27.01.2026, 14:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.01.2026, 14:24 przez Brenna Longbottom.)
– Dlaczego nie? – spytała, może odruchowo, może naprawdę ciekawa odpowiedzi, a może w pewnej bezczelności, skoro on ją wypytywał. I tak się ograniczyła, do pewnego stopnia: nie strzeliła pytania „a co, terroryści to marny materiał na mężów?” Na pewno były w końcu kobiety, które właśnie o takim marzyły. – Nie zastanawiałam się nad tym wiele, tak samo jak nie myślałam specjalnie o małżeństwach. Nie wymyślamy w końcu swoich partnerów.
Rzadko w ogóle myślała o chłopakach w innym niż przyjacielski kontekst, chociaż gdyby parę lat temu ktoś ją o to zapytał – gdy jeszcze była młoda uważała w sumie małżeństwo za coś jednocześnie odległego, ale i naturalnego – rzuciłaby najpierw bez namysłu, że na to jest jeszcze czas, a potem, że kogoś miłego, zabawnego, normalnego. Bo przecież to nie tak, że kiedykolwiek wzdychała do tych chłopców, którymi zachwycały się koleżanki, i jakby ją zapytać o wybór między epickim romansem, a stabilnym związkiem, nie wahałaby się, że to drugie jest lepsze. Jakby musiała o tym pomyśleć szczerze rok czy dwa temu, to może by nawet doszła do wniosku, że tak naprawdę najszybciej znajdowała wspólny język z mężczyznami takimi jak Vinc czy Alex, absolutnie nie wpisującymi się w typ „ktoś miły” ani „ktoś normalny” (chociaż podpadającymi pod „ktoś zabawny”). Może dlatego, że pod wieloma względami byli podobni, i tymi złymi, jak pakowanie się w kłopoty i dobrymi, jak troska o rodzinę… i może i dlatego, że pod innymi byli tak różni – choćby pod względem bycia nieprzyjemnym dla większości ludzi. Było prawie jakby ją i Prewetta ulepiono z jednej gliny, ale wypalono w innych piecach.
Teraz przemknęło jej chyba przez głowę, że ktoś, z kim mogła rozmawiać i ktoś, z kim mogli być równi, ale to nie było jedno z tych przemyśleć, którym chciałaby się dzielić na prawo i lewo, zwłaszcza że ciężko było być tu subiektywnym, kiedy do głowy wciskał się pewien auror.
- …chociaż jeśli twój kuzyn znów postanowi wysyłać mi gratulacje ślubne, może rozważę ślub tylko po to, by zrobić mu na złość? – rzuciła. Och, nie miała zamiaru wspominać o wyklejankach, wierszykach o Atreusie, własnych zdjęciach i fotografiach tentakuli. To była słodka tajemnica, jej i Stanleya. Ale nie mogła wciąż i wciąż nie zastanawiać się, czy te gratulacje faktycznie wysłał Stanley, czy człowiek, który włamał się jej do sypialni, i była ciekawa, czy reakcja Anthony’ego coś jej powie.
Maski skrywające twarze utrudniały jednak odczytanie zbyt wiele.
– Nie sądzę, żeby musiał zająć kolana. Niektóre pewnie potrzebują czasu – skwitowała i może wzruszyłaby ramionami, gdyby nie to, że nie wypadało podczas tańca. – Ale tak sobie myślę, że chociaż istnieją wyjątki od reguły, to sama reguła brzmi… jeśli twój kot nigdy nie próbuje z tobą spać, musi się ciebie bać.
…a to, obawiała się, bywało częstym przypadkiem. Chyba nie do końca dowierzała, że inaczej niż przemocą i zaszczepieniem strachu mogłeś utrzymać kota z dala od człowieka, którego sobie wybrał. I to było zdaniem Brenny szalenie smutne.
Chciała widzieć w ludziach dobro, wierzyć, że większość z nich ma je w sobie, ale czasem było to naprawdę trudne.
Rzadko w ogóle myślała o chłopakach w innym niż przyjacielski kontekst, chociaż gdyby parę lat temu ktoś ją o to zapytał – gdy jeszcze była młoda uważała w sumie małżeństwo za coś jednocześnie odległego, ale i naturalnego – rzuciłaby najpierw bez namysłu, że na to jest jeszcze czas, a potem, że kogoś miłego, zabawnego, normalnego. Bo przecież to nie tak, że kiedykolwiek wzdychała do tych chłopców, którymi zachwycały się koleżanki, i jakby ją zapytać o wybór między epickim romansem, a stabilnym związkiem, nie wahałaby się, że to drugie jest lepsze. Jakby musiała o tym pomyśleć szczerze rok czy dwa temu, to może by nawet doszła do wniosku, że tak naprawdę najszybciej znajdowała wspólny język z mężczyznami takimi jak Vinc czy Alex, absolutnie nie wpisującymi się w typ „ktoś miły” ani „ktoś normalny” (chociaż podpadającymi pod „ktoś zabawny”). Może dlatego, że pod wieloma względami byli podobni, i tymi złymi, jak pakowanie się w kłopoty i dobrymi, jak troska o rodzinę… i może i dlatego, że pod innymi byli tak różni – choćby pod względem bycia nieprzyjemnym dla większości ludzi. Było prawie jakby ją i Prewetta ulepiono z jednej gliny, ale wypalono w innych piecach.
Teraz przemknęło jej chyba przez głowę, że ktoś, z kim mogła rozmawiać i ktoś, z kim mogli być równi, ale to nie było jedno z tych przemyśleć, którym chciałaby się dzielić na prawo i lewo, zwłaszcza że ciężko było być tu subiektywnym, kiedy do głowy wciskał się pewien auror.
- …chociaż jeśli twój kuzyn znów postanowi wysyłać mi gratulacje ślubne, może rozważę ślub tylko po to, by zrobić mu na złość? – rzuciła. Och, nie miała zamiaru wspominać o wyklejankach, wierszykach o Atreusie, własnych zdjęciach i fotografiach tentakuli. To była słodka tajemnica, jej i Stanleya. Ale nie mogła wciąż i wciąż nie zastanawiać się, czy te gratulacje faktycznie wysłał Stanley, czy człowiek, który włamał się jej do sypialni, i była ciekawa, czy reakcja Anthony’ego coś jej powie.
Maski skrywające twarze utrudniały jednak odczytanie zbyt wiele.
– Nie sądzę, żeby musiał zająć kolana. Niektóre pewnie potrzebują czasu – skwitowała i może wzruszyłaby ramionami, gdyby nie to, że nie wypadało podczas tańca. – Ale tak sobie myślę, że chociaż istnieją wyjątki od reguły, to sama reguła brzmi… jeśli twój kot nigdy nie próbuje z tobą spać, musi się ciebie bać.
…a to, obawiała się, bywało częstym przypadkiem. Chyba nie do końca dowierzała, że inaczej niż przemocą i zaszczepieniem strachu mogłeś utrzymać kota z dala od człowieka, którego sobie wybrał. I to było zdaniem Brenny szalenie smutne.
Chciała widzieć w ludziach dobro, wierzyć, że większość z nich ma je w sobie, ale czasem było to naprawdę trudne.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.