25.01.2026, 18:16 ✶
Wysłuchawszy krótkiej historii, a raczej streszczenia na temat rzekomej dziewczynki, Mathilda pokiwała delikatnie głową w widocznej zadumie
-Dzieci nie znikają tak nagle, tak po prostu - zauważyła coś, co była pewna, zauważyła również autorka historii - przynajmniej nie takie zwykłe... - prawdą było, że dzieci posiadały jakiś nieznany dorosłym dar do teleportacji i niekiedy wystarczyło odwrócić od nich wzrok, aby te zniknęły, zaszyły się gdzieś za rogiem, aczkolwiek te nie znikały na tyle daleko aby przepaść jak kamień w wodzie. Szczególnie na odludziu, gdzie nie było budynków i miastowego gwaru pośród którego dane by było stopić się z pozostałymi. W dodatku w przedstawionej przez kobietę wersji to dziecko same do niej przyszło, co więcej wyrażało strach samotnym powrotem, a więc nagłe zniknięcie tym bardziej nie miało sensu.
Zerknęła na Artemisa, gdy z ust nowopoznanej wymknęło się powitanie. Niepewne, aczkolwiek nie było w nim obrzydzenia, a to niewątpliwie ucieszyło właścicielkę węża.
Uścisk dłoni kobieta miała pewny, mocny, a to jasno mówiło o tym, że za urokliwą buzią kryła się prawdziwa siła charakteru, nawet jeśli ta zdawała się niezwykle życzliwa - w końcu jedno drugiego nigdy nie wykluczało.
Brenna... - Smakowała jej imienia dłuższą chwilę. Imię bardzo ładne, o znaczeniach tak wielu, że ciężko było zdecydować się które zaważyło o jego wybraniu, o ile któreś zaważyło, bo może zwyczajnie te upodobali sobie jej rodzice. A jednak Quirrell miała wrażenie, że imię to idealnie pasuje do nowej towarzyszki, mimo iż w swoich wnioskach kierowała się jedynie domysłami. Może gdyby stara Nasturcja nie przyniosła dnia pewnego wielkiej księgi imion, zaśmiecając już i tak wypchaną pamięć Quirrell o nowe, mało użyteczne w życiu informacje, to temat imienia nie obijałby się teraz tak intensywnie po jej głowie.
Mieszka pani w pobliżu? - drgnęła niespokojnie, gdyż te pytanie, mimo bycia zdawało się niewinnym było doprawdy zawstydzające. W końcu powód przybycia tutaj, jak teraz o tym myślała, był godny pożałowania.
Westchnęła cicho, zbierając się do odpowiedzi, nieco zażenowana całą sytuacją
-Nieee... nie mieszkam nigdzie w okolicy... - wyznała, a na jej usta wpłynął nieco zawstydzony uśmiech, w końcu przyszła godzina do zwierzeń, aby to nie wyszła na nawiedzoną, chociaż zastanawiała się czy wyznanie prawdy nie było gorszym scenariuszem.
-Bo widzi Pani, Pani Breniu... - zaczęła niepewnie, nie gubiąc zażenowanego uśmiechu - miałam się z kimś spotkać, ta osoba wybrała ów miejsce... Co prawda adres wiele mi nie mówił, toteż namówiona przez starą znajomą postanowiłam przyjść i... Oh jak wielkie było moje zdziwienie... - westchnęła żałośnie, jeszcze raz rozglądając się po posiadłości.
Tylko proszę się nie przestraszyć, użyję animagii –-a na ostatnie słowo Mathilda niemalże zachłysnęła się gwałtownie pobranym powietrzem.
-Jest Pani również animagiem?! - zakrzyknęła szeptem, a jej ślepia, mimo nocnego mroku, zdawały się zalśnić żarliwie, zaś policzki nabrać wypieków. Na jej twarzy objawiło się wręcz podekscytowanie, jakoby Quirrell właśnie spoglądała na co najmniej swoją bratnią duszę. I chociaż była to nad wyraz przesadna reakcja i wiedziała, że powinna ciut przystopować swoje ataki entuzjazmu, to jednak nie często dane jej było spotkać drugiego animaga. Ci wszak nie chodzą i nie głoszą na lewo i prawo, że takimi są. One sama również tak nie głosiła, być może temu los poskąpił jej takowych znajomości lub też wiedzy.
I kimże mogła być kobieta? Sarenką? Zajączkiem? Bo przecie twarz miała anielską, zdawałoby się niewinną, chociaż w jej spojrzeniu - oj w jej spojrzeniu, mimo że pogodnym, tańcowała iskierka. I ta iskierka wprawiała w zakłopotanie myśli, bo w tej iskierce kryła się zaciętość i hart ducha jakiego pozazdrościłby niejeden mężczyzna, który z takowego winien słynąć. A i uścisk dłoni tak pewny. Więc czym?
Zastanawiała się chwilę, potem drugą, niestety nie wymyśliła absolutnie nic, stwierdzając, że na przeciw niej stoi wielka zagadka.
-Proszę się nie krępować - wyznała radośnie. Ah, chciała zobaczyć czymże jest ta, która właśnie stała przed nią, już nie tak obca jak chwilę temu, już nie nieznajoma, wszak imiona swoje już znały.
