25.01.2026, 21:12 ✶
– Mogła niby wbiec w krzaki, dzieliły nas akurat od tego miejsca, pomyślałam, że tu pobiegła… ale już przez chwilę zastanawiałam się czy nie była duchem. I nie, nie zdziwię się, jeśli zostanę uznana za wariatkę – odparła pogodnie, jakby ani trochę nie przejmowała się, że Mathilda uzna ją za szaloną. W gruncie rzeczy naprawdę by się tym nie przejęła, chociaż nie chciała tej dziewczyny niepotrzebnie straszyć. Ale mimo całej tej pogody, martwiła się trochę o Fionę.
Niezależnie od tego, czy była wciąż żywa czy już martwa. Zdawała się… zagubiona.
Duchy też zasługiwały na to, by znaleźć drogę do domu… albo na tę drugą stronę, gdzie z błękitnego ognia sięgnie ku nim znajoma ręka.
I między innymi dlatego, gdy odsunęła się od Mathildy, rozglądała się bacznie, w poszukiwaniu śladów, które mogłaby pozostawić mała dziewczynka albo jakichś oznak świadczących o obecności duchów.
– Tutaj? O wow – zdumiała się, spoglądając znowu ku dziewczynie, gdy ta wyjaśniła, że ktoś zaprosił ją na spotkanie. Po prawdzie sama Brenna… no, mogłaby kogoś tutaj ściągnąć. Uznać że to świetne miejsce do zwiedzania na przykład albo że mogą zrobić tu ładne zdjęcia, ewentualnie że dziedziniec jest idealnym polem do fechtunku (to zresztą sobie zapamiętała, bo dziedziniec dworku Cape naprawdę świetnie nadawał się do tego celu, musiała sprowadzić tutaj brata) albo wymyśliłaby jeszcze jakiś inny, dziki powód. Ale jednocześnie pozostawała świadoma, że jednak ludzie rzadko wyznaczali takie miejsce na spotkania, zwłaszcza w środku nocy. – Rozumiem, że ta osoba się nie pojawiła, czy dopiero czekasz? Jak będę się rozglądać za Fioną, to przy okazji się zobaczy czy jest tu ktoś jeszcze, ale tak sobie myślę, że takie spotkanie to mógł być… chyba trochę nieprzyjemny żart. A, Brenna wystarczy – rzuciła, odrobinę rozbawiona tą panią Brenią. Dziewczyna była urocza: w pewnym sensie przypominała jej chyba trochę Dorę, może nie do końca w wyglądzie, ale w pewnej nieśmiałości w zachowaniu, i po prostu budziła instynkty opiekuńcze. I Brenna miała nadzieję że to ot był żart, a nie że ktoś miał jakieś niecne plany i nie wychodził z kryjówki, bo Mathilda nie była tutaj sama.
Jeżeli czekał ukryty w jakimś kącie, to miała zamiar go wywęszyć, skopać mu tyłek i poszukać pretekstu do aresztowania przynajmniej na dwadzieścia cztery.
– Też? – podchwyciła, uśmiechając się lekko. Najwyraźniej niepotrzebnie się martwiła, że przestraszy Mathildę, skoro wyglądało na to, że była animagiem, a zdaniem Brenny każdy, kto utrzymał ten cholerny liść pod językiem przez miesiąc, by dopełnić przemiany, zasługiwał na najwyższe uznanie. Przy okazji upewniła się, że dziewczyna jest młoda, bo Brenna nie kojarzyła imienia z rejestrów animagów, a ten studiowała jakiś czas temu pilnie, gdy sama robiła przymiarki do zarejestrowania się. No, chyba że panienka była niezarejestrowana, ale pewnie wtedy by nie przyznawała się do tego tak radośnie? (Nie żeby Brenna zamierzała od razu biec i to zgłaszać. Może w teorii powinna, ale o ile niektórych rzeczy za nic nie przepuszczała, na inne czasem potrafiła przymknąć trochę oka. Sama w rejestrach była, więc chociaż nie przechwalała się na prawo i lewo, to gdy wychodziło jej, że przemiana pomoże… zmieniała się. W pracy ta umiejętność naprawdę ułatwiała jej mnóstwo rzeczy i uważała, że jest chyba obok widmowidzenia jej największym, jeśli nie jednym z zaledwie dwóch atutów.) – Dzięki – rzuciła tylko, choć odsunęła się jeszcze dalej, a potem zmieniła. W jednej chwili w ruinach stała młoda kobieta, w kolejnej: wilczyca o ciemnym umaszczeniu. I Brenna zaczęła kręcić się w pobliżu wejścia, a potem przy schodach wiodących na dziedziniec, usiłując wychwycić zapachy ludzi inne niż te swoje i Mathildy. Czy była tu Fiona? Albo człowiek, który zaprosił tę dziewczynę na to dziwne spotkanie późną porą w ruinach dworku Cape?
