Lestrange przywykła już, że nie może liczyć na żaden konkretny plan dnia w biurze aurorów, bo mogło się wydawać, że cały dzień spędzi się za biurkiem, a później okaże się, że jednak trzeba wyjść, lub na odwrót – myślisz, że będziesz w terenie, a kończysz nad papierkową robotą. Dlatego była gotowa na to wyjście, choć się go nie spodziewała, gdy przyszła rano do pracy.
– I co byś zrobił, jakbym ci powiedziała, że jest mi zimno? – zainteresowała się, choć być może nie było słychać tego po tonie jej głosu, a na pewno nie było tego widać w jej twarzy, lecz to nie była żadna nowość, bo Victoria zazwyczaj wyglądała, jakby była śmiertelnie poważna. Nie była to prawda.
– To tylko hipoteza, ale może te dla dorosłych były wyciągane z innego wora, a dla dzieci z innego? – „wór” oczywiście mógł nie istnieć, chodziło jej o to, że ktokolwiek sprzedawał te bombki, być może kontrolował, komu daje które. – Na pewno trzeba będzie znaleźć osoby, które były odpowiedzialne za rozstawienie tej choinki i sprzedawanie bombek – mieli już jakieś zeznania od rodziców, dzieciaków było brak, kolejnym krokiem byłoby więc właśnie to… To znaczy jak już skończą wszystkie rozmowy z opiekunami. – W sensie wiesz, może to wcale nie jest aż tak skomplikowane. A może właśnie jest… – najlepiej byłoby sobie dokładnie pooglądać te wszystkie bombki… Chociaż gdy Victoria zawieszała swoją, bo zawieszała, to nie zauważyła przy tym niczego dziwnego.
Odwróciła głowę na dziecięce „przepraszam”, odprowadzała chłopca spojrzeniem i dopiero po chwili dotarło do niej, że jakoś tak dziwnie zagęścili się przy nich ludzie, że te kaptury, może nie powinny w zimie dziwić, ale było ich jakby za dużo…
Sama sięgnęła w odruchu po swoją różdżkę, czując w kościach, że coś jest nie tak, ale w tym momencie rzeczy podziały się nagle i szybko, czego dopełnieniem była ostra reakcja Atreusa i zielonkawa chmura, która szybko powstała pod ich nogami i cuchnęła tak, że aż szczypały oczy.
– Kurwa mać – wydusiła z siebie, ale to, co za chwilę się stało, całkowicie przysłoniło jej słowa, bo usłyszała charakterystyczny ślizg, szum powietrza i grzmotnięcie zalane potokiem przekleństw. Sama nie zrobiła kroku, gówno tu widziała, oczy jej łzawiły i rzucanie zaklęć na oślep za dowcipnisiami też brzmiało jak głupi pomysł, więc zrobiła jedyne, co przyszło jej w tej chwili do głowy, a więc spróbowała rozwiać tę chmurę smrodu zaklęciem, a przynajmniej jej pomóc, bo w takich warunkach ta raczej nie utrzymałaby się tutaj zbyt długo. Mocny podmuch wiatru przegonił zielonkawą chmurę, ale niestety nie zamazany obraz i Lestrange teraz przecierała oko wierzchem dłoni.
Ktokolwiek rzucił im pod nogi tę cuchnącą „petardę”, zniknął jak kamfora.