-Dzieci nie znikają tak nagle, tak po prostu - zauważyła coś, co była pewna, zauważyła również autorka historii - przynajmniej nie takie zwykłe... - prawdą było, że dzieci posiadały jakiś nieznany dorosłym dar do teleportacji i niekiedy wystarczyło odwrócić od nich wzrok, aby te zniknęły, zaszyły się gdzieś za rogiem, aczkolwiek te nie znikały na tyle daleko aby przepaść jak kamień w wodzie. Szczególnie na odludziu, gdzie nie było budynków i miastowego gwaru pośród którego dane by było stopić się z pozostałymi. W dodatku w przedstawionej przez kobietę wersji to dziecko same do niej przyszło, co więcej wyrażało strach samotnym powrotem, a więc nagłe zniknięcie tym bardziej nie miało sensu.
Zerknęła na Artemisa, gdy z ust nowopoznanej wymknęło się powitanie. Niepewne, aczkolwiek nie było w nim obrzydzenia, a to niewątpliwie ucieszyło właścicielkę węża.
Uścisk dłoni kobieta miała pewny, mocny, a to jasno mówiło o tym, że za urokliwą buzią kryła się prawdziwa siła charakteru, nawet jeśli ta zdawała się niezwykle życzliwa - w końcu jedno drugiego nigdy nie wykluczało.
Brenna... - Smakowała jej imienia dłuższą chwilę. Imię bardzo ładne, o znaczeniach tak wielu, że ciężko było zdecydować się które zaważyło o jego wybraniu, o ile któreś zaważyło, bo może zwyczajnie te upodobali sobie jej rodzice. A jednak Quirrell miała wrażenie, że imię to idealnie pasuje do nowej towarzyszki, mimo iż w swoich wnioskach kierowała się jedynie domysłami. Może gdyby stara Nasturcja nie przyniosła dnia pewnego wielkiej księgi imion, zaśmiecając już i tak wypchaną pamięć Quirrell o nowe, mało użyteczne w życiu informacje, to temat imienia nie obijałby się teraz tak intensywnie po jej głowie.
Mieszka pani w pobliżu? - drgnęła niespokojnie, gdyż te pytanie, mimo bycia zdawało się niewinnym było doprawdy zawstydzające. W końcu powód przybycia tutaj, jak teraz o tym myślała, był godny pożałowania.
Westchnęła cicho, zbierając się do odpowiedzi, nieco zażenowana całą sytuacją
-Nieee... nie mieszkam nigdzie w okolicy... - wyznała, a na jej usta wpłynął nieco zawstydzony uśmiech, w końcu przyszła godzina do zwierzeń, aby to nie wyszła na nawiedzoną, chociaż zastanawiała się czy wyznanie prawdy nie było gorszym scenariuszem.
-Bo widzi Pani, Pani Breniu... - zaczęła niepewnie, nie gubiąc zażenowanego uśmiechu - miałam się z kimś spotkać, ta osoba wybrała ów miejsce... Co prawda adres wiele mi nie mówił, toteż namówiona przez starą znajomą postanowiłam przyjść i... Oh jak wielkie było moje zdziwienie... - westchnęła żałośnie, jeszcze raz rozglądając się po posiadłości.
Tylko proszę się nie przestraszyć, użyję animagii –-a na ostatnie słowo Mathilda niemalże zachłysnęła się gwałtownie pobranym powietrzem.
-Jest Pani również animagiem?! - zakrzyknęła szeptem, a jej ślepia, mimo nocnego mroku, zdawały się zalśnić żarliwie, zaś policzki nabrać wypieków. Na jej twarzy objawiło się wręcz podekscytowanie, jakoby Quirrell właśnie spoglądała na co najmniej swoją bratnią duszę. I chociaż była to nad wyraz przesadna reakcja i wiedziała, że powinna ciut przystopować swoje ataki entuzjazmu, to jednak nie często dane jej było spotkać drugiego animaga. Ci wszak nie chodzą i nie głoszą na lewo i prawo, że takimi są. One sama również tak nie głosiła, być może temu los poskąpił jej takowych znajomości lub też wiedzy.
I kimże mogła być kobieta? Sarenką? Zajączkiem? Bo przecie twarz miała anielską, zdawałoby się niewinną, chociaż w jej spojrzeniu - oj w jej spojrzeniu, mimo że pogodnym, tańcowała iskierka. I ta iskierka wprawiała w zakłopotanie myśli, bo w tej iskierce kryła się zaciętość i hart ducha jakiego pozazdrościłby niejeden mężczyzna, który z takowego winien słynąć. A i uścisk dłoni tak pewny. Więc czym?
Zastanawiała się chwilę, potem drugą, niestety nie wymyśliła absolutnie nic, stwierdzając, że na przeciw niej stoi wielka zagadka.
-Proszę się nie krępować - wyznała radośnie. Ah, chciała zobaczyć czymże jest ta, która właśnie stała przed nią, już nie tak obca jak chwilę temu, już nie nieznajoma, wszak imiona swoje już znały.