24.01.2026, 19:58 ✶
Cathal był z natury człowiekiem podejrzliwym, łatwo wietrzącym złe intencje. Nie do końca podobało się mu to, że pan Binns unika odpowiedzi na pytania dotyczące położenia tej posiadłości, mówiący pies ani to, że obaj z Woodym trafili tu dziwnym przypadkiem, gdy udawali się w przeciwnych kierunkach. Dziewczęta wyglądały nieszkodliwie – a jedna w nich wbijała w Cathala zachwycone spojrzenie, jakby pierwszy raz od dawna widziała mężczyznę, a przynajmniej takiego, który nie miał na karku pięćdziesięciu jesieni i nie wyglądał odstraszająco – ale to o niczym nie świadczyło.
– Na imię mi Cathal. Jak daleko od Londynu się znajdujemy? – spytał więc, wbijając w gospodarza czujne spojrzenie. Usiadł wprawdzie, zajmując miejsce obok Woody’ego, ale tam samo jak właściciel Rejwachu, nie sięgnął po żadną z podsuniętych mu potraw.
– Jakieś jeden i pół godziny, jeżeli użyć szybkiej miotły – oświadczyła Flosie, uśmiechając się do niego z rozmarzeniem. – Nie poczęstują się panowie?
– Jestem ledwo po kolacji – skłamał Cathal, przy okazji odpowiadając na pytanie zadane mu przez Woodyego. Na niego zwrócił spojrzenie bardzo jasnych oczu i przez moment przypatrywał się po prostu mężczyźnie: żaden mięsień na twarzy ani mu nie drgnął, a on odezwał się po chwili nieco dłuższej niż zrobiłby to pewnie jakiś normalny człowiek na jego miejscu. Mówił półgębkiem, cicho, i komunikat ograniczając do minimum. – Sprawdzę i zabezpieczę pokój – oświadczył, nie chcąc, by tamci cokolwiek usłyszeli. Nie wiedział jeszcze, co to zabezpieczenie miało oznaczać: może uda się mu postawić jakąś pieczęć bądź runę, może rzuci zaklęcia, może przesunie mebel pod drzwi. Tak naprawdę miał zamiar spróbować też nie zasypiać, pechowo jednak tej nocy pochłonęła go praca i nie był pewny, czy sen ostatecznie go nie zmorzy.
A pożegnanie się i ruszenie w drogę ku Londynowi nie wchodziło w grę, jeśli faktycznie jakieś półtora godziny miała zająć podróż miotłą, to piechotą szedłby ze cztery albo i pięć – zależnie co Flosie rozumiała przez szybką miotłę (sądząc po staroświeckich szatach i wystroju, które Cathal jako historyk szybko zauważył, mogło to być jeden cztery godziny). Deszcz zaś uderzał o szyby i nawet gdzieś na zewnątrz błysnęło, ulewa zamieniała się więc w burzę.
Ich gospodarze byli weseli i rozgadani, skłonni do żartów, choć trafiła się im dwójka ponurych i małomównych gości. Potem dwie siostry zaprowadziły ich na górę, do pokoi, których ściany ozdabiały jedwabne tapety, z porządnymi łóżkami w staroświeckim stylu, i plecionymi dywanikami przysłaniającymi na podłogę, i życzyły wędrowcom dobrej nocy.
Shafiq jednak zdjął tylko buty i przemoczone spodnie, by je wysuszyć, i nie zasnął szybko. Czuwał jeszcze dobre trzy godziny, nasłuchując dźwięków starego domu, ubrał się, kiedy ubranie nieco wyschło, a później… później wreszcie pokonał go sen.
*
Obudził go śmiech.
Mógł być jeszcze częścią dziwnego snu, o podziemnych korytarzach i duchach, mógł być śmiechem ich gospodarza, a mógł być złośliwym chichotem rozradowanego czymś Slytherina. W każdym razie Cathal obudził się, a potem poczuł na twarzy coś mokrego: i gdy uniósł powieki zobaczył nad sobą niebo.
W dachu, pod którym spał, znajdowała się niewielka dziura. Pościel, w której leżał, okazała się zgniła. W pokoju unosił się nieprzyjemny zapach pleśni, a on sam był przemarznięty go kości.
