27.01.2026, 11:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.01.2026, 12:02 przez Cathal Shafiq.)
Cathal rzeczywiście był zmarnowany. Wyglądał teraz po prawdzie jak pierwsza lepsza męta z Nokturna i Woody łatwo mógłby go pomylić z jednym z tych bywalców jego baru, którym w życiu się nie poszczęściło i przychodzili zapijać smutki, jak udało się im zarobić parę knutów czy co bardziej prawdopodobne – ukraść je z czyjejś kieszeni. Spodnie wprawdzie miał suche i w miarę oczyszczone, bo zrobił to zaklęciami, ale płaszcz, który zabrał ze sobą, niby to wczoraj rozwieszony przy kominku, był mokry i dalej ubłocony. Najwyraźniej ten kominek tylko się mu śnił albo miał halucynacje na jego temat. Włosy były trochę wilgotne, podobnie jak koszula, a woń zatęchłej pościeli przeniknęła ubrania Shafiqa. Był też niewyspany, niby nie jakaś nowość, ale poza tym przemarznięty i wyglądał jak ktoś, kto pił całą noc, co uznałby pewnie za niesprawiedliwe, gdyby się nad tym zastanowił, bo nie wypił ani kropli alkoholu.
Też spiął się trochę na widok Woody’ego, ale zaraz uznał, że właściciel Rejwachu nie miał powodów, żeby robić mu tak durne żarty. A sprawienie, że ten dom z ruiny stanie się posiadłością… to wymagało naprawdę potężnej magii, Cathal zaś widział go jako normalne miejsce jeszcze zanim wszedł do środka i spotkał Trampa.
– Binns i jego córki. I żadnych dziur w dachach – potwierdził, unosząc teraz wzrok ku sklepieniu, w przedpokoju wprawdzie niedziurawego, ale wyraźnie pokrytego zaciekami i pleśnią. – Hipnoza, iluzja albo ktoś z nich umarł tutaj podczas ulewy, może z jej powodu nie mogąc ściągnąć pomocy i pokazywał nam dom takim, jaki zapamiętał.
Nie żaden eliksir, bo żaden z nich niczego nie tknął. Nie typowe zauroczenie, skoro nadeszli z dwóch stron i nie mogli oberwać tym samym czarem. Zaklęcia iluzji, może hipnoza albo sztuczki duchów. Z tymi ostatnimi Shafiq spotkał się już nie raz, i zaproszenie na wesołą kolację było chyba jedną z tych mniej szkodliwych. Nie próbowały na przykład wciągnąć go w żadną morderczą pułapkę, jak zdarzało się w egipskich piramidach.
Ruszył schodami w dół, ostrożnie stawiając stopy, bo swoje ważył, a stopnie, wczoraj wydające się tak porządne, skrzypiały teraz w proteście pod każdym jego krokiem. Na dole leżał zgniły dywanik, a gdy Shafiq zajrzał do jadalni, w której wczoraj ich przyjęto, zobaczył stare popioły w popękanym kominku, przewrócone fotele, a większość dekoracji musiano zrabować stąd dawno temu. A potem jego wzrok padł na obraz przy schodach, poczerniały już ze starości i z powodu złych warunków.
Pan Binns i jego córki.
Tak na oko Cathala wisiał tutaj od przynajmniej pięćdziesięciu lat.
Shafiq spojrzał na Woodyego, a potem spróbował się teleportować. Tylko o dwa metry. Rozległ się trzask i znikł, by pojawić się w przedpokoju, gdzie lekki wiatr poruszał uchylonymi drzwiami. Cathal wyjrzał na zewnątrz, na zaniedbane podwórko, podniszczony murek i na niebo, szare wprawdzie, ale już nie zwiastujące rychłej ulewy. Nic nie podpowiadało, gdzie są, i nic nie wyglądało tak jak wczorajszego wieczora.
I choć zagadka tego domu intrygowała Cathala, to był zmęczony, zmarznięty i nie miał ochoty iść stąd na piechotę, by wiedzieć, gdzie się znajdowali.
– Zdaje się, że pozostaje nam się stąd zebrać, panie Tarpaulin – rzucił w końcu, a potem znikł z trzaskiem.
Też spiął się trochę na widok Woody’ego, ale zaraz uznał, że właściciel Rejwachu nie miał powodów, żeby robić mu tak durne żarty. A sprawienie, że ten dom z ruiny stanie się posiadłością… to wymagało naprawdę potężnej magii, Cathal zaś widział go jako normalne miejsce jeszcze zanim wszedł do środka i spotkał Trampa.
– Binns i jego córki. I żadnych dziur w dachach – potwierdził, unosząc teraz wzrok ku sklepieniu, w przedpokoju wprawdzie niedziurawego, ale wyraźnie pokrytego zaciekami i pleśnią. – Hipnoza, iluzja albo ktoś z nich umarł tutaj podczas ulewy, może z jej powodu nie mogąc ściągnąć pomocy i pokazywał nam dom takim, jaki zapamiętał.
Nie żaden eliksir, bo żaden z nich niczego nie tknął. Nie typowe zauroczenie, skoro nadeszli z dwóch stron i nie mogli oberwać tym samym czarem. Zaklęcia iluzji, może hipnoza albo sztuczki duchów. Z tymi ostatnimi Shafiq spotkał się już nie raz, i zaproszenie na wesołą kolację było chyba jedną z tych mniej szkodliwych. Nie próbowały na przykład wciągnąć go w żadną morderczą pułapkę, jak zdarzało się w egipskich piramidach.
Ruszył schodami w dół, ostrożnie stawiając stopy, bo swoje ważył, a stopnie, wczoraj wydające się tak porządne, skrzypiały teraz w proteście pod każdym jego krokiem. Na dole leżał zgniły dywanik, a gdy Shafiq zajrzał do jadalni, w której wczoraj ich przyjęto, zobaczył stare popioły w popękanym kominku, przewrócone fotele, a większość dekoracji musiano zrabować stąd dawno temu. A potem jego wzrok padł na obraz przy schodach, poczerniały już ze starości i z powodu złych warunków.
Pan Binns i jego córki.
Tak na oko Cathala wisiał tutaj od przynajmniej pięćdziesięciu lat.
Shafiq spojrzał na Woodyego, a potem spróbował się teleportować. Tylko o dwa metry. Rozległ się trzask i znikł, by pojawić się w przedpokoju, gdzie lekki wiatr poruszał uchylonymi drzwiami. Cathal wyjrzał na zewnątrz, na zaniedbane podwórko, podniszczony murek i na niebo, szare wprawdzie, ale już nie zwiastujące rychłej ulewy. Nic nie podpowiadało, gdzie są, i nic nie wyglądało tak jak wczorajszego wieczora.
I choć zagadka tego domu intrygowała Cathala, to był zmęczony, zmarznięty i nie miał ochoty iść stąd na piechotę, by wiedzieć, gdzie się znajdowali.
– Zdaje się, że pozostaje nam się stąd zebrać, panie Tarpaulin – rzucił w końcu, a potem znikł z trzaskiem.
Koniec sesji