25.01.2026, 14:45 ✶
– Pewnie, że żyję! I to świetne życie, znalazłyśmy smoki i mamy czarnoksiężnika! – odkrzyknęła Brenna, takim tonem, jakby była bliska śmiechu. Może uderzyła się dzisiaj jednak w tę głowę trochę za mocno.
Odczołgała się kawałek, by Victoria nie skoczyła prosto na nią, a potem wstała wreszcie. Odruchowo przyjęła od Lestrange flakonik, w pierwszej chwili niepewna, co to takiego, ale później wypiła dwa łyki: nie była pewna, jaką dawką przyjąć, zwłaszcza z jej metabolizmem, ale zawsze mogło to przynajmniej powstrzymać krwawienie z niewielkie rany i siniaki przestaną dawać się tak we znaki.
– Dzięki – odparła, przez chwilę przypatrując się pisklakom. Ponieważ z magicznymi stworzeniami miała mniej doświadczenia niż Victoria, to gdy ta ruszyła bliżej smocząt, ona uniosła różdżkę, obracając się wokół własnej osi i starając oświetlić każdy kąt pomieszczenia, by upewnić się, że nie kryją się w nim żadne niespodzianki. Podeszła do jednej ze ścian i skrzywiła się, widząc kajdany, które do niej przytwierdzono i raczej nie tysiąc lat temu, a w ostatnich tygodniach. Zajrzała do przejścia, które zdawało się wieść do dalszej części podziemi, ale gdy przyświecała tam różdżką, widziała tylko pusty korytarz, pękające ściany, i częściowo zawalony sufit.
– Sądzisz, że możemy wylewitować klatki i je stąd zabrać czy razem z technikami trzeba ściągnąć tutaj też specjalistę, żeby je zbadał, zanim ruszymy? – spytała, obracając się wreszcie ku Lestrange, gdy uznała, że to chyba koniec niespodzianek na dziś i nie wyskoczy na nią żaden smok. – Tak sobie myślę, że walijskie bardzo trudno przegapić, więc spróbuje się chwilę poobserwować, czy matka dalej wraca do tej jaskini… a jeżeli nie, to załatwię z Moną Rowle. Pracowała w rezerwacje, teraz robi w Ministerstwie, kocha zwierzaki, na pewno z nią się ogarnie albo umieszczenie ich u Rowlów, albo transport do Rumunii…
Może nawet by się ucieszyli, bo pewnie tego gatunku tam nie hodowali, a coś się Brennie obijało w głowie, że chyba tam znajdował się największy znany rezerwat.
– Wolę nie myśleć, co tu planowali…
Smocza łuska była cenna. Podobnie jak smocze serca, z jednego powstawał rdzeń do wielu różdżek. Krew miała wiele zastosowań. Być może planowali poczekać aż młode dorosną i trzymać je tutaj jako stałe źródło krwi i tych łusek, i Brenna po raz kolejny myśląc o tym, uznała, że cieszy się, że jest wegetarianką.
Machnęła różdżką, próbując wyczarować dla nich schody, by mogły bez przeszkód dostać się na górę. Musieli kogoś tu ściągnąć, bo mieli sporo pomieszczeń do sprawdzenia, zwierząt do zabrania i podejrzanych do przesłuchania oraz wsadzenia do aresztu.
Odczołgała się kawałek, by Victoria nie skoczyła prosto na nią, a potem wstała wreszcie. Odruchowo przyjęła od Lestrange flakonik, w pierwszej chwili niepewna, co to takiego, ale później wypiła dwa łyki: nie była pewna, jaką dawką przyjąć, zwłaszcza z jej metabolizmem, ale zawsze mogło to przynajmniej powstrzymać krwawienie z niewielkie rany i siniaki przestaną dawać się tak we znaki.
– Dzięki – odparła, przez chwilę przypatrując się pisklakom. Ponieważ z magicznymi stworzeniami miała mniej doświadczenia niż Victoria, to gdy ta ruszyła bliżej smocząt, ona uniosła różdżkę, obracając się wokół własnej osi i starając oświetlić każdy kąt pomieszczenia, by upewnić się, że nie kryją się w nim żadne niespodzianki. Podeszła do jednej ze ścian i skrzywiła się, widząc kajdany, które do niej przytwierdzono i raczej nie tysiąc lat temu, a w ostatnich tygodniach. Zajrzała do przejścia, które zdawało się wieść do dalszej części podziemi, ale gdy przyświecała tam różdżką, widziała tylko pusty korytarz, pękające ściany, i częściowo zawalony sufit.
– Sądzisz, że możemy wylewitować klatki i je stąd zabrać czy razem z technikami trzeba ściągnąć tutaj też specjalistę, żeby je zbadał, zanim ruszymy? – spytała, obracając się wreszcie ku Lestrange, gdy uznała, że to chyba koniec niespodzianek na dziś i nie wyskoczy na nią żaden smok. – Tak sobie myślę, że walijskie bardzo trudno przegapić, więc spróbuje się chwilę poobserwować, czy matka dalej wraca do tej jaskini… a jeżeli nie, to załatwię z Moną Rowle. Pracowała w rezerwacje, teraz robi w Ministerstwie, kocha zwierzaki, na pewno z nią się ogarnie albo umieszczenie ich u Rowlów, albo transport do Rumunii…
Może nawet by się ucieszyli, bo pewnie tego gatunku tam nie hodowali, a coś się Brennie obijało w głowie, że chyba tam znajdował się największy znany rezerwat.
– Wolę nie myśleć, co tu planowali…
Smocza łuska była cenna. Podobnie jak smocze serca, z jednego powstawał rdzeń do wielu różdżek. Krew miała wiele zastosowań. Być może planowali poczekać aż młode dorosną i trzymać je tutaj jako stałe źródło krwi i tych łusek, i Brenna po raz kolejny myśląc o tym, uznała, że cieszy się, że jest wegetarianką.
Machnęła różdżką, próbując wyczarować dla nich schody, by mogły bez przeszkód dostać się na górę. Musieli kogoś tu ściągnąć, bo mieli sporo pomieszczeń do sprawdzenia, zwierząt do zabrania i podejrzanych do przesłuchania oraz wsadzenia do aresztu.
Rzut W 1d100 - 14
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut W 1d100 - 84
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.