Choroba często ułatwiała mu codziennie funkcjonowanie, ale w chwilach takich jak ta natychmiast przechodził w stan czuwania, wietrząc zagrożenie. Poderwał się z łóżka, i już z różdżką w ręku założył buty, a potem wyszedł na korytarz. Bez pośpiechu. Czujnie się rozglądając i nasłuchując.
– Na imię mi Cathal. Jak daleko od Londynu się znajdujemy? – spytał więc, wbijając w gospodarza czujne spojrzenie. Usiadł wprawdzie, zajmując miejsce obok Woody’ego, ale tam samo jak właściciel Rejwachu, nie sięgnął po żadną z podsuniętych mu potraw.
– Jakieś jeden i pół godziny, jeżeli użyć szybkiej miotły – oświadczyła Flosie, uśmiechając się do niego z rozmarzeniem. – Nie poczęstują się panowie?
– Jestem ledwo po kolacji – skłamał Cathal, przy okazji odpowiadając na pytanie zadane mu przez Woodyego. Na niego zwrócił spojrzenie bardzo jasnych oczu i przez moment przypatrywał się po prostu mężczyźnie: żaden mięsień na twarzy ani mu nie drgnął, a on odezwał się po chwili nieco dłuższej niż zrobiłby to pewnie jakiś normalny człowiek na jego miejscu. Mówił półgębkiem, cicho, i komunikat ograniczając do minimum. – Sprawdzę i zabezpieczę pokój – oświadczył, nie chcąc, by tamci cokolwiek usłyszeli. Nie wiedział jeszcze, co to zabezpieczenie miało oznaczać: może uda się mu postawić jakąś pieczęć bądź runę, może rzuci zaklęcia, może przesunie mebel pod drzwi. Tak naprawdę miał zamiar spróbować też nie zasypiać, pechowo jednak tej nocy pochłonęła go praca i nie był pewny, czy sen ostatecznie go nie zmorzy.
A pożegnanie się i ruszenie w drogę ku Londynowi nie wchodziło w grę, jeśli faktycznie jakieś półtora godziny miała zająć podróż miotłą, to piechotą szedłby ze cztery albo i pięć – zależnie co Flosie rozumiała przez szybką miotłę (sądząc po staroświeckich szatach i wystroju, które Cathal jako historyk szybko zauważył, mogło to być jeden cztery godziny). Deszcz zaś uderzał o szyby i nawet gdzieś na zewnątrz błysnęło, ulewa zamieniała się więc w burzę.
Ich gospodarze byli weseli i rozgadani, skłonni do żartów, choć trafiła się im dwójka ponurych i małomównych gości. Potem dwie siostry zaprowadziły ich na górę, do pokoi, których ściany ozdabiały jedwabne tapety, z porządnymi łóżkami w staroświeckim stylu, i plecionymi dywanikami przysłaniającymi na podłogę, i życzyły wędrowcom dobrej nocy.
Shafiq jednak zdjął tylko buty i przemoczone spodnie, by je wysuszyć, i nie zasnął szybko. Czuwał jeszcze dobre trzy godziny, nasłuchując dźwięków starego domu, ubrał się, kiedy ubranie nieco wyschło, a później… później wreszcie pokonał go sen.
*
Obudził go śmiech.
Mógł być jeszcze częścią dziwnego snu, o podziemnych korytarzach i duchach, mógł być śmiechem ich gospodarza, a mógł być złośliwym chichotem rozradowanego czymś Slytherina. W każdym razie Cathal obudził się, a potem poczuł na twarzy coś mokrego: i gdy uniósł powieki zobaczył nad sobą niebo.
W dachu, pod którym spał, znajdowała się niewielka dziura. Pościel, w której leżał, okazała się zgniła. W pokoju unosił się nieprzyjemny zapach pleśni, a on sam był przemarznięty go kości.
Choroba często ułatwiała mu codziennie funkcjonowanie, ale w chwilach takich jak ta natychmiast przechodził w stan czuwania, wietrząc zagrożenie. Poderwał się z łóżka, i już z różdżką w ręku założył buty, a potem wyszedł na korytarz. Bez pośpiechu. Czujnie się rozglądając i nasłuchując.