26.01.2026, 11:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.01.2026, 11:02 przez Bard Beedle.)
Mówi się, że patrząc w ciemność trzeba być gotowym, że ona spojrzy w ciebie. Ale czy ktoś kiedykolwiek słyszał, żeby ciemność miała wielkie zielone ślepia, którymi nigdy praktycznie nie mrugała? No nie. A jednak Frida wpatrywała się w obcego jak sroka w gnat, dalej analizując czy to nie przypadkiem jeden z tych co zżera małe ghoulki. Nawet kiedy mama kucnęła, ghoulka chętnie oplotła ramieniem jej szyję, to jednak wzrok miała wciąż utkwiony w nieznajomego.
Nieznajomy szybko jednak dostał imię. Anthony. A-N-T-H-O-N-Y. Nie była pewna czy potrafiłaby napisać jego imię, bo było w nim strasznie dużo strasznie trudnych literek. Takie “H” na przykład. Niby jak “N” ale jednak inaczej. Pan Tony brzmiało w jej przekonaniu dużo lepiej. O wiele prościej.
Ustawiona na ławce, trzymała mocno mamę za rękę. Nawet odwróciła na moment głowę, żeby spojrzeć na tatę, który… gdzieś jej zniknął. Och. O nie. O nie! Wydęła usteczka w smutną podkówkę, wtulając się nieco bardziej w mamę. Ale zanim zdążyła się rozpłakać - pan Tony się zbliżył.
Nie do końca była przekonana czy jej się podoba, że jest tak blisko, ale nie pachniał wcale brzydko, więc się nie odsunęła. No i się uśmiechał, więc nie mógł być bardzo źli. Frida wychodziła z założenia, że tacy bardzo źli ludzie się nie uśmiechają. I są brzydcy. Ale to musiała być prawda, bo mama zawsze powtarzała, że jak Frida wystawia komuś język to jej się strasznie buzia krzywi i że jej kiedyś tak zostanie. Dlatego starała się zostawiać wystawianie języka i granie na nosie na specjalne okazje.
Spojrzała na galeona. Potem na pana Tony’ego. Znów na galeona. Na mamę. Na jej twarzy pojawił się wyraz szczerego zachwytu.
Pan Tony musiał być czarodziejem. Ale nie takim nudnym jak mama i tata pff. Tylko innym. Takim jakiego kiedyś widziała w kolorowance. Tamten pan czarodziej wyciągał królika z kapelusza i w ogóle! Ale pan czarodziej miał pelerynę w gwiazdki, no i ten kapelusz… Pan Tony takiego nie miał. Musiał więc być kiepskim czarodziejem. Ale nie szkodzi. Frida też po głębszym zastanowieniu się uznałaby, że też by nie potrafiła.
Aż złapała się za uszko. Nie ma takiego wyciągania pieniążków, nie nie!
Ale przynajmniej zapomniała już, że zgubiła gdzieś tatę.
Oczywiście, że znała historię o gąsce co znosiła złote jajka. Była w takiej wielkiej książce z bajkami, którą czase, czytała jej mama. Co prawda z początku w ogóle nie wiedziała czym jest ta cała “gąska” ale niedawno mama zabrała ją na wieś i tam były gąski. I był też las, w którym szkieleciki wisiały na drzewach, a wiatr majtał nimi w jedną i drugą stronę. Huśtali się na sznurkach jak Frida na huśtawce, którą naprawili specjalnie dla niej! No i tam była gąska i robiła tak GĘ GĘ GĘ GĘ, strasznie głośno i biegała w kółku zupełnie jakby była czymś strasznie zeźlona! A potem uciekła i nawet nie złożyła złotego jajka! Niesprawiedliwe. Chociaż potem tą gąskę rozcięli i zrobili z niej obiad. Miała nadzieję, że pan Tony nie wymyślił takiej bzdury. Frida nie miała w sobie żadnych złotych jajek. Takich niezłotych też nie miała.
Wzięła do rączki galeona i dygnęła, dokładnie tak jak ją uczyła mama. Nieme “dziękuję”, bo dziewczynka choć zdawała się być żywym srebrem, była wyjątkowo cicha.
