25.01.2026, 18:40 ✶
„Moje miejsce, mój spokój, moja cisza” - siedziałem rozparty, z tą bezczelną pewnością ludzi, którzy przywykli, że świat usuwa im się z drogi, nawet jeśli robi to niechętnie, moje nogi zajmowały za dużo przestrzeni, ramiona też, i zdecydowanie nie zamierzałem ich cofać tylko dlatego, że ktoś postanowił sprawdzić, czy da się wejść tam, gdzie wyraźnie nie powinien. Od początku byłem przekonany, że to ja mam rację, w takich miejscach zawsze ktoś ją ma, a ja byłem najbardziej logicznym kandydatem - znalazłem się tu wcześniej, siedziałem sam, więc miałem tu pierwsze i ostatnie prawo głosu, nawet jeśli chwilowo świat poza szybą był mi obojętny i rozmyty jak wspomnienie, którego nie warto zatrzymywać.
Patrzyłem na nią długo, bez skrępowania, z chłodnym zainteresowaniem, nie z ciekawością - z oceną, jak na coś, co pojawiło się nie na swoim miejscu i jeszcze nie zdecydowałem, czy jest uciążliwe, czy tylko niepotrzebne.
- W kilka sekund? - Powtórzyłem jej pytanie z lekkim parsknięciem, kiedy przesunąłem się jeszcze odrobinę. Było to czysto instynktowne - ten świat był wąski, a ja nie miałem zamiaru się kurczyć, zwłaszcza dla osoby rozmiarów, hm, kieszonkowych. Brzmiałem jak ktoś, kto jest przyzwyczajony do bycia samemu, jak ktoś, kto uznał samotność za domyślny stan rzeczy i nauczył się go bronić drobnymi gestami, ruchem kolana, zajmowaniem przestrzeni. - Kilka sekund to sporo czasu. - Wzruszyłem ramionami, z tą nutą pewności siebie, która zwykle kończyła rozmowy, zanim się zaczną. Byłem w tym bezczelny, arogancki, jak ktoś, kto wielokrotnie przeżył momenty, w których decyzje trzeba było podejmować szybciej, niż zdążył pojawić się komfort. - Zazwyczaj w zupełności wystarczy, żeby wiedzieć, czy ktoś przeszkadza. W kilka sekund da się stwierdzić, czy warto dać mu minutę więcej. - Rzuciłem spokojnie, bez ostrości, ale z pewnością siebie - to był komunikat, całkiem prosty - „nie siadamy tu razem. To nie jest przedział do kompromisów. To nie jest podróż towarzyska”. - Reszta to detale. - Starałem się nie zwracać uwagi na to, iż brzmiało to jak wyuczona formułka, coś, co mówiłem już setki razy różnym ludziom w różnych miejscach. Nie pamiętałem żadnego z nich, ale ciało najwyraźniej pamiętało procedurę. Defensywa weszła automatycznie, jak tarcza, którą ktoś we mnie zainstalował dawno temu.
Poruszyłem się, zajmując jeszcze więcej miejsca, demonstracyjnie. Czułem się wtedy… Bezpiecznie, jak ktoś, kto kontroluje sytuację, nawet jeśli nie do końca rozumie, gdzie właściwie jest. Oparłem się wygodniej, rozsunąłem kolana jeszcze szerzej, z czystej przekory, przestrzeń była moja, cisza była moja, to zawieszenie pomiędzy czymś a niczym należało do mnie z tej prostej przyczyny, że byłem tu przed nią. Siedziałem rozparty, nogi zajmowały więcej miejsca, niż wypadało, barki miałem rozluźnione w sposób, który jasno komunikował brak zamiaru dostosowania się. To był stary odruch, terytorialny, prosty - „mój, moje, dla mnie, spadaj”, ale ona najwyraźniej w ogóle tak tego nie odbierała - popatrzyłem na nią bez wstydu, od góry do dołu, mierząc ją wzrokiem, jakby była zagadką, którą można rozwiązać w kilka sekund, nawet jeśli coś we mnie krzyczało, że to nie jest aż tak proste. „Nigdy”, to była dziwna myśl, bardzo nagła i niechciana.
- I masz rację. - Dodałem bez szczególnej uprzejmości, raczej z tym chłodnym zainteresowaniem, które zwykle poprzedza decyzję, czy coś warto zatrzymać jeszcze na wspomnianą minutę, czy lepiej usunąć z pola widzenia od razu. - Komplikuje. - Powtórzyłem po niej, jakby to było potwierdzenie mojej tezy. Zrobiłem krótką pauzę, wystarczającą, żeby dać temu wybrzmieć. - Właśnie o tym mówię. - Spojrzałem na nią spod brwi, ostro, z tym chłodnym półuśmiechem, który zwykle wyciągałem jak nóż, kiedy ktoś podchodził za blisko.
Mówiła spokojnie, za spokojnie - nie próbowała mnie przekrzyczeć, nie reagowała na zaczepki, to było nienaturalne - ludzie albo się bronią, albo uciekają, ona robiła… Nie, ona nie robiła. To nie było ani jedno, ani drugie, nie robiła nic z tych przewidywalnych rzeczy, stała prosto, jakby ten przedział był jej równie dobrze jak mój.
- Yhy. - Skwitowałem, gdy zeszliśmy na temat podróży. - Zwłaszcza kiedy jest długa. A ta… - Zerknąłem w okno, na krajobraz, który nie chciał się zdecydować, czym jest. - Zapowiada się wyjątkowo mozolnie. - To nie było zaproszenie ani jasne wyproszenie jej z przedziału, to była informacja. Mój głos wciąż był twardy, ale napięcie zaczęło się rozkładać inaczej - już nie jak mur, raczej jak bariera, która powoli traciła sens. Kiedy mówiła o normach, o tym, że razem się zmieścimy, niemal się uśmiechnąłem, prawie, to było sprytne, całkiem boleśnie trafne. Ja zawsze przekraczałem normy, ona wyglądała, jakby całe życie próbowała się w nie zmieścić, a jednocześnie nigdy do końca jej się to nie udawało. Zerknąłem na nią spod rzęs, widząc, jak próbuje wpasować się w przestrzeń, która nie chciała jej przyjąć.
