27.01.2026, 22:52 ✶
Jeśli Helloise widziała Czarnego Pana jako wroga Bogini, to nie ze względu na to, co głosił, a ze względu na to, co czynił w imię tych poglądów. Nie mogło być drogi do konserwatywnego porządku, która prowadziła przez ruinę miejsc świętych, burzenie obrzędów sabatowych i zakłócanie równowagi w Naturze. Lord Voldemort i Śmierciożercy nie byli opdowiedzią na ślepotę, a ślepymi — lecz bywało, że i ślepym się oczy otwierały, a kierunek przecież obrali dobry.
W tej intuicji pchającej Śmierciożerców ku sile i dominacji Helloise dopatrywała się nadziei. Nawet jeśli nie baczyli oni na rzeczy właściwe, to nie wypierali pierwotnego instynktu, który nakazywał im działać w interesie swojego gatunku — bo interesu czystokrwistych z pewnością nie realizowało Ministerstwo. Pętało ono ich przyrodzony potencjał prawami służącymi wyłącznie tym, którym brakowało pewności siebie i ducha, aby ustanowić sobie miejsce w świecie własnymi siłami. Śmierciożercy wyłamywali się spod jarzma wymuszonego na społeczeństwie sztucznego porządku i za samo to Helloise patrzyła na nich z pewnym sentymentem. Być może jedyne, czego potrzebowali, to głos duchowego przewodnictwa w tej walce słusznej, a bezbożnej. Być może potrzebowali kogoś, kto zachowa ich od kroczenia ścieżką bluźnierstwa oraz odnowi tradycje starsze i potężniejsze niż transakcyjne rodowe kontrakty.
Bogini nie była bowiem opozycją Voldemorta, nie stała naprzeciw niego na żadnym spektrum. Bogini była równowagą i harmonią, którą niedoskonałości wszelkiego stworzenia nieustannie szarpały. Dążenie magów krwi czystej do powortu na szczyt hierarchii było zaś instynktem przyrodzonym i w pełni naturalnym. Celem niemożliwym do osiągnięcia, nigdy w pełni, lecz w samej swojej istocie słusznym, bo zgodnym z naturą ich i kierunkami naturalnego porządku.
Podczas Spalonej Nocy widziała w ich maskach i szatach surowy monolit. Śmierć bez odrodzenia, bezbarwny pluton egzekucyjny. Louvain pokazał jej poprzez swój moment słabości nowy potencjał. Pod czarnymi mundurami były dusze, które nie zawsze wiedziały, czego szukają. Zbyt były skupione na elemencie destrukcji, aby pamiętać o pięknie tworzenia i głębokiej relacji magii z naturą. Czyż nie grzechem byłoby błądzących nie napomnieć?
Louvain zniknął, a wraz z nim całe duszne podniecenie, cały czar upiornej nocy, cała podniosłość rytuału. W cichym półmroku ciemnej chaty powietrze stało się nagle zbyt rzadkie, zbyt puste, zbyt nieruchome. Poczucie uziemienia w rzeczywistości niemrawo próbowało przebijać się do świadomości Helloise, lecz było jak dalekie niewyraźne echo, zbyt odległe, żeby zdołało zagłuszyć niewyszukaną kopozycję trucizn krążącą w jej żyłach. Czarownica zaczepiła się pustym wzrokiem o miejsce, z którego zniknął Lestrange, lecz nic tam zmęczonymi oczyma nie dostrzegła poza długimi cieniami rzucanymi przez migotliwy blask świec na las roślin doniczkowych. Na granicy pola widzenia cienie rozciągały się, tańczyły. Helloise zamrugała, westchnęła słabo. Plamy wciąż rozlewały się po bokach. Zmusiła umysł do bolesnego wysiłku skupienia wzroku. Rzeczywistość nie przestawała się zakrzywiać.
