej, twoje istnienie mnie lekko swędzi”.
Poruszyłem głową lekko, jakby nagle coś mnie olśniło.
- Kot. Tszeba nazwaś kota. - Zmarszczyłem brwi. - Nie jakoś zwyczajnie. On powinien się nazywaś… - Zawahałem się. - Haint. - Kiwnąłem głową, jakby to było oczywiste. Dla mnie było, może dla Prue też, bo widziałem jej twarz nad sobą, skupioną, twardą, tak inną od tej, którą znałem na co dzień.
- Kocham cię. - Powiedziałem, zupełnie nie na temat, jakbym nie potrafił tego zatrzymać. - Nawet jak jesteś jak feldfebel.
Oddychałem coraz płycej, ale mózg najwyraźniej uznał, że to idealny moment na absolutnie losowe wyznania.
- Nie chcę lilii - to wydało mi się oczywiste - ani lósz. Lósze są pletensjonalne, a lilie pachną jak szpital. Niech będą… Ilysy. Dalie. Albo w ogóle bez kwiatów. Kwiaty są stlasnie… Szywe. Zwłaszcza te pachnące szpitalem. To tlochę iloniczne. Nic tesz jest okej.
Patrzyłem na sufit, na pęknięcie w farbie, którego wcześniej nie zauważyłem, zawsze mnie to bawiło, że ludzie zaczynają dostrzegać szczegóły dopiero wtedy, kiedy nie mają już z nimi nic wspólnego.
- Nie dawaj mi galnitulu. To obszydliwe. Nie wyglądam dobsze w galnitulach. Wyglądam jak ktoś, kto plóbuje byś kimś innym. - Podkreśliłem, byśmy mieli całkowitą jasność. - I… Nie pozwól mi kupowaś więcej noszy. Mam ich za duszo. To nie jest zdlowe.
Pauza. Potem westchnienie.
- Powinnaś mi opowiedzieś o tych wilkołakach. - Zmarszczyłem się trochę. - Dlaczego ich tak nienawidzisz. Ja ci coś powiem w zamian. - Zamilkłem, jakby to była poważna umowa. - To nie był pies. Wiesz… Ten „pies”. - Spojrzałem na nią uparcie, jakby to było najważniejsze wyznanie świata. - To było… No… słowo na „w”. Na osiem. - Skrzywiłem się. - Wiesz, to. Ten. Wil… Ten. - Machnąłem dłonią bezładnie, nie chciałem tego mówić wcześniej, bo myślałem, że jak tego nie powiem, to się nie stanie aż tak ważne. Zawsze chciałem ją chronić przed moją robotą, a teraz brzmiało to trochę jak żart.
- Wiesz… Mosze to jednak było pszeznaczenie. A nawet jak nie tak… - Prychnąłem słabo i zamilkłem na chwilę, bo to wszystko wymagało skupienia większego, niż powinno. - Mamy pakt klwi. - Dokończyłem, z tym cieniem uśmiechu, który zawsze pojawiał się u mnie w najmniej odpowiednich momentach. - A to jusz… Coś. - Parsknąłem cicho, ale zaraz zakaszlałem, więc skrzywiłem się i pokręciłem głową. - Nie znam łaciny. - Przyznałem uczciwie, nawet jeśli urywanym głosem. - Wiesz, sze nie znam. Zawsze ściągałem. Ale… - Przełknąłem ślinę. - Nie było „dopóki śmielś nas nie losłączy”. - Zmrużyłem oczy, czułem, jak odpływam, ale ciągle wracałem. - Tam było… Więcej. W stylu… „A potem zobaczymy”. - Uśmiechnąłem się słabo. - Nieplecyzyjne. W moim guście. Nie wiesz jak wkuszające są takie klauzule w umowach, ale ja je lubię, bo cię dopadnę. Następnym lasem. Szybciej. I ci nie odpuszczę. - Mruknąłem, jakby to była zupełnie normalna rzecz, którą mówi się komuś na dywanie w korytarzu.
- I tak, wiem. - Parsknąłem słabo, dźwięk był krótki i poszarpany. - Wiem, sze to nie jest tylko „lubienie”. - Spojrzałem na nią z tym samym upartym błyskiem, który miałem jako dzieciak, kiedy już wiedziałem, że przegrałem, ale nie zamierzałem tego przyznać na głos. Zrobiło mi się trochę lżej i trochę gorzej naraz, po prostu… Spojrzałem na nią i nagle zrobiło mi się strasznie żal wszystkiego.