Oglądała przez moment złoty pieniążek po czym bezceremonialnie wepchnęła go do koszyczka. Za taki pieniążek na pewno można było kupić dużo cukierków. Biedna Frida nie do końca rozumiała jak działa sektor finansowy Wielkiej Brytanii, ale rozumiała, że za takie dwa małe brązowe pieniążki można było kupić jedną lodową myszkę, a za 3 garstkę fasolek wszystkich smaków w sklepiku nieopodal. Frida najbardziej lubiła te niebieskie, ale istniała duża szansa, że będą smakować jak pasta do zębów. Albo te o smaku jabłuszka, ale te to w ogóle były zdradliwe, bo to był też smak gila z nosa. Więc Frida zawsze dawała je najpierw tacie do ugryzienia tak troszkę ociupinkę i jak się skrzywił to mógł zjeść całą. Ghoulka nie gustowała w gilach. Nawet tych własnych. Czasem podejrzewała, że pani Pieterowa specjalnie wybiera tylko te niesmaczne, ale biedna Frida nie mogła się jej przypatrzeć - nie sięgała nawet do kontuaru.
Więc gdy mama wysyłała ją na zakupy (takie nieduże, bo Frida nie mogła dźwigać za dużo, chyba że był z nią taki jej kolega Fred, to mama dawała im całą długaśną listę. Fred mógł taszczyć ciężkie siatki), dziewczynka musiała stawać na palcach, żeby w ogóle dać radę położyć kartkę i wyliczone pieniądze na ladzie.
Nie wiedziała ile lodowych myszek kupi za złotego pieniążka, ale miała przeczucie, że dużo. I będzie miała najwięcej na całej dzielni i będzie królową myszek i och jakie to było wspaniałe!
Przypomniała sobie co mama mówiła o dzieleniu się i westchnęła bezgłośnie. No dobrze, podzieli się myszkami z kolegami, ale po jednej! Nie można dać się orżnąć jak to tata czasem mówił. Ale tego pana co dał jej pieniążka to nie znała, więc jak mogłaby mu dać taką lodową myszkę? No nijak. Westchnęła jeszcze ciężej, starając się być dzielną i nie robić nieszczęśliwej miny (nie udało się), kiedy wyciągała wymiętolonego karmelka z koszyczka i wręczała go Anthony’emu.
Nieznajomy szybko jednak dostał imię. Anthony. A-N-T-H-O-N-Y. Nie była pewna czy potrafiłaby napisać jego imię, bo było w nim strasznie dużo strasznie trudnych literek. Takie “H” na przykład. Niby jak “N” ale jednak inaczej. Pan Tony brzmiało w jej przekonaniu dużo lepiej. O wiele prościej.
Ustawiona na ławce, trzymała mocno mamę za rękę. Nawet odwróciła na moment głowę, żeby spojrzeć na tatę, który… gdzieś jej zniknął. Och. O nie. O nie! Wydęła usteczka w smutną podkówkę, wtulając się nieco bardziej w mamę. Ale zanim zdążyła się rozpłakać - pan Tony się zbliżył.
Nie do końca była przekonana czy jej się podoba, że jest tak blisko, ale nie pachniał wcale brzydko, więc się nie odsunęła. No i się uśmiechał, więc nie mógł być bardzo źli. Frida wychodziła z założenia, że tacy bardzo źli ludzie się nie uśmiechają. I są brzydcy. Ale to musiała być prawda, bo mama zawsze powtarzała, że jak Frida wystawia komuś język to jej się strasznie buzia krzywi i że jej kiedyś tak zostanie. Dlatego starała się zostawiać wystawianie języka i granie na nosie na specjalne okazje.
Spojrzała na galeona. Potem na pana Tony’ego. Znów na galeona. Na mamę. Na jej twarzy pojawił się wyraz szczerego zachwytu.