Sięgnęła w pamięć w poszukiwaniu rozmywających się wraz ze zniknieniem Śmierciożercy śladów jego wizyty. Trafili tu razem spod Kniei. Znalazł ją pod Knieją. Tyle pamiętała. Potem strach. Spojrzała w dół, na swoje dłonie. Opuszki wciąż zdawały się pamiętać zimno jego skóry. Jej palce wydłużały się na jej oczach, wykrzywiały, nienaturalne, nie połamane, nienaturalne. Oczy spadły jeszcze niżej, na fizyczne tropy obecności: wino, krew… eliksir zostawiony na kuchennym blacie. Obróciła się. Był prawdziwy. Śmierciożerca zostawił ją z owocem prac tej nocy i porcją płynu z rogu buchorożca. Zrobiła krok w stronę naczyń, zagubiona we własnym domu, rozglądająca się po nim podejrzliwie, niby pierwszy raz widziała to wnętrze. Powlokła za sobą stołeczek, przysiadła na nim, ciało bezwładnie zawaliło się na blat jak szmaciana laleczka, potargane włosy wkleiły się w porozlewane na blacie odczynniki. Czarownica poruszyła ustami, spłynął z nich rozmiękły bełkot. Wpatrywała się w refleksy płomieni układające się na szkle fiolek, coś było z nimi nie tak. Uczucia tej wszechogarniającej niewłaściwości nie potrafiła stłumić. Za jej plecami kluły się szelesty i kluły się ruchy — nie powinny tam być. To było nie tak. Uniosła słabo rękę, nadgarstek opadł jak kielich zwiędłego kwiatu, poruszyła nim, odganiając majaki natrętne jak muchy. Opadła ta ręka bezsilna na fiolkę: szkło było pod zaciśniętymi palcami twarde i ciepłe od warzenia nad ogniem mikstury. To było prawdziwe. To było tak. To było prawdziwe. Stół, który wybrzuszał powierzchnię blatu, nadymał się niczym żywe trzewia stwora…
Halucynacje. Wiedziała, że halucynuje. To ta krew na jej ustach. Czuła wciąż jej smak, wylizywała ją spomiędzy zębów, zebrała palcami zasychającą czarną skorupę z warg i twarzy. Ostatnią siłą wydobyła z przepastnej narkotycznej otchłani trzeźwą myśl: należało zabezpieczyć eliksiry.
Zmusiła się, aby zakorkować naczynia. W transie wstała, chwiejnie podeszła pod kredens ze zbiorami i pochowała je wśród innych fiolek. Nie mogła długo się odsunąć. Klęczała przed otwartą szafą, zawieszona w momencie, kołysała się na piętach. Pogubiła się we wspomnieniach wieczoru. Zmęczona i otumaniona poddała w końcu myśl o tym, że należało wstać. Położyła się na deskach zapylonej, kuchennej podłogi, podczas gdy z kątów i cieni pomieszczenia wypełzały dzikie potworności. Z donic wylęgła się pulsująca gęstwina pędów i gałęzi, pod liśćmi brzęczały roje szeptów i syków diabelskich. Mięsiste ciała kwiatów rozwierały paszcze, błyskały zębami, wiły się śród przestrzeni kuchni, która ogromniała. Śmiały się drapieżnie przyczajone wśród tej puszczy czarne bezzębne mordy masek, wykrzywiały się z trzaskiem rozciąganych drewnianych ścięgien, gdy przebierały się w ekstazy i udręki. Ten szpaler biesów i serafinów, demonów i bogów — wszystkich uczynionych jej ręką, teraz szydził ze swojej stwórczyni. Stylizowane pyski przemieniały się, schodziły ze swoich miejsc na ścianach chaty, aby stać się częścią dudniącego obrzędu. Wyroiły się spomiędzy gęstwiny duchy zwierzęce, nieuchwytne złe zjawy, i dołączały do piekielnego orszaku. Powietrze szumiało ich obecnością, napinało i krzywiło przestrzeń, podłoga drżała pod stopami pląsających czarcich pomiotów.
Sparaliżowana czarownica odwróciła głowę od tego mirażu przemian. Zapatrzyła się w ogień trzaskający na palenisku, a płomienie wykrzywiały się pod jej wzrokiem. Między opalanymi szczapami przewracały się gnijące sczerniałe jaja, buchały gorącym smrodem drażniącym gardło i nos, szarpiącym żołądek. Helloise oddychała coraz płycej, chciała znów odwrócić głowę, gdy jajka zaczęły z trzaskiem się wykluwać. Z cuchnących skorup wyłaziły zdeformowane ohydne gady o psich pyskach, wiły się w kominku jak obierzłe wężowisko, spływały na podłogę tuż przy kobiecie. Błyskały głęboko osadzonymi ślepiami, wiły śliskie cielska. Obrzęd za nią zgęstniał, zwarł się, ujednolicił rytm — już nie dziki i zwierzęcy, a surowy i zdyscyplinowany przemarsz ciężkich butów z łoskotem uderzających o podłogę stalowymi podeszwami. Znajomy rytm. Poznawała te kroki. Poruszały się po śladach stóp, jakie zostawiła w jej domu klątwa Spalonej Nocy. Wiedźma starła ślady przekleństwa z podłogi, lecz pozostały wypalone w jej pamięci. Znała układ klątwy Voldemorta na wylot. Oderwała policzek od podłogi, przekręciła głowę na drugą stronę, gdzie po kuchni wirował czarny dym i pył, fruwały w tańcu klątwy czarne opończe i splatały się bezładnie dziesiątki nóg. Maszerowały w tę i z powrotem, zapętlone w krokach, a każde rytmiczne uderzenie wstrząsało chatą.