- Ty nie dosięgasz normy, ale lubisz ją łamać, naginać zasady. - Kiwnąłem głową bez złośliwości. - Ja ją przekraczam, czasami redefiniuję, wedle uznania. To nie znaczy, że automatycznie się równoważymy. Świat nie działa na zasadzie kompensacji. - Rzuciłem. - Rzeczywistość nie bilansuje się tak uczciwie. - Ale już wtedy wiedziałem, że to tylko słowa, moje ciało zaczęło reagować szybciej niż myśli. - Ludzie nie bywają dla siebie tak po prostu wygodnie kompatybilni. - Nie wiedziałem, skąd we mnie to zdanie. Było stare, zużyte, jak coś, co powtarza się przez lata, aż traci się pamięć, kiedy padło po raz pierwszy. - Słuchaj - ciągnąłem, przeciągając sylaby i opierając się mocniej w siedzeniu - nie wiem, co sobie wyobrażasz, ale ja naprawdę nie mam dziś ochoty na metafizyczne więzi z nieznajomymi. Nie jestem fanem przypadkowego kontaktu. - Wzruszyłem ramionami, udając obojętność. Patrzyłem na nią spod półprzymkniętych powiek, z tym rodzajem znużonej nieprzychylności, która zwykle skutecznie zniechęcała ludzi do dalszych rozmów. - Taki kaprys. - Westchnąłem cicho, bardziej nosem niż ustami, przesunąłem stopą po podłodze, jakby wagon należał do mnie tylko dlatego, że zajmowałem w nim więcej przestrzeni niż przewidział projektant. Nie dlatego, że jej nienawidziłem, to była zwykła nieufność, raczej dlatego, że to było moje miejsce i lubiłem, kiedy świat o tym pamiętał. Patrzyłem przez chwilę w okno, na rozmyty krajobraz, który nie chciał się zdecydować, czy jest pustkowiem, wsią, miastem, snem, czy wspomnieniem - coś w tym obrazie było coraz bardziej niepokojące, chociaż nie potrafiłem powiedzieć dlaczego. Linie rozmazywały się w smugi, kolory wsiąkały w siebie jak akwarela zostawiona na deszczu, nie było twardego horyzontu, tylko ruch - ciągły, jednostajny, pozbawiony punktów odniesienia - gdyby ktoś zapytał, dokąd jedziemy, nie potrafiłbym odpowiedzieć, tu nie było „dokąd”, było tylko „dalej”.
Skinąłem głową powoli, jakby ważył się we mnie jakiś wewnętrzny werdykt. Nie wyglądała na kogoś, kto boi się wprost, raczej na kogoś, kto nauczył się żyć z permanentnym „nieswojo”. Znałem ten stan, nie trzeba było go nazywać.
- Prom. - Powtórzyłem cicho, z lekkim półuśmiechem, który pojawił się szybciej, niż bym chciał. - Jasne. W takim razie witamy na pokładzie. - W tym miejscu udawanie było właściwie jedyną walutą - zamknąłem na moment oczy, a kiedy je otworzyłem, rytm kół jakby się oddalił, nie zniknął całkiem, ale przestał dominować, zamiast niego pojawiło się lekkie kołysanie, subtelne, jakby grunt pod nami poruszał się z własnej woli, a nie dlatego, że ktoś położył tory. Za oknem krajobraz przestał być ciągłą smugą, stał się plamą światła i cienia, odbiciem czegoś, co mogło być wodą.
Zrobiłem jej miejsce, ten gest wyszedł ze mnie bez oporu, naturalnie, bez kalkulacji, jakby był zapisany głębiej niż moja aktualna niechęć. Zdziwiło mnie to - nie pamiętałem, żebym był kimś, kto ustępuje miejsca. Zresztą… To miejsce nie było dla niej, nigdy nie było, ten przedział, ta podróż, to zawieszenie pomiędzy - to była moja droga, jednokierunkowa, a ona znalazła się tu przypadkiem albo wbrew zasadom. Żywa tkanka w przestrzeni, która należała do… Czegoś innego. Ten przedział, ten ruch, to zawieszenie między dokądkolwiek a nigdzie - pociąg, prom, cokolwiek to było, kołysało się jednak dalej, akceptując decyzję, która zapadła, albo jeszcze nie dostrzegając tego, co zaburzało naturalny porządek rzeczy.
Patrzyłem na nią, gdy siadała naprzeciwko mnie, widocznie ostrożnie, zbyt prosto, z ramionami napiętymi, jakby naprawdę bała się, że przegapi moment, w którym trzeba będzie zniknąć. To też było… Znajome uczucie. Nie wspomnienie, raczej echo emocji, które zna się bez powodu.
- Wiem. - Powiedziałem ciszej, kiedy podziękowała. - I nie mówię tego, żeby było miło. - Oparłem się wygodniej, ale spojrzenia z niej nie spuściłem, była tu, a jednocześnie jakby na walizkach, gotowa w każdej chwili się zerwać, coś we mnie to poruszało, chociaż nie potrafiłem nazwać uczucia ani miejsca, skąd pochodziło.
- Nadal mam wrażenie, że nie powinnaś tu być. - Dodałem spokojnie, bez oskarżenia. Spojrzałem na okno, na tę wodną iluzję, na brak horyzontu. - Nie w sensie „nie wolno”, raczej… Nie w tym momencie. - Nie było w tym wyrzutu, bardziej konstytacja, jakby ktoś wszedł do pokoju, w którym właśnie gasło światło, i zapalił je z powrotem bez pytania. - To miejsce nie jest zbyt gościnne. - Kontynuowałem. - Ono nie lubi, kiedy ktoś zostaje za długo. A ty wyglądasz, jakbyś miała gdzie wracać. - Zerknąłem na jej dłonie, na to, jak je trzymała, jakby pilnowała samej siebie. Odruchowo poruszyłem własnymi palcami, jakbym chciał coś obrócić, poprawić, ten gest był automatyczny, nieprzemyślany, a potem nagle zatrzymałem się w połowie ruchu, marszcząc czubek nosa. „Co kurwa”.
- Hm. - To było wszystko, co powiedziałem na głos - jedna sylaba, rzucona niedbale, przykrywająca coś, co nagle zaczęło we mnie pulsować. Przesunąłem kciukiem po miejscu, gdzie powinien być bardzo określony ciężar, struktura, faktura, a była gładka skóra, pusta przestrzeń - nie podobało mi się to, nie dlatego, że czegoś brakowało, tylko dlatego, że moje ciało było absolutnie przekonane, że coś tam być powinno. To nie było przyjemne, było jak nagły przeciąg w zamkniętym pokoju, jak echo kroku w miejscu, które powinno być puste. Coś we mnie drgnęło, zanim zdążyłem to zatrzymać, nie lubiłem takich reakcji - nie lubiłem, kiedy ciało wyprzedzało myśl. Wpatrywałem się w nią bez słowa, wystarczająco długo, żeby coś we mnie drgnęło, i wystarczająco krótko, żebym zdążył to zdusić. Odsunąłem się minimalnie, ale wystarczająco, żeby było jasne - granica, linia narysowana w powietrzu - wracałem na swoje terytorium.
