24.01.2026, 02:45 ✶
22.09.1972, Mabon
posiadłość Averych
posiadłość Averych
Astoria stała przed lustrem dłużej, niż było to konieczne. Nie poprawiała już niczego - suknia była zapięta, włosy ułożone, biżuteria dobrana skromnie, jakby z premedytacją nie chciała, by cokolwiek w jej wyglądzie było zbyt głośne. Patrzyła na swoje odbicie i miała wrażenie, że odświętność tego wieczoru jest kostiumem, który zakłada się z obowiązku, a nie z radości. Jak rytuał, który trzeba odprawić, bo jeśli się go pominie, coś pęknie na dobre.
Mabon przyszło do Averych nie z pieśnią i zapachem świeżo pieczonego chleba, lecz z nerwowym tupotem kroków, trzaskiem drzwiczek kredensów i pospiesznie wydawanymi poleceniami. Od rana dom żył w stanie permanentnego napięcia. Przygotowania zaczęły się wcześnie i trwały bez przerwy, jakby matka próbowała zagłuszyć ciszę pracą. Astoria próbowała pomóc, ale każda propozycja spotykała się jednak z tym samym: krótkim spojrzeniem, westchnieniem i zdaniem zaczynającym się od "nie, ja to widzę inaczej". Na końcu i tak pojawi się podsumowanie "nikt mi w tym domu nie pomaga".
Ojciec, jak zawsze, był w trybie zadaniowym. Siedział przy długim stole w jadalni, pochylony nad listą, którą sam sporządził - równymi, precyzyjnymi liniami atramentu. Co chwilę unosił wzrok, sprawdzając, czy kolejne punkty są realizowane. W kuchni panowało istne szaleństwo. Elfy krążyły jak w transie: obierały jabłka z niemal obsesyjną dokładnością, inne mieszały gęste zupy w kotłach, z których unosił się zapach dyni, korzennych przypraw i czegoś cięższego - mięsa, pieczonego długo, cierpliwie. Na blatach piętrzyły się miski z kasztanami, żurawiną, orzechami. Co chwilę ktoś znikał w spiżarni, ktoś inny pojawiał się z tacą pełną pasztecików.
Po pożarze sprzed dwóch tygodni wiedziała, dlaczego ten nacisk na wspólnotę był tak silny. Każdy pusty dom, każde nieobsadzone miejsce przy stole było zbyt wyraźnym przypomnieniem, jak krucha jest ciągłość. Sama wciąż borykała się z dolegliwościami, nadal była słaba, ale z dnia na dzień było coraz lepiej. Udawała twardą, szczególnie przed matką, która objęła ją największą troską - tą duszącą jak dym. Niemniej cieszyła się, że mogą spotkać się przy wspólnym stole bez większych strat.
Teraz, tuż przed kolacją, dom wyglądał niemal nienagannie. W jadalni paliły się świece o zapachu jabłek i żywicy, światło odbijało się w wypolerowanych kielichach, a ciężkie półmiski zajmowały każdy skrawek stołu. Na złoconych półmiskach spoczywały pieczone przepiórki, ich skórka lśniła od miodu i masła, a nadzienie z kasztanów i żurawiny pachniało słodko-kwaśno, jesiennie, ciężko. Obok ustawiono paszteciki z dziczyzną i leśnymi grzybami, chrupiące, jeszcze ciepłe. Astoria wiedziała, że matka kazała je podawać partiami, żeby żaden nie zdążył ostygnąć. Były też placki dyniowe, złociste i miękkie, oprószone delikatną mieszanką korzennych przypraw. Między nimi piętrzyły się misy z pieczonymi jabłkami, kandyzowane orzechy połyskiwały jak małe bursztyny, a dyniowe ciasta były przekładane delikatnym kremem. Pieczone mięsa i ryby, chleb na zakwasie i dojrzałe wina - wszystko wylewało się w swojej obfitości. Ojciec sprawdzał jeszcze raz ustawienie krzeseł - odruchowo, metodycznie, jakby mógł w ten sposób dopilnować, by nic więcej nie wymknęło się spod kontroli. Matka poprawiała świecznik, choć stał idealnie równo. Elfy zniknęły w kuchni, jakby wiedziały, że ich rola na ten wieczór dobiegła końca.
- Cedric! Vienne! Kolacja gotowa! - zawołała u podnóża schodów, opierając się o balustradę.