Helloise uniosła się ciężko na zdrętwiałym ramieniu. Splunęła na podłogę obrzydliwą czarną krwią. Nowa flegma podchodziła jej do gardła. Kobieta wyrzucała z siebie w kałużę gęstej wydzieliny czarne skrzepy, zagruchotały o podłogę kosteczki wycharkane z labiryntów jej własnych żeber. Mnożyły się przed jej oczami czarne cienie, napierały na nią ich czarne szaty, głowa trzaskała bólem. A mimo to przez ciało przetoczyła się niewytłumaczalna fala euforii i wyszła z wiedźmy kilkoma gwałtownymi szarpnięciami rzężącego, chrapliwego śmiechu.
Wierzchem dłoni otarła ślinę z twarzy. Wszystko to była kara za jej własne decyzje. Sama ściągnęła na siebie to piekło, więc sama przez nie przejdzie.
Gdy odwróciła się do ognia, czekał na nią przy palenisku ten sam Śmierciożerca, który wykrwawiał się tu kilka nocy temu. Siedział oparty plecami o gorącą kamienną ściankę kominka, umizgiwały się do niego cienie, ciemność ocierała się o zaropiałe rany. Uśmiechał się pod maską, widziała z mikroskopijną dokładnością, jak poruszają się zasłonięte usta, mimo że skryte za stalową zasłoną. Miała się go bać. Miała się bać tego upiora znalezionego w pożarach. Miała się bać jego majaku, gdy zaczął podśpiewywać tę samą pieśń kowenową, którą ona mu tamtego dnia zanuciła. Czas puchł, wiązał melodię, zatrzymywał nuty i wydłużał je. Mijały, jakby godziny całe między jednym mrugnięciem oka a drugim. Każde miało być tym, które skończy koszmar — żadne nie było.
Miała się bać. Chatę na kurzej stopie opasała gruba warstwa lęków przywianych znad Kniei — napierały na jej ściany, napierały na Helloise. Śmierciożercy się jednak w bezsilnym przytłoczeniu halucynogennymi wizjami uparcie nie bała, a każde ukłucie strachu jedynie bardziej ją rozsierdzało.
Czarownica chwyciła się blatu, uniosła się na słabych nogach.
Śmierciożerca tu nie zostanie w żadnej formie. Nie godziła się na to.
Ręką, która wydawała się obca i odległa, a mimo to była posłuszna jej woli, Helloise wybazgrała list do Leviathana:
Nie była pewna, kiedy go wysłała. Czy karteczka trafiła w szpony ptaka pocztowego jeszcze w nocy, czy już potem, nad ranem. Nie skończyła jednak jeszcze wiedźma stawiać ostatnich liter, gdy podłoga zatrzeszczała przeraźliwie pod naporem kolosa. Większego i głośniejszego niż wszystkie dotychczasowe majaki. Czegoś, co już od progu obezwładniało strachem, jeszcze nim zostało ujrzane. Helloise podniosła oczy na widmo z Kniei, które ze zwieszonym głodnym łbem wyczołgało się na wydłużonych kończynach zza progu jej pracowni. Czarne monstrum tej skali, że powinno zerwać sufit chaty.
Do tej pory halucynacje ślizgały się przed oczami, męczyły i tak wycieńczony umysł, lecz były tym i tylko tym — halucynacją. Teraz wyrwały się spod kontroli. Temu lękowi czarownica nie była zdolna się przeciwstawić. Objął ją całą, wyzuł z racjonalności. Oszalała ze strachu osunęła się znów na podłogę, gdy kolejne potwory trzęsły konstrukcją chaty, krążyły wokół niej po kuchni.
Serce waliło tak szybko, że zdawało się, że nie wytrzyma kolejnej minuty. Bała się, że to ją wykończy. Nie zwalniało, nawet gdy próbowała uspokoić oddech. Za głęboko wbiły się w nią szpony strachu. Dotarła na granicę wytrzymałości, chciała wyjść z psychodeli, którą sama spiła z ust Louvaina. Zaciskała w desperacji oczy, lecz próżne były to próby. Gdy opadały powieki, halucynacje stawały się jedynie bardziej szaleńcze. Wyzwalając je spod ograniczeń wzroku, dawała im jedynie więcej wolności. Wiedziała, że ten sen kiedyś się skończy. Musiała tylko utrzymać się nadziei, przeczekać działanie narkotyku. Nie musiała nic robić. Wystarczyło leżeć i czekać, aż ciało pozbędzie się toksyny. Czas wlókł się, zatrzymywał, cofał. Zakrzywiał wraz z wizją. Wiedziała, że wszystko to będzie miało koniec, nawet jeśli koniec w tamtej chwili wydawał się nieosiągalny. Chwytała się myśli o końcu. Chwytała się desperackich ruchów. W krótkich chwilach bezprzytomności szarpała się w ciele, próbowała przebić świadomość przez fizyczną skorupę, eksterioryzacją wydostać z koszmaru przywidzeń, lecz była zbyt słaba na skupienie energii w akcie nekromancji. Świadomość migała jedynie boleśnie związana ciałem.