Niezależnie od tego, czy była wciąż żywa czy już martwa. Zdawała się… zagubiona.
Duchy też zasługiwały na to, by znaleźć drogę do domu… albo na tę drugą stronę, gdzie z błękitnego ognia sięgnie ku nim znajoma ręka.
I między innymi dlatego, gdy odsunęła się od Mathildy, rozglądała się bacznie, w poszukiwaniu śladów, które mogłaby pozostawić mała dziewczynka albo jakichś oznak świadczących o obecności duchów.
– Tutaj? O wow – zdumiała się, spoglądając znowu ku dziewczynie, gdy ta wyjaśniła, że ktoś zaprosił ją na spotkanie. Po prawdzie sama Brenna… no, mogłaby kogoś tutaj ściągnąć. Uznać że to świetne miejsce do zwiedzania na przykład albo że mogą zrobić tu ładne zdjęcia, ewentualnie że dziedziniec jest idealnym polem do fechtunku (to zresztą sobie zapamiętała, bo dziedziniec dworku Cape naprawdę świetnie nadawał się do tego celu, musiała sprowadzić tutaj brata) albo wymyśliłaby jeszcze jakiś inny, dziki powód. Ale jednocześnie pozostawała świadoma, że jednak ludzie rzadko wyznaczali takie miejsce na spotkania, zwłaszcza w środku nocy. – Rozumiem, że ta osoba się nie pojawiła, czy dopiero czekasz? Jak będę się rozglądać za Fioną, to przy okazji się zobaczy czy jest tu ktoś jeszcze, ale tak sobie myślę, że takie spotkanie to mógł być… chyba trochę nieprzyjemny żart. A, Brenna wystarczy – rzuciła, odrobinę rozbawiona tą panią Brenią. Dziewczyna była urocza: w pewnym sensie przypominała jej chyba trochę Dorę, może nie do końca w wyglądzie, ale w pewnej nieśmiałości w zachowaniu, i po prostu budziła instynkty opiekuńcze. I Brenna miała nadzieję że to ot był żart, a nie że ktoś miał jakieś niecne plany i nie wychodził z kryjówki, bo Mathilda nie była tutaj sama.
Jeżeli czekał ukryty w jakimś kącie, to miała zamiar go wywęszyć, skopać mu tyłek i poszukać pretekstu do aresztowania przynajmniej na dwadzieścia cztery.
– Też? – podchwyciła, uśmiechając się lekko. Najwyraźniej niepotrzebnie się martwiła, że przestraszy Mathildę, skoro wyglądało na to, że była animagiem, a zdaniem Brenny każdy, kto utrzymał ten cholerny liść pod językiem przez miesiąc, by dopełnić przemiany, zasługiwał na najwyższe uznanie. Przy okazji upewniła się, że dziewczyna jest młoda, bo Brenna nie kojarzyła imienia z rejestrów animagów, a ten studiowała jakiś czas temu pilnie, gdy sama robiła przymiarki do zarejestrowania się. No, chyba że panienka była niezarejestrowana, ale pewnie wtedy by nie przyznawała się do tego tak radośnie? (Nie żeby Brenna zamierzała od razu biec i to zgłaszać. Może w teorii powinna, ale o ile niektórych rzeczy za nic nie przepuszczała, na inne czasem potrafiła przymknąć trochę oka. Sama w rejestrach była, więc chociaż nie przechwalała się na prawo i lewo, to gdy wychodziło jej, że przemiana pomoże… zmieniała się. W pracy ta umiejętność naprawdę ułatwiała jej mnóstwo rzeczy i uważała, że jest chyba obok widmowidzenia jej największym, jeśli nie jednym z zaledwie dwóch atutów.) – Dzięki – rzuciła tylko, choć odsunęła się jeszcze dalej, a potem zmieniła. W jednej chwili w ruinach stała młoda kobieta, w kolejnej: wilczyca o ciemnym umaszczeniu. I Brenna zaczęła kręcić się w pobliżu wejścia, a potem przy schodach wiodących na dziedziniec, usiłując wychwycić zapachy ludzi inne niż te swoje i Mathildy. Czy była tu Fiona? Albo człowiek, który zaprosił tę dziewczynę na to dziwne spotkanie późną porą w ruinach dworku Cape?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.