- Przestań tak patrzeć. - Rzuciłem ostrzej, niż planowałem. - Jakbym ci coś zabrał. - Odchyliłem głowę na oparcie. - I nie próbuj… - Urwałem, bo sam nie wiedziałem, co dokładnie chciałem powiedzieć. „Czytać mnie”? „Wchodzić mi pod skórę”? „Robić z tego czegoś więcej”? Westchnąłem krótko, przez nos, zacisnąłem szczękę. Odruchowo poruszyłem palcami dłoni, jakby czegoś szukały - pustka - to uczucie wróciło, głupie i nieuzasadnione, więc natychmiast je stłumiłem. To było… Irytujące, jak ubytek w zębie, który język sprawdza w kółko, chociaż wie, że nic się nie zmieni. Odwróciłem na moment wzrok, jakbym sprawdzał okno, chociaż krajobraz nadal był bez sensu, w rzeczywistości potrzebowałem tej sekundy, żeby uspokoić oddech - coś we mnie było zbyt czujne, gotowe do ataku albo ucieczki. Przez moment miałem wrażenie, że świat się lekko przesunął, jakby ten prom, który sobie wymyśliliśmy, naprawdę zahaczył o falę.
Uniosłem kącik ust, tym razem wyraźniej, kiedy zapytała, czy wyrzuciłbym ją za drzwi, gdyby jednak nie miała gumy - to pytanie trafiło w coś bardzo konkretnego, choć nie potrafiłem powiedzieć, w co.
- Hm - mruknąłem, udając, że się nad tym zastanawiam - to zależy - sięgnąłem wzrokiem do drzwi przedziału, potem z powrotem do niej, jakbym naprawdę rozważał logistykę takiego wyrzucania - nie. - Uśmiechnąłem się krzywo. - Co najwyżej byłbym… Rozczarowany. A to gorsze. Rozczarowanie zostaje na dłużej. Raczej bym marudził, aż wreszcie wyszłabyś sama, uznając mnie za buca. - Dodałem spokojnie, zadziwiająco lekko i szczerze. - Może bym westchnął. Albo przewrócił oczami. Ale wyrzucanie ludzi przez drzwi to jednak sporo zachodu, nawet jeśli są… Nie ukrywajmy… Całkiem poręczni. - Przez ułamek sekundy zawiesiłem się na jej spojrzeniu - brązowym, głębokim, niepokojąco znajomym - coś we mnie próbowało się obudzić, jakiś idiotyczny impuls, który chciał nazwać ją… Jakoś. Użyć jakiegoś bardzo określonego słowa, sekwencji słów, zdania, które nie brzmiałoby nielogicznie, nie byłoby defensywnym żartem, tylko czymś więcej, bliższym… „Nam.”
Pociąg kołysał się dalej, a ona już siedziała naprzeciwko mnie, zbyt pewnie jak na kogoś, kto przed chwilą pytał o pozwolenie. To już mnie nie irytowało, wręcz przeciwnie, było w tym coś… Znajomego, choć nie wiedziałem skąd. „My”, to słowo miało dziwny ciężar, niemal niemożliwy do udźwignięcia.
Kiedy wysunęła dłoń z gumą balonową, spojrzałem na nią uważnie. Przez krótką chwilę tylko na tę dłoń, otwartą, wyciągniętą w moją stronę, jak gest pokoju albo umowy zawartej bez słów. Potem podniosłem wzrok na jej twarz. Uniosłem brew na wzmiankę o lizakach porzeczkowych, ale tym razem był to gest bardziej sceptyczny niż prowokacyjny, i przez chwilę ważyłem tę obietnicę w myślach, jakby była walutą o nie do końca pewnym kursie.
- Ahaa—a. - Mruknąłem, przeciągając samogłoskę. - „Na później”. - Przechyliłem głowę, przyglądając jej się uważniej, jakby właśnie zaproponowała mi coś bardzo cennego, ale bez żadnego dowodu posiadania. - Wiesz, że to brzmi jak pusta obietnica, prawda? - Zauważyłem z lekkim, prawie niewidocznym uśmiechem. - Coś mi mówi, że tego lizaka nigdy nie zobaczę, że to taki rodzaj waluty, który zawsze „jest na później”, wiesz. Nie obraź się… Albo w sumie. Z tym ci nie ufam. - Nie było w tym oskarżenia, raczej przeczucie, ciche, niepokojąco pewne, jak wiedza, która nie pochodzi z pamięci, tylko z instynktu.
Kiedy nasze dłonie się spotkały, zareagowałem szybciej, niż zdążyłem pomyśleć - jej palce ledwie musnęły moją dłoń, kiedy podawała gumę, a ja już cofnąłem rękę gwałtownie, jakby mnie poparzyła. Odruch był brutalny, czysty, wyuczony latami zanim nauczyłem się nad nim panować, serce podeszło mi do gardła, źrenice rozszerzyły się same, powietrze zrobiło się nagle zbyt ostre. Cofnąłem dłoń gwałtownie, jakby ktoś przyłożył mi do skóry rozgrzane żelazo, moje ramiona zesztywniały, plecy same docisnęły się do oparcia, kolana zamknęły przestrzeń, którą przed chwilą jej udostępniłem. Całe ciało ustawiło się w obronnym klinie. Guma niemal wypadła mi z dłoni, złapałem ją w ostatniej chwili, ale już stałem się twardy w ramionach, w barkach, w szczęce.
- Nie. - Nie „proszę nie”, nie „hej, spokojnie”, po prostu „nie”. To było wszystko, koniec komunikatu, nie tłumaczyłem się, nie zamierzałem. Sam nie wiedziałem, skąd ten odruch, skąd ta fala niechęci, to nagłe spięcie mięśni karku, ten instynkt cofnięcia się. To był ledwie dotyk - nic, co normalnie zwróciłoby uwagę, przypadkowe zetknięcie skóry, ułamek sekundy, gest czysto techniczny, a jednak coś we mnie zareagowało szybciej niż myśl. Nie wiedziałem, czemu w jednej sekundzie zrobiło się duszno, czemu skóra na karku zapiekła mnie nieprzyjemnie, czemu nagle miałem ochotę wstać i otworzyć drzwi tylko po to, żeby mieć więcej powietrza. Wiedziałem tylko, że nie lubię przypadkowego dotyku, którego sam nie zainicjowałem, nigdy nie lubiłem, i że jej gest, chociaż miękki i ostrożny, przekroczył jakąś niewidzialną granicę. To było coś, co nie należało do tego pociągu, do tej podróży ani do niej. Coś, co zostawiło po sobie impuls biegnący wzdłuż nerwów. Coś, co nauczyło mnie bardzo wcześnie, że bliskość bywa zapowiedzią bólu. „To tylko guma”, powiedziałem sobie, chociaż to było kłamstwo - płaskie, źle dopasowane, ale trzymałem się go - przez moment słyszałem tylko cichy szum tego miejsca, tego „pomiędzy”, i własny oddech, zbyt płytki, jak na mój gust.
