24.01.2026, 13:37 ✶
Pacnięty Hannibal schował głowę w ramiona, dziękując Matce, że pałka Jessiego została skonfiskowana (chociaż nie wierzył, żeby przyjaciel naprawdę mógł ją wykorzystać przeciwko niemu).
- Prawdziwym księżniczkom nie przystoi łowienie komplementów! - skarcił go.
A potem Jessie zagroził wskoczeniem do morza i Hannibal sam nie wiedział, co było lepsze: to, że Kelly wyrażał gotowość zmierzenia się z własnym lękiem przed wodą tylko dla przyjemności bycia uratowanym przez niego, czy wizja lepiących się do jego ciała, mokrych ubrań (którą prawie udało mu się odepchnąć sprzed oczu. Hannibal był silny, ale nie tak silny).
- Nie podpuszczam cię… - pochylił się w stronę Jessiego, ryzykując kolejny cios butelką, ale to było poświęcenie, na które było gotów - Ale nie zrobisz tego!
Gdyby sam miał wysmażyć podobny plan, zdecydowałby się raczej na jezioro na błoniach Hogwartu. To prawda, żyło tam jakieś wielkie, obdarzone mackami… coś, ale i tak szansa na utonięcie była mniejsza, niż w niespokojnych wodach Morza Północnego, które, jak się zdaje, mieli najbliżej.
Kiedy rozmowa zeszła na temat poszukiwania pracy, Selwyn w zamyśleniu podniósł butelkę do ust.
- Ministerstwo Magii brzmi nieźle, stabilne miejsce i byłbyś tam dobrze umocowany… - urwał, z odrobiną niesmaku uświadomiwszy sobie, że rozważa nieznośnie praktyczne aspekty sprawy, niczym własny ojciec. Przeklęty Everett widocznie zawsze musiał mieć rację, nawet teraz, kiedy dzieliło ich ponad pięćset mil.
Nie, żeby Hannibal uważał “plecy” w miejscu pracy za coś złego. Sam przecież korzystał z protekcji ojca, choć oczywiste było, że jego własny talent również wystarczyłby, żeby zapewnić mu błyskotliwą karierę. Wierzył w to, że i Jessie potrafiłby zbudować świetlaną przyszłość własnymi rękami, ale po pierwsze, jako półkrwi czarodziejowi, na pewno byłoby mu trudniej, a po drugie… tak po prostu działał świat.
Jessie położył się na ławce, a Hannibal oparł wolną rękę za sobą i odchylił się w tył. Przypomniał sobie, jak sam dwa lata temu był tak wściekły na ojca, że w jego głowie zrodził się plan ucieczki z cyrkiem Bellów. Westchnął. Może Jessie miał rację, chcąc budować coś swojego. Może, paradoksalnie, jego pochodzenie było zaletą w tym przedsięwzięciu?...
Powrócił wzrokiem do przyjaciela. Teraz patrzył na niego z góry.
Masz gotowe życzenie?
Był pewien swoich życzeń. Tak przynajmniej myślał.
Chciałbym być największym aktorem mojego pokolenia. Chciałbym przerosnąć mojego ojca. Chciałbym, żeby mój pobyt we Francji był wspaniałą przygodą.
Chciałbym…
Hannibal przygryzł wargę, nagle uderzony świadomością, że być może ostatni raz siedzą na Wieży Astronomicznej (i to naprawdę tragiczne, że pierwszy raz jest zarazem ostatnim), być może ostatni raz zaliczyli szlaban (co byłoby zbyt piękne, by być prawdziwym, ale zawsze była taka możliwość), że wkrótce zdadzą ostatnie egzaminy i ostatni raz będą pakowali się do powrotu do domu. Że w lipcu pozostawi Londyn, Electrę i Hestię, i Jessiego, wyjedzie i to na pewno będzie super, ale rok to kupa czasu i kiedy wróci, wszystko może wyglądać inaczej. Dotknął koniuszkami palców rozsypanych na ławce włosów Jessiego, ostrożnie i lekko, tak, żeby drugi chłopak tego nie poczuł. Samolubny gest zrodzony z potrzeby kontaktu i całkiem nietypowej dla Selwyna desperacji wobec faktu, że oto coś się kończyło, powoli, ale nieubłaganie.
Zamrugał i pokiwał twierdząco głową.
- Mam - powiedział cicho, nie poświęcając gwiazdom nawet spojrzenia.