- Jak umlę… - Powtórzyłem, ciszej. - To nie zapomnij mnie. - Potem poprawiłem się, spróbowałem jeszcze raz, ostatkiem sił, jakby sam fakt mówienia trzymał mnie po tej stronie. - To głupie. Nie moses zapomnieś. Ale posłuchaj mnie chociasz pszez minutę, dobsze? - Zamrugałem, skupiając się na jej twarzy, żeby nie odpłynąć.
Oddech miałem coraz płytszy, czułem, jak coś obcego przepływa przeze mnie, jak fala, która nie pyta, czy może, to nie było… Przyjemne.
- Nie pozwól, szeby ktoś mówił za mnie, jaki byłem. - Przełknąłem ślinę. - Ja wiem, sze byłem wkuszający. Nie byłem… Najmilszy. Ale nie byłem zły, nie? Obiecaj mi, sze im to powiesz.
Przymknąłem oczy na sekundę, potem otworzyłem je gwałtownie.
- I nie spszedawaj mojego płaszcza. - Uśmiechnąłem się słabo. - Jest oklopny, ale jest mój. - Chciałem powiedzieć coś jeszcze odnośnie majątku, kapitału i tak dalej, wszystkich tych formalno-materialnych spraw, ale słowa zaczęły mi się mieszać.
- Pseplasam. - Wymamrotałem, tym razem przepraszając ją już za wszystko - za to, że zawsze robiłem rzeczy po swojemu, za to, że nie słuchałem, za to, że… - Sze cię tu wpakowałem. - Spróbowałem sięgnąć do jej dłoni, ale ręka była ciężka jak z ołowiu. - Wiesz, co jest waszne? - Zapytałem cicho. Znów pauza. - Nie myśl, sze to była stlata czasu. - Spojrzałem na nią, naprawdę na nią, z całej siły, jaką jeszcze miałem. - Plosę. - Przełknąłem ślinę. - Bo to było… Najlepsze. - Pokręciłem minimalnie głową. Nie wiedziałem, czy to do niej dotarło, nie wiedziałem już, czy „dotarcie” było jeszcze możliwe.
Zrobiło mi się zimno.
- Jeśli będziesz miała kiedyś kogoś… - Urwałem. - Musi wiedzieć, sze ja… No. Jestem w tle.
Przymknąłem oczy tylko na chwilę, a potem je znowu otworzyłem, bo nagle bałem się, że jak je zamknę, to już nie wrócę do tego, co widzę.
- To nie znaczy, sze masz nikogo nie znaleźć. - Dodałem, marszcząc czoło. - Nie chcę byś tym… No, dobla, chcę. Tlochę. Zawsze lubiłaś szeszy, któle stlasą innych. - Spróbowałem jeszcze raz się uśmiechnąć. Wyszło krzywo, jak wszystko dziś. - Wiesz… - Głos mi się urwał, więc złapałem powietrze płytko. - Tylko… - Wymamrotałem. - Jak jusz będziesz wybielaś welsję. Plesja psychiczna, nie palanolmalna. Wolałbym zostać spalony. - Powiedziałem już ciszej, zupełnie serio pod spodem żartu, nie lubiłem być problemem logistycznym. - Maltwy mąsz mojego pokloju jest… - Przymknąłem oczy na sekundę, potem otworzyłem je z powrotem, uparcie, bo wolałem widzieć jej twarz. - Idealnie pasuję. Do ciebie… „Lubienie”, yh? - Zerknąłem gdzieś w bok, potem znowu na nią. W jakiejś ładnej urnie, to mogłoby się tu sprawdzić, albo nieładnej - nie miałem mieć raczej wysokich standardów estetycznych po śmierci. - Moses mnie tszymaś na kominku. A poza tym… - Zamrugałem wolno. - Łatwiej mnie wtedy pszenieść, jakbyś się pszeplowadzała. Bo mnie zabieszesz, plawda? - Spróbowałem jeszcze raz się uśmiechnąć, tym swoim krzywym, nierównym uśmiechem, który zwykle oznaczał, że mówiłem coś absolutnie nie na miejscu, i parsknąłem cicho, jakby to był naprawdę dobry żart, chociaż zaraz mnie to zabolało i syknąłem pod nosem.