Rozpakowałem gumę powoli, z tą przesadną starannością, jakby był to rytuał, a nie banalna czynność - zapach uderzył mnie natychmiast, znajomy, trochę zbyt słodki, ale przyjemny - obróciłem kawałek gumy w palcach, oglądając go z uwagą, jakby był artefaktem o niejasnym pochodzeniu. Wrzuciłem ją do ust i przez chwilę po prostu żułem, patrząc gdzieś obok, na okno, na przesuwający się krajobraz. Spojrzałem w bok, przez szybę, gdzie widok nadal nie mógł się zdecydować, czy jest morzem, czy polem, czy tylko snem. Przez chwilę milczałem, żując gumę mechanicznie, jakby to miało mnie zakotwiczyć w tej wersji rzeczywistości, czymkolwiek i gdziekolwiek była. Pociąg kołysał się dalej, rytmicznie, jakby nic nie mogło go wytrącić z kursu. Na zewnątrz świat rozmywał się w barwach, które nie należały do żadnej konkretnej pory roku. Zieleń rozpływała się w jasność, jasność w coś, co przypominało mgłę nad wodą. Smak był znajomy, zbyt znajomy, przez moment miałem wrażenie, że robiłem to już tysiąc razy, w innych miejscach, z inną wersją tej samej chwili.
- Masz swoje miejsce. Ja mam swoje. Nie mieszajmy tego. - Brzmiałem znowu twardo, z dystansem, z tą nutą, która była mi jak płaszcz przeciwdeszczowy na niepogodę. Oczy zwęziły mi się odruchowo. - Już i tak za bardzo się rozgościłaś. - Oparłem się głębiej o siedzenie, krzyżując ramiona na piersi, splatając dłonie, jakbym fizycznie chciał je unieruchomić - to była klasyczna pozycja obronna, nawet jeśli nie byłem tego świadomy - przeżułem gumę wolniej, czując jej smak, zbyt wyraźny jak na miejsce, które nie powinno mieć smaków.
Odetchnąłem głęboko. Nie wiedziałem, czemu kontakt fizyczny wywołał we mnie taki skurcz - wiedziałem tylko, że nie był bezpieczny, a w miejscach takich jak to, bezpieczeństwo było jedyną walutą, jaką jeszcze uznawałem. Dotyk był… Zły, niepotrzebny, w tej przestrzeni, w tym stanie, był naruszeniem wszelkich zasad.
- Słuchaj, Mała. - Mruknąłem ciszej, ale bez miękkości. - Możesz tu siedzieć. Możesz gadać. Możesz nawet mnie przekupywać słodyczami. - Krzywiąc się półgębkiem, wzruszyłem ramionami, jakby to była błaha preferencja, coś w stylu „nie piję kawy z mlekiem, ale mogę umoczyć usta”. - Ale nie wchodź mi w przestrzeń. - Oparłem potylicę o szybę. - To jedyne, o co proszę. - To wcale nie zabrzmiało jak prośba, ale nie zamierzałem się poprawiać.
Nie powiedziałem jej, że ten jeden dotyk rozchwiał mnie bardziej, niż cała ta dziwna podróż, ale marszcząc brwi, obróciłem rękę, potem drugą, potem jeszcze raz, dokładniej, jakby światło miało mi coś wyjaśnić. Przez sekundę nie rozumiałem, czego szukam, a potem przyszło to uczucie - nie obraz, nie wspomnienie, tylko wiedza, ciężka i konkretna, to było… Złe. Nie umiałem tego nazwać, ale ciało wiedziało, ten gest był pamięcią mięśni. Uniosłem wzrok na nią powoli.
- No, świetnie. - Parsknąłem krótko, bez humoru, przesunąłem językiem po zębach, zirytowany. - Zajebiście. - Przyjrzałem się jej uważniej, już nie tylko podejrzliwie, ale z nową, ostrą kalkulacją. Niby to był krótki, niemal uprzejmy kontakt skóry ze skórą, jak przy podawaniu reszty w sklepie albo odbieraniu biletu, ale…
- Powiedz mi, Słoneczko. - Przyjrzałem jej się teraz inaczej, już nie jak intruzowi z gumą balonową, tylko jak komuś, kto nagle znalazł się na krótkiej liście podejrzanych. - Pytanie za milion. To twoja robota? „Sprytne przejęcie artefaktu”? - Spojrzałem na nią ostro, już nie z tą wcześniejszą, arogancką rozrywką, tylko z czymś znacznie mniej przyjemnym. - Nie, w sumie nie odpowiadaj. Skoro już pojawiasz się w moim przedziale, z historiami o naginaniu norm, to uznajmy, że pytanie nie jest aż tak abstrakcyjne. Bo jeśli zaraz powiesz mi, że „nie wiesz, o czym mowa”, wydymając usteczka, to oszczędź sobie tlenu. - Nie tłumaczyłem się, nie zamierzałem, powiedziałem to tak, jakbym informował o kradzieży portfela - sucho, rzeczowo, ale w środku coś się nieprzyjemnie przesunęło, to było jedno z tych „nie”, które nie potrzebują przypisów - ktoś poluzował śrubę w konstrukcji, która i tak trzymała się na słowo honoru.
- Mam umowę. Podpisaną, przypieczętowaną, jakkolwiek to tu działa. - Machnąłem niedbale dłonią, obejmując tym gestem cały ten oniryczny cyrk. Przez głowę przeleciała mi fala irytacji, gorąca i szybka - coś we mnie zawarczało, głęboko, pierwotnie - umowy, zasady, „moje znaczy moje”, to nie było coś, co się uzasadnia obcym ludziom w przedziale pociągu, który nie do końca jest pociągiem, a nie do końca promem. - To jest moje, nie muszę tego zwracać. Jeśli mają z tym problem, to nie moja sprawa. Ja swoją część zrobiłem, więc jeśli pracujesz dla Nich, albo dla kogokolwiek, kto myśli, że może mi to skonfiskować po drodze, to przekaż uprzejmie, że mogą mi possać. - Spojrzałem na nią uważnie, jak na kogoś, kto właśnie wszedł na bardzo cienki lód, i odchyliłem się z powrotem na siedzeniu. - Oddawaj. - Spojrzałem w bok, na okno, na ten rozmyty świat, który udawał krajobraz - tym razem była zima, ostra i jasna - znów zapadła cisza, gęsta i nienaturalna, prom kołysał się wyraźniej, wiał wiatr, śnieg i woda zacinały w okna, chociaż przecież nadal byliśmy w pociągu, w czymś pomiędzy, w przestrzeni, która nie lubiła, gdy ktoś dotykał jej zasad. Problem w tym, że ja też tego nie lubiłem, a tu ewidentnie mieliśmy konflikt interesów. - Masz minutę, może dwie. - Zerknąłem na swoją dłoń, na palce, na miejsce, które nagle zaczęło mnie swędzieć w sposób, którego nie umiałem zignorować. - Potem naprawdę nie będę miły. - Przechyliłem głowę, mierząc ją spojrzeniem od góry do dołu, po czym postukałem palcem w stolik między nami. - Oddawaj.