Pan Tony musiał być czarodziejem. Ale nie takim nudnym jak mama i tata pff. Tylko innym. Takim jakiego kiedyś widziała w kolorowance. Tamten pan czarodziej wyciągał królika z kapelusza i w ogóle! Ale pan czarodziej miał pelerynę w gwiazdki, no i ten kapelusz… Pan Tony takiego nie miał. Musiał więc być kiepskim czarodziejem. Ale nie szkodzi. Frida też po głębszym zastanowieniu się uznałaby, że też by nie potrafiła.
Aż złapała się za uszko. Nie ma takiego wyciągania pieniążków, nie nie!
Ale przynajmniej zapomniała już, że zgubiła gdzieś tatę.
Oczywiście, że znała historię o gąsce co znosiła złote jajka. Była w takiej wielkiej książce z bajkami, którą czase, czytała jej mama. Co prawda z początku w ogóle nie wiedziała czym jest ta cała “gąska” ale niedawno mama zabrała ją na wieś i tam były gąski. I był też las, w którym szkieleciki wisiały na drzewach, a wiatr majtał nimi w jedną i drugą stronę. Huśtali się na sznurkach jak Frida na huśtawce, którą naprawili specjalnie dla niej! No i tam była gąska i robiła tak GĘ GĘ GĘ GĘ, strasznie głośno i biegała w kółku zupełnie jakby była czymś strasznie zeźlona! A potem uciekła i nawet nie złożyła złotego jajka! Niesprawiedliwe. Chociaż potem tą gąskę rozcięli i zrobili z niej obiad. Miała nadzieję, że pan Tony nie wymyślił takiej bzdury. Frida nie miała w sobie żadnych złotych jajek. Takich niezłotych też nie miała.
Wzięła do rączki galeona i dygnęła, dokładnie tak jak ją uczyła mama. Nieme “dziękuję”, bo dziewczynka choć zdawała się być żywym srebrem, była wyjątkowo cicha.
Oglądała przez moment złoty pieniążek po czym bezceremonialnie wepchnęła go do koszyczka. Za taki pieniążek na pewno można było kupić dużo cukierków. Biedna Frida nie do końca rozumiała jak działa sektor finansowy Wielkiej Brytanii, ale rozumiała, że za takie dwa małe brązowe pieniążki można było kupić jedną lodową myszkę, a za 3 garstkę fasolek wszystkich smaków w sklepiku nieopodal. Frida najbardziej lubiła te niebieskie, ale istniała duża szansa, że będą smakować jak pasta do zębów. Albo te o smaku jabłuszka, ale te to w ogóle były zdradliwe, bo to był też smak gila z nosa. Więc Frida zawsze dawała je najpierw tacie do ugryzienia tak troszkę ociupinkę i jak się skrzywił to mógł zjeść całą. Ghoulka nie gustowała w gilach. Nawet tych własnych. Czasem podejrzewała, że pani Pieterowa specjalnie wybiera tylko te niesmaczne, ale biedna Frida nie mogła się jej przypatrzeć - nie sięgała nawet do kontuaru.
Więc gdy mama wysyłała ją na zakupy (takie nieduże, bo Frida nie mogła dźwigać za dużo, chyba że był z nią taki jej kolega Fred, to mama dawała im całą długaśną listę. Fred mógł taszczyć ciężkie siatki), dziewczynka musiała stawać na palcach, żeby w ogóle dać radę położyć kartkę i wyliczone pieniądze na ladzie.
Nie wiedziała ile lodowych myszek kupi za złotego pieniążka, ale miała przeczucie, że dużo. I będzie miała najwięcej na całej dzielni i będzie królową myszek i och jakie to było wspaniałe!
Przypomniała sobie co mama mówiła o dzieleniu się i westchnęła bezgłośnie. No dobrze, podzieli się myszkami z kolegami, ale po jednej! Nie można dać się orżnąć jak to tata czasem mówił. Ale tego pana co dał jej pieniążka to nie znała, więc jak mogłaby mu dać taką lodową myszkę? No nijak. Westchnęła jeszcze ciężej, starając się być dzielną i nie robić nieszczęśliwej miny (nie udało się), kiedy wyciągała wymiętolonego karmelka z koszyczka i wręczała go Anthony’emu.