Oddech znów mi się urwał, więc dodałem szybciej, zanim rozsądek mnie dogonił.
- Tylko… Jakbyś kiedyś… To niech mają twoje oczy. I twój upól. I ten sposób, w jaki malszczysz nos, kiedy się wściekasz. - Zamilkłem na chwilę, bo świat znów zrobił ten dziwny ruch w bok. - Nie będę asz tak zazdlosny. Wtedy. Będą… Tobą. Nie jakimś zjebem. A tak w ogóle… - Dodałem, jakby to było zupełnie normalne, że zmieniam temat co trzy sekundy. - Wiesz… - Zacząłem, urywając, bo oddech znów mi się rozsypał. - Gdybyśmy byli nolmalni… Tak kompletnie, szałośnie nolmalni… - Zamknąłem oczy na sekundę, jakbym próbował coś sobie dokładnie przypomnieć. - Powiedziałabyś „nie” s pięś lasy, ale potem byś mi powiedziała „tak”. - Spojrzałem na nią uważnie - to nie było flirtowanie, to było instynktowne, jakby mózg, który tracił kontrolę, łapał się jedynej stałej rzeczy w zasięgu.
- Pseplasam. - Mruknąłem kolejny raz, prawdopodobnie przepraszając bardziej, niż kiedykolwiek w życiu. - Nie jestem dziś logiczny. Zlestą… Kiedy ja byłem logiczny?
Czułem, jak coś robi, jak magia zaczyna się wokół mnie zbierać, jakby powietrze zgęstniało - to było dziwne uczucie, jakby ktoś próbował mnie zatrzymać w miejscu.
- Dbaj o siebie. - Powiedziałem cicho. - I powiedz Eliasowi, sze… - Zaciąłem się. - Sze miał lację co do tej jednej szeszy. Nie powiem któlej, niech się sam domyśli. - Oddech urwał się, wrócił, urwał się znowu. - Hej… - Powiedziałem cicho, głos wyszedł obcy, jakby należał do kogoś starszego. Złapałem ją wzrokiem jeszcze raz, ostatni raz, jakby to było coś, co można zabrać ze sobą. Poruszyłem ustami. Najpierw bez dźwięku.
- Dziękuję, sze nie sugelujesz mi… Umsześ. - Wyszło w końcu, prawie bezgłośnie.
- To było… To było paskudne. Nie chciałbym tego usłysześ znowu. Las wystalszy. Tego szyczenia… Wolałbym nie spełniaś. No, tludno. - Byłem już bardzo daleko, a jednocześnie wciąż tu, to było najdziwniejsze, jakby ktoś zostawił uchylone drzwi między pokojami i dźwięki jeszcze się przedostawały, choć ja sam już wstałem od stołu.
Jej szept docierał do mnie stłumiony, zniekształcony, jak przez wodę. Rozpoznawałem jednak rytm, zawsze miałem ucho do rytmu, nawet jeśli brzmiał dla mnie jak zbiór ładnych, zupełnie niepraktycznych dźwięków.
Oddychałem coraz płycej, zamknąłem oczy, ale po chwili je znowu otworzyłem, jakbym bał się, że to już koniec.
- Pseplasam. Za bzduly. Po plostu… Chciałem powiedzieś wszystkie waszne szeszy. - Spojrzałem na nią jeszcze raz. Dywan pod plecami był ciepły od domu, chłodny od przeciągu, a ja nie byłem już pewien, które z tych odczuć jest prawdziwe. Okazał się naprawdę miękki, zabawne, że to była jedna z ostatnich rzeczy, które przyszły mi do głowy w sposób zupełnie zwyczajny, jakbyśmy kładli się na nim po prostu, bo nie chciało nam się iść do sypialni.
- Jesteś waszna. - Powiedziałem, nawet jeśli byłem już gdzieś pomiędzy, w tej cienkiej szczelinie, w której dźwięki docierają jak przez wodę, a myśli nie mają już ostrości, tylko ciężar. - Najwaszniejsa. - Każdy oddech był osobnym wysiłkiem, czułem, jak coś się we mnie rozplata, powoli, metodycznie, jakby ciało wiedziało wcześniej ode mnie, i przez moment, krótki, cichy, byłem pewien, że jeśli umrę, to przynajmniej z tą myślą. A potem zrobiło się ciepło, ciemno i wszystko odpłynęło.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)