Patrzyłem na nią długo, bez skrępowania, z chłodnym zainteresowaniem, nie z ciekawością - z oceną, jak na coś, co pojawiło się nie na swoim miejscu i jeszcze nie zdecydowałem, czy jest uciążliwe, czy tylko niepotrzebne.
- W kilka sekund? - Powtórzyłem jej pytanie z lekkim parsknięciem, kiedy przesunąłem się jeszcze odrobinę. Było to czysto instynktowne - ten świat był wąski, a ja nie miałem zamiaru się kurczyć, zwłaszcza dla osoby rozmiarów, hm, kieszonkowych. Brzmiałem jak ktoś, kto jest przyzwyczajony do bycia samemu, jak ktoś, kto uznał samotność za domyślny stan rzeczy i nauczył się go bronić drobnymi gestami, ruchem kolana, zajmowaniem przestrzeni. - Kilka sekund to sporo czasu. - Wzruszyłem ramionami, z tą nutą pewności siebie, która zwykle kończyła rozmowy, zanim się zaczną. Byłem w tym bezczelny, arogancki, jak ktoś, kto wielokrotnie przeżył momenty, w których decyzje trzeba było podejmować szybciej, niż zdążył pojawić się komfort. - Zazwyczaj w zupełności wystarczy, żeby wiedzieć, czy ktoś przeszkadza. W kilka sekund da się stwierdzić, czy warto dać mu minutę więcej. - Rzuciłem spokojnie, bez ostrości, ale z pewnością siebie - to był komunikat, całkiem prosty - „nie siadamy tu razem. To nie jest przedział do kompromisów. To nie jest podróż towarzyska”. - Reszta to detale. - Starałem się nie zwracać uwagi na to, iż brzmiało to jak wyuczona formułka, coś, co mówiłem już setki razy różnym ludziom w różnych miejscach. Nie pamiętałem żadnego z nich, ale ciało najwyraźniej pamiętało procedurę. Defensywa weszła automatycznie, jak tarcza, którą ktoś we mnie zainstalował dawno temu.
Poruszyłem się, zajmując jeszcze więcej miejsca, demonstracyjnie. Czułem się wtedy… Bezpiecznie, jak ktoś, kto kontroluje sytuację, nawet jeśli nie do końca rozumie, gdzie właściwie jest. Oparłem się wygodniej, rozsunąłem kolana jeszcze szerzej, z czystej przekory, przestrzeń była moja, cisza była moja, to zawieszenie pomiędzy czymś a niczym należało do mnie z tej prostej przyczyny, że byłem tu przed nią. Siedziałem rozparty, nogi zajmowały więcej miejsca, niż wypadało, barki miałem rozluźnione w sposób, który jasno komunikował brak zamiaru dostosowania się. To był stary odruch, terytorialny, prosty - „mój, moje, dla mnie, spadaj”, ale ona najwyraźniej w ogóle tak tego nie odbierała - popatrzyłem na nią bez wstydu, od góry do dołu, mierząc ją wzrokiem, jakby była zagadką, którą można rozwiązać w kilka sekund, nawet jeśli coś we mnie krzyczało, że to nie jest aż tak proste. „Nigdy”, to była dziwna myśl, bardzo nagła i niechciana.
- I masz rację. - Dodałem bez szczególnej uprzejmości, raczej z tym chłodnym zainteresowaniem, które zwykle poprzedza decyzję, czy coś warto zatrzymać jeszcze na wspomnianą minutę, czy lepiej usunąć z pola widzenia od razu. - Komplikuje. - Powtórzyłem po niej, jakby to było potwierdzenie mojej tezy. Zrobiłem krótką pauzę, wystarczającą, żeby dać temu wybrzmieć. - Właśnie o tym mówię. - Spojrzałem na nią spod brwi, ostro, z tym chłodnym półuśmiechem, który zwykle wyciągałem jak nóż, kiedy ktoś podchodził za blisko.
Mówiła spokojnie, za spokojnie - nie próbowała mnie przekrzyczeć, nie reagowała na zaczepki, to było nienaturalne - ludzie albo się bronią, albo uciekają, ona robiła… Nie, ona nie robiła. To nie było ani jedno, ani drugie, nie robiła nic z tych przewidywalnych rzeczy, stała prosto, jakby ten przedział był jej równie dobrze jak mój.
- Yhy. - Skwitowałem, gdy zeszliśmy na temat podróży. - Zwłaszcza kiedy jest długa. A ta… - Zerknąłem w okno, na krajobraz, który nie chciał się zdecydować, czym jest. - Zapowiada się wyjątkowo mozolnie. - To nie było zaproszenie ani jasne wyproszenie jej z przedziału, to była informacja. Mój głos wciąż był twardy, ale napięcie zaczęło się rozkładać inaczej - już nie jak mur, raczej jak bariera, która powoli traciła sens. Kiedy mówiła o normach, o tym, że razem się zmieścimy, niemal się uśmiechnąłem, prawie, to było sprytne, całkiem boleśnie trafne. Ja zawsze przekraczałem normy, ona wyglądała, jakby całe życie próbowała się w nie zmieścić, a jednocześnie nigdy do końca jej się to nie udawało. Zerknąłem na nią spod rzęs, widząc, jak próbuje wpasować się w przestrzeń, która nie chciała jej przyjąć.
