24.01.2026, 19:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.01.2026, 19:12 przez Brenna Longbottom.)
Jedną różdżkę Victoria znalazła bez trudu, wyrwaną zaklęciem Brenny, ale musiała trochę nagimnastykować się – i przy okazji ubrudzić oraz znaleźć parę innych rzeczy, jakie mężczyźni czasem upychali pod swoimi łóżkami – żeby zgarnąć drugą, która potoczyła się po posłanie. Jeden z ujętych, ten który bił się z Brenną, spoglądał na nią z podłogi, w milczeniu, wbijając tylko w kobietę spojrzenie chłodnych oczu, jakby chciał dobrze wyryć sobie ją w pamięci.
A drugi, strącony z parapetu na podłogę, gdy zatrzaskiwała ramę, wciąż zamieniony w kokonik i dodatkowo skuty przez Lestrange, wciąż wyśpiewywał obelgi.
Brenna obróciła się do Victorii i odruchowo starła wierzchem dłoni krew z policzka.
– Nie walnęli cię niczym? – upewniła się jeszcze, bo wprawdzie wydawało się jej, że żaden czar nie poleciał ku Lestrange, a i taboret nie sięgnął celu, ale w walce łatwo było przegapić pojedyncze zaklęcie. Zwłaszcza że przez chwilę kotłowali się z kłusownikiem, i wtedy mogło coś się stać. – Apollo, uważaj na tego z ciemnymi włosami, leży przy klatce. Pasuje mi do rysopisu jednej osoby, co do której wychodziło z zeznań, że może być powiązana i on jest zdecydowanie nieprzyjemnym osobnikiem – rzuciła ku Brygadziście, cicho, aby przypadkiem któryś z aresztowanych jej nie dosłyszał, zanim ruszyła w stronę Victorii. Zajrzała jeszcze do pokoju, zgarnąć z powrotem swoją różdżkę, by ruszyć w stronę, którą wskazywała Victoria.
– Czekaj, tu może być jeszcze jakaś pułapka… – mruknęła, przykucając przy schodach i zabierając się za obmacywanie ściany, bo według notatnika taka miała się tu znajdować.
Czy wpadnę do dołu?
Problem polegał na tym, że Brenna nie znała się na pułapkach.
Pewnie gdyby po prostu radośnie ruszyła schodami w dół, skończyłoby się to gorzej, zwłaszcza jeśli obie by w tę wpadły i się ze sobą zderzyły. Ale w tej chwili pod jej dłonią coś kliknęło, i schody zapadły się, a Brenna poleciała w dół, by upaść na ziemię. Odruchowo zdążyła ustawić rękę tak, by przycisnąć do siebie różdżkę i jej nie połamać.
Zabolało, nabiła sobie trochę siniaków, ale nie było tak źle, a w bladym blasku różdżki dostrzegła...
- Vika! Są tu w klatkach! - zawołała, dostrzegając trzy pisklaki, zamknięte w solidnych, prawdopodobnie zaklętych klatkach, trochę większych i porządniejszych niż te leżące na dziedzińcu. W pomieszczeniu cuchnęło siarką, krwią i zepsutym mięsem, którym prawdopodobnie karmiono zwierzaki.
A drugi, strącony z parapetu na podłogę, gdy zatrzaskiwała ramę, wciąż zamieniony w kokonik i dodatkowo skuty przez Lestrange, wciąż wyśpiewywał obelgi.
Brenna obróciła się do Victorii i odruchowo starła wierzchem dłoni krew z policzka.
– Nie walnęli cię niczym? – upewniła się jeszcze, bo wprawdzie wydawało się jej, że żaden czar nie poleciał ku Lestrange, a i taboret nie sięgnął celu, ale w walce łatwo było przegapić pojedyncze zaklęcie. Zwłaszcza że przez chwilę kotłowali się z kłusownikiem, i wtedy mogło coś się stać. – Apollo, uważaj na tego z ciemnymi włosami, leży przy klatce. Pasuje mi do rysopisu jednej osoby, co do której wychodziło z zeznań, że może być powiązana i on jest zdecydowanie nieprzyjemnym osobnikiem – rzuciła ku Brygadziście, cicho, aby przypadkiem któryś z aresztowanych jej nie dosłyszał, zanim ruszyła w stronę Victorii. Zajrzała jeszcze do pokoju, zgarnąć z powrotem swoją różdżkę, by ruszyć w stronę, którą wskazywała Victoria.
– Czekaj, tu może być jeszcze jakaś pułapka… – mruknęła, przykucając przy schodach i zabierając się za obmacywanie ściany, bo według notatnika taka miała się tu znajdować.
Czy wpadnę do dołu?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Tak
Problem polegał na tym, że Brenna nie znała się na pułapkach.
Pewnie gdyby po prostu radośnie ruszyła schodami w dół, skończyłoby się to gorzej, zwłaszcza jeśli obie by w tę wpadły i się ze sobą zderzyły. Ale w tej chwili pod jej dłonią coś kliknęło, i schody zapadły się, a Brenna poleciała w dół, by upaść na ziemię. Odruchowo zdążyła ustawić rękę tak, by przycisnąć do siebie różdżkę i jej nie połamać.
Zabolało, nabiła sobie trochę siniaków, ale nie było tak źle, a w bladym blasku różdżki dostrzegła...
- Vika! Są tu w klatkach! - zawołała, dostrzegając trzy pisklaki, zamknięte w solidnych, prawdopodobnie zaklętych klatkach, trochę większych i porządniejszych niż te leżące na dziedzińcu. W pomieszczeniu cuchnęło siarką, krwią i zepsutym mięsem, którym prawdopodobnie karmiono zwierzaki.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.