- Ty nie dosięgasz normy, ale lubisz ją łamać, naginać zasady. - Kiwnąłem głową bez złośliwości. - Ja ją przekraczam, czasami redefiniuję, wedle uznania. To nie znaczy, że automatycznie się równoważymy. Świat nie działa na zasadzie kompensacji. - Rzuciłem. - Rzeczywistość nie bilansuje się tak uczciwie. - Ale już wtedy wiedziałem, że to tylko słowa, moje ciało zaczęło reagować szybciej niż myśli. - Ludzie nie bywają dla siebie tak po prostu wygodnie kompatybilni. - Nie wiedziałem, skąd we mnie to zdanie. Było stare, zużyte, jak coś, co powtarza się przez lata, aż traci się pamięć, kiedy padło po raz pierwszy. - Słuchaj - ciągnąłem, przeciągając sylaby i opierając się mocniej w siedzeniu - nie wiem, co sobie wyobrażasz, ale ja naprawdę nie mam dziś ochoty na metafizyczne więzi z nieznajomymi. Nie jestem fanem przypadkowego kontaktu. - Wzruszyłem ramionami, udając obojętność. Patrzyłem na nią spod półprzymkniętych powiek, z tym rodzajem znużonej nieprzychylności, która zwykle skutecznie zniechęcała ludzi do dalszych rozmów. - Taki kaprys. - Westchnąłem cicho, bardziej nosem niż ustami, przesunąłem stopą po podłodze, jakby wagon należał do mnie tylko dlatego, że zajmowałem w nim więcej przestrzeni niż przewidział projektant. Nie dlatego, że jej nienawidziłem, to była zwykła nieufność, raczej dlatego, że to było moje miejsce i lubiłem, kiedy świat o tym pamiętał. Patrzyłem przez chwilę w okno, na rozmyty krajobraz, który nie chciał się zdecydować, czy jest pustkowiem, wsią, miastem, snem, czy wspomnieniem - coś w tym obrazie było coraz bardziej niepokojące, chociaż nie potrafiłem powiedzieć dlaczego. Linie rozmazywały się w smugi, kolory wsiąkały w siebie jak akwarela zostawiona na deszczu, nie było twardego horyzontu, tylko ruch - ciągły, jednostajny, pozbawiony punktów odniesienia - gdyby ktoś zapytał, dokąd jedziemy, nie potrafiłbym odpowiedzieć, tu nie było „dokąd”, było tylko „dalej”.
Skinąłem głową powoli, jakby ważył się we mnie jakiś wewnętrzny werdykt. Nie wyglądała na kogoś, kto boi się wprost, raczej na kogoś, kto nauczył się żyć z permanentnym „nieswojo”. Znałem ten stan, nie trzeba było go nazywać.
- Prom. - Powtórzyłem cicho, z lekkim półuśmiechem, który pojawił się szybciej, niż bym chciał. - Jasne. W takim razie witamy na pokładzie. - W tym miejscu udawanie było właściwie jedyną walutą - zamknąłem na moment oczy, a kiedy je otworzyłem, rytm kół jakby się oddalił, nie zniknął całkiem, ale przestał dominować, zamiast niego pojawiło się lekkie kołysanie, subtelne, jakby grunt pod nami poruszał się z własnej woli, a nie dlatego, że ktoś położył tory. Za oknem krajobraz przestał być ciągłą smugą, stał się plamą światła i cienia, odbiciem czegoś, co mogło być wodą.
Zrobiłem jej miejsce, ten gest wyszedł ze mnie bez oporu, naturalnie, bez kalkulacji, jakby był zapisany głębiej niż moja aktualna niechęć. Zdziwiło mnie to - nie pamiętałem, żebym był kimś, kto ustępuje miejsca. Zresztą… To miejsce nie było dla niej, nigdy nie było, ten przedział, ta podróż, to zawieszenie pomiędzy - to była moja droga, jednokierunkowa, a ona znalazła się tu przypadkiem albo wbrew zasadom. Żywa tkanka w przestrzeni, która należała do… Czegoś innego. Ten przedział, ten ruch, to zawieszenie między dokądkolwiek a nigdzie - pociąg, prom, cokolwiek to było, kołysało się jednak dalej, akceptując decyzję, która zapadła, albo jeszcze nie dostrzegając tego, co zaburzało naturalny porządek rzeczy.
Patrzyłem na nią, gdy siadała naprzeciwko mnie, widocznie ostrożnie, zbyt prosto, z ramionami napiętymi, jakby naprawdę bała się, że przegapi moment, w którym trzeba będzie zniknąć. To też było… Znajome uczucie. Nie wspomnienie, raczej echo emocji, które zna się bez powodu.
- Wiem. - Powiedziałem ciszej, kiedy podziękowała. - I nie mówię tego, żeby było miło. - Oparłem się wygodniej, ale spojrzenia z niej nie spuściłem, była tu, a jednocześnie jakby na walizkach, gotowa w każdej chwili się zerwać, coś we mnie to poruszało, chociaż nie potrafiłem nazwać uczucia ani miejsca, skąd pochodziło.
- Nadal mam wrażenie, że nie powinnaś tu być. - Dodałem spokojnie, bez oskarżenia. Spojrzałem na okno, na tę wodną iluzję, na brak horyzontu. - Nie w sensie „nie wolno”, raczej… Nie w tym momencie. - Nie było w tym wyrzutu, bardziej konstytacja, jakby ktoś wszedł do pokoju, w którym właśnie gasło światło, i zapalił je z powrotem bez pytania. - To miejsce nie jest zbyt gościnne. - Kontynuowałem. - Ono nie lubi, kiedy ktoś zostaje za długo. A ty wyglądasz, jakbyś miała gdzie wracać. - Zerknąłem na jej dłonie, na to, jak je trzymała, jakby pilnowała samej siebie. Odruchowo poruszyłem własnymi palcami, jakbym chciał coś obrócić, poprawić, ten gest był automatyczny, nieprzemyślany, a potem nagle zatrzymałem się w połowie ruchu, marszcząc czubek nosa. „Co kurwa”.
- Hm. - To było wszystko, co powiedziałem na głos - jedna sylaba, rzucona niedbale, przykrywająca coś, co nagle zaczęło we mnie pulsować. Przesunąłem kciukiem po miejscu, gdzie powinien być bardzo określony ciężar, struktura, faktura, a była gładka skóra, pusta przestrzeń - nie podobało mi się to, nie dlatego, że czegoś brakowało, tylko dlatego, że moje ciało było absolutnie przekonane, że coś tam być powinno. To nie było przyjemne, było jak nagły przeciąg w zamkniętym pokoju, jak echo kroku w miejscu, które powinno być puste. Coś we mnie drgnęło, zanim zdążyłem to zatrzymać, nie lubiłem takich reakcji - nie lubiłem, kiedy ciało wyprzedzało myśl. Wpatrywałem się w nią bez słowa, wystarczająco długo, żeby coś we mnie drgnęło, i wystarczająco krótko, żebym zdążył to zdusić. Odsunąłem się minimalnie, ale wystarczająco, żeby było jasne - granica, linia narysowana w powietrzu - wracałem na swoje terytorium.
- Przestań tak patrzeć. - Rzuciłem ostrzej, niż planowałem. - Jakbym ci coś zabrał. - Odchyliłem głowę na oparcie. - I nie próbuj… - Urwałem, bo sam nie wiedziałem, co dokładnie chciałem powiedzieć. „Czytać mnie”? „Wchodzić mi pod skórę”? „Robić z tego czegoś więcej”? Westchnąłem krótko, przez nos, zacisnąłem szczękę. Odruchowo poruszyłem palcami dłoni, jakby czegoś szukały - pustka - to uczucie wróciło, głupie i nieuzasadnione, więc natychmiast je stłumiłem. To było… Irytujące, jak ubytek w zębie, który język sprawdza w kółko, chociaż wie, że nic się nie zmieni. Odwróciłem na moment wzrok, jakbym sprawdzał okno, chociaż krajobraz nadal był bez sensu, w rzeczywistości potrzebowałem tej sekundy, żeby uspokoić oddech - coś we mnie było zbyt czujne, gotowe do ataku albo ucieczki. Przez moment miałem wrażenie, że świat się lekko przesunął, jakby ten prom, który sobie wymyśliliśmy, naprawdę zahaczył o falę.
Uniosłem kącik ust, tym razem wyraźniej, kiedy zapytała, czy wyrzuciłbym ją za drzwi, gdyby jednak nie miała gumy - to pytanie trafiło w coś bardzo konkretnego, choć nie potrafiłem powiedzieć, w co.
- Hm - mruknąłem, udając, że się nad tym zastanawiam - to zależy - sięgnąłem wzrokiem do drzwi przedziału, potem z powrotem do niej, jakbym naprawdę rozważał logistykę takiego wyrzucania - nie. - Uśmiechnąłem się krzywo. - Co najwyżej byłbym… Rozczarowany. A to gorsze. Rozczarowanie zostaje na dłużej. Raczej bym marudził, aż wreszcie wyszłabyś sama, uznając mnie za buca. - Dodałem spokojnie, zadziwiająco lekko i szczerze. - Może bym westchnął. Albo przewrócił oczami. Ale wyrzucanie ludzi przez drzwi to jednak sporo zachodu, nawet jeśli są… Nie ukrywajmy… Całkiem poręczni. - Przez ułamek sekundy zawiesiłem się na jej spojrzeniu - brązowym, głębokim, niepokojąco znajomym - coś we mnie próbowało się obudzić, jakiś idiotyczny impuls, który chciał nazwać ją… Jakoś. Użyć jakiegoś bardzo określonego słowa, sekwencji słów, zdania, które nie brzmiałoby nielogicznie, nie byłoby defensywnym żartem, tylko czymś więcej, bliższym… „Nam.”
Pociąg kołysał się dalej, a ona już siedziała naprzeciwko mnie, zbyt pewnie jak na kogoś, kto przed chwilą pytał o pozwolenie. To już mnie nie irytowało, wręcz przeciwnie, było w tym coś… Znajomego, choć nie wiedziałem skąd. „My”, to słowo miało dziwny ciężar, niemal niemożliwy do udźwignięcia.
Kiedy wysunęła dłoń z gumą balonową, spojrzałem na nią uważnie. Przez krótką chwilę tylko na tę dłoń, otwartą, wyciągniętą w moją stronę, jak gest pokoju albo umowy zawartej bez słów. Potem podniosłem wzrok na jej twarz. Uniosłem brew na wzmiankę o lizakach porzeczkowych, ale tym razem był to gest bardziej sceptyczny niż prowokacyjny, i przez chwilę ważyłem tę obietnicę w myślach, jakby była walutą o nie do końca pewnym kursie.
- Ahaa—a. - Mruknąłem, przeciągając samogłoskę. - „Na później”. - Przechyliłem głowę, przyglądając jej się uważniej, jakby właśnie zaproponowała mi coś bardzo cennego, ale bez żadnego dowodu posiadania. - Wiesz, że to brzmi jak pusta obietnica, prawda? - Zauważyłem z lekkim, prawie niewidocznym uśmiechem. - Coś mi mówi, że tego lizaka nigdy nie zobaczę, że to taki rodzaj waluty, który zawsze „jest na później”, wiesz. Nie obraź się… Albo w sumie. Z tym ci nie ufam. - Nie było w tym oskarżenia, raczej przeczucie, ciche, niepokojąco pewne, jak wiedza, która nie pochodzi z pamięci, tylko z instynktu.
Kiedy nasze dłonie się spotkały, zareagowałem szybciej, niż zdążyłem pomyśleć - jej palce ledwie musnęły moją dłoń, kiedy podawała gumę, a ja już cofnąłem rękę gwałtownie, jakby mnie poparzyła. Odruch był brutalny, czysty, wyuczony latami zanim nauczyłem się nad nim panować, serce podeszło mi do gardła, źrenice rozszerzyły się same, powietrze zrobiło się nagle zbyt ostre. Cofnąłem dłoń gwałtownie, jakby ktoś przyłożył mi do skóry rozgrzane żelazo, moje ramiona zesztywniały, plecy same docisnęły się do oparcia, kolana zamknęły przestrzeń, którą przed chwilą jej udostępniłem. Całe ciało ustawiło się w obronnym klinie. Guma niemal wypadła mi z dłoni, złapałem ją w ostatniej chwili, ale już stałem się twardy w ramionach, w barkach, w szczęce.
- Nie. - Nie „proszę nie”, nie „hej, spokojnie”, po prostu „nie”. To było wszystko, koniec komunikatu, nie tłumaczyłem się, nie zamierzałem. Sam nie wiedziałem, skąd ten odruch, skąd ta fala niechęci, to nagłe spięcie mięśni karku, ten instynkt cofnięcia się. To był ledwie dotyk - nic, co normalnie zwróciłoby uwagę, przypadkowe zetknięcie skóry, ułamek sekundy, gest czysto techniczny, a jednak coś we mnie zareagowało szybciej niż myśl. Nie wiedziałem, czemu w jednej sekundzie zrobiło się duszno, czemu skóra na karku zapiekła mnie nieprzyjemnie, czemu nagle miałem ochotę wstać i otworzyć drzwi tylko po to, żeby mieć więcej powietrza. Wiedziałem tylko, że nie lubię przypadkowego dotyku, którego sam nie zainicjowałem, nigdy nie lubiłem, i że jej gest, chociaż miękki i ostrożny, przekroczył jakąś niewidzialną granicę. To było coś, co nie należało do tego pociągu, do tej podróży ani do niej. Coś, co zostawiło po sobie impuls biegnący wzdłuż nerwów. Coś, co nauczyło mnie bardzo wcześnie, że bliskość bywa zapowiedzią bólu. „To tylko guma”, powiedziałem sobie, chociaż to było kłamstwo - płaskie, źle dopasowane, ale trzymałem się go - przez moment słyszałem tylko cichy szum tego miejsca, tego „pomiędzy”, i własny oddech, zbyt płytki, jak na mój gust.
Rozpakowałem gumę powoli, z tą przesadną starannością, jakby był to rytuał, a nie banalna czynność - zapach uderzył mnie natychmiast, znajomy, trochę zbyt słodki, ale przyjemny - obróciłem kawałek gumy w palcach, oglądając go z uwagą, jakby był artefaktem o niejasnym pochodzeniu. Wrzuciłem ją do ust i przez chwilę po prostu żułem, patrząc gdzieś obok, na okno, na przesuwający się krajobraz. Spojrzałem w bok, przez szybę, gdzie widok nadal nie mógł się zdecydować, czy jest morzem, czy polem, czy tylko snem. Przez chwilę milczałem, żując gumę mechanicznie, jakby to miało mnie zakotwiczyć w tej wersji rzeczywistości, czymkolwiek i gdziekolwiek była. Pociąg kołysał się dalej, rytmicznie, jakby nic nie mogło go wytrącić z kursu. Na zewnątrz świat rozmywał się w barwach, które nie należały do żadnej konkretnej pory roku. Zieleń rozpływała się w jasność, jasność w coś, co przypominało mgłę nad wodą. Smak był znajomy, zbyt znajomy, przez moment miałem wrażenie, że robiłem to już tysiąc razy, w innych miejscach, z inną wersją tej samej chwili.
- Masz swoje miejsce. Ja mam swoje. Nie mieszajmy tego. - Brzmiałem znowu twardo, z dystansem, z tą nutą, która była mi jak płaszcz przeciwdeszczowy na niepogodę. Oczy zwęziły mi się odruchowo. - Już i tak za bardzo się rozgościłaś. - Oparłem się głębiej o siedzenie, krzyżując ramiona na piersi, splatając dłonie, jakbym fizycznie chciał je unieruchomić - to była klasyczna pozycja obronna, nawet jeśli nie byłem tego świadomy - przeżułem gumę wolniej, czując jej smak, zbyt wyraźny jak na miejsce, które nie powinno mieć smaków.
Odetchnąłem głęboko. Nie wiedziałem, czemu kontakt fizyczny wywołał we mnie taki skurcz - wiedziałem tylko, że nie był bezpieczny, a w miejscach takich jak to, bezpieczeństwo było jedyną walutą, jaką jeszcze uznawałem. Dotyk był… Zły, niepotrzebny, w tej przestrzeni, w tym stanie, był naruszeniem wszelkich zasad.
- Słuchaj, Mała. - Mruknąłem ciszej, ale bez miękkości. - Możesz tu siedzieć. Możesz gadać. Możesz nawet mnie przekupywać słodyczami. - Krzywiąc się półgębkiem, wzruszyłem ramionami, jakby to była błaha preferencja, coś w stylu „nie piję kawy z mlekiem, ale mogę umoczyć usta”. - Ale nie wchodź mi w przestrzeń. - Oparłem potylicę o szybę. - To jedyne, o co proszę. - To wcale nie zabrzmiało jak prośba, ale nie zamierzałem się poprawiać.
Nie powiedziałem jej, że ten jeden dotyk rozchwiał mnie bardziej, niż cała ta dziwna podróż, ale marszcząc brwi, obróciłem rękę, potem drugą, potem jeszcze raz, dokładniej, jakby światło miało mi coś wyjaśnić. Przez sekundę nie rozumiałem, czego szukam, a potem przyszło to uczucie - nie obraz, nie wspomnienie, tylko wiedza, ciężka i konkretna, to było… Złe. Nie umiałem tego nazwać, ale ciało wiedziało, ten gest był pamięcią mięśni. Uniosłem wzrok na nią powoli.
- No, świetnie. - Parsknąłem krótko, bez humoru, przesunąłem językiem po zębach, zirytowany. - Zajebiście. - Przyjrzałem się jej uważniej, już nie tylko podejrzliwie, ale z nową, ostrą kalkulacją. Niby to był krótki, niemal uprzejmy kontakt skóry ze skórą, jak przy podawaniu reszty w sklepie albo odbieraniu biletu, ale…
- Powiedz mi, Słoneczko. - Przyjrzałem jej się teraz inaczej, już nie jak intruzowi z gumą balonową, tylko jak komuś, kto nagle znalazł się na krótkiej liście podejrzanych. - Pytanie za milion. To twoja robota? „Sprytne przejęcie artefaktu”? - Spojrzałem na nią ostro, już nie z tą wcześniejszą, arogancką rozrywką, tylko z czymś znacznie mniej przyjemnym. - Nie, w sumie nie odpowiadaj. Skoro już pojawiasz się w moim przedziale, z historiami o naginaniu norm, to uznajmy, że pytanie nie jest aż tak abstrakcyjne. Bo jeśli zaraz powiesz mi, że „nie wiesz, o czym mowa”, wydymając usteczka, to oszczędź sobie tlenu. - Nie tłumaczyłem się, nie zamierzałem, powiedziałem to tak, jakbym informował o kradzieży portfela - sucho, rzeczowo, ale w środku coś się nieprzyjemnie przesunęło, to było jedno z tych „nie”, które nie potrzebują przypisów - ktoś poluzował śrubę w konstrukcji, która i tak trzymała się na słowo honoru.
- Mam umowę. Podpisaną, przypieczętowaną, jakkolwiek to tu działa. - Machnąłem niedbale dłonią, obejmując tym gestem cały ten oniryczny cyrk. Przez głowę przeleciała mi fala irytacji, gorąca i szybka - coś we mnie zawarczało, głęboko, pierwotnie - umowy, zasady, „moje znaczy moje”, to nie było coś, co się uzasadnia obcym ludziom w przedziale pociągu, który nie do końca jest pociągiem, a nie do końca promem. - To jest moje, nie muszę tego zwracać. Jeśli mają z tym problem, to nie moja sprawa. Ja swoją część zrobiłem, więc jeśli pracujesz dla Nich, albo dla kogokolwiek, kto myśli, że może mi to skonfiskować po drodze, to przekaż uprzejmie, że mogą mi possać. - Spojrzałem na nią uważnie, jak na kogoś, kto właśnie wszedł na bardzo cienki lód, i odchyliłem się z powrotem na siedzeniu. - Oddawaj. - Spojrzałem w bok, na okno, na ten rozmyty świat, który udawał krajobraz - tym razem była zima, ostra i jasna - znów zapadła cisza, gęsta i nienaturalna, prom kołysał się wyraźniej, wiał wiatr, śnieg i woda zacinały w okna, chociaż przecież nadal byliśmy w pociągu, w czymś pomiędzy, w przestrzeni, która nie lubiła, gdy ktoś dotykał jej zasad. Problem w tym, że ja też tego nie lubiłem, a tu ewidentnie mieliśmy konflikt interesów. - Masz minutę, może dwie. - Zerknąłem na swoją dłoń, na palce, na miejsce, które nagle zaczęło mnie swędzieć w sposób, którego nie umiałem zignorować. - Potem naprawdę nie będę miły. - Przechyliłem głowę, mierząc ją spojrzeniem od góry do dołu, po czym postukałem palcem w stolik między nami. - Oddawaj.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)