Matko, miej nade mną litość. Każda modlitwa i każda medytacja, w której próbowała się kryć przed potwornymi obrazami, zdawała się czernieć i plugawić na ustach Helloise, jakby modliła się do złego boga, lecz modliła się mimo to. Żaden bóg nie nadszedł — ni dobry, ni zły.
Jeszcze nim noc się skończyła, czarownica w szale wtargnęła do pracowni. Nieskoordynowanymi ruchami ścierała węgielne rysunki widm, którymi ozdobiła ściany własnego domu jako wieczne przypomnienie o grozie zamieszkującej las. Pomiędzy jedną a drugą falą halucynacji, Helloise wyczołgała się na taras przed chatą. Patrzyła na niespokojne kury. Ostre gdakanie kaleczyło przebodźcowany umysł. Na kogucich karkach siedziały przyczajone demony. Widziała lęgnące się w kurzych trzewiach widma. Czarne upiory kotłowały się w koraliczkach kurzych oczu.
Ogłupiała ze strachu wiedźma próbowała łapać ciężki oddech. Zesztywniałe mięśnie rąk zacisnęły się bez jej woli, dyszała.
Zamknęła oczy. Gdy je otworzyła, podwórze było ciche.
Ile tygodni upłynęło tej nocy? Biały poranek zastał chatkę na kurzej stopie pogrążoną w głębokim śnie. Na blatach kuchennych wciąż rozłożone były nieuprzątnięte szkła laboratoryjne. Pod stołem leżała stłuczona karafka opium, które wsiąkło w deski podłogi. Obok okruchów naczynia smętnie ciśnięto rzeźbione maski o nieruchomych twarzach. W pracowni czarownicy ściany czerniły rozmazane plamy węgla, które niegdyś były rysunkami pokazywanymi uporczywie odwiedzającym chatę na kurzej stopie. W dole w ogrodzie spokojnie spały obok własnych dekapitowanych łbów kurczęta w kubraczkach z mokrych szkarłatnych piórek.
I w końcu Knieja zamilkła.
W tej intuicji pchającej Śmierciożerców ku sile i dominacji Helloise dopatrywała się nadziei. Nawet jeśli nie baczyli oni na rzeczy właściwe, to nie wypierali pierwotnego instynktu, który nakazywał im działać w interesie swojego gatunku — bo interesu czystokrwistych z pewnością nie realizowało Ministerstwo. Pętało ono ich przyrodzony potencjał prawami służącymi wyłącznie tym, którym brakowało pewności siebie i ducha, aby ustanowić sobie miejsce w świecie własnymi siłami. Śmierciożercy wyłamywali się spod jarzma wymuszonego na społeczeństwie sztucznego porządku i za samo to Helloise patrzyła na nich z pewnym sentymentem. Być może jedyne, czego potrzebowali, to głos duchowego przewodnictwa w tej walce słusznej, a bezbożnej. Być może potrzebowali kogoś, kto zachowa ich od kroczenia ścieżką bluźnierstwa oraz odnowi tradycje starsze i potężniejsze niż transakcyjne rodowe kontrakty.
Bogini nie była bowiem opozycją Voldemorta, nie stała naprzeciw niego na żadnym spektrum. Bogini była równowagą i harmonią, którą niedoskonałości wszelkiego stworzenia nieustannie szarpały. Dążenie magów krwi czystej do powortu na szczyt hierarchii było zaś instynktem przyrodzonym i w pełni naturalnym. Celem niemożliwym do osiągnięcia, nigdy w pełni, lecz w samej swojej istocie słusznym, bo zgodnym z naturą ich i kierunkami naturalnego porządku.
Podczas Spalonej Nocy widziała w ich maskach i szatach surowy monolit. Śmierć bez odrodzenia, bezbarwny pluton egzekucyjny. Louvain pokazał jej poprzez swój moment słabości nowy potencjał. Pod czarnymi mundurami były dusze, które nie zawsze wiedziały, czego szukają. Zbyt były skupione na elemencie destrukcji, aby pamiętać o pięknie tworzenia i głębokiej relacji magii z naturą. Czyż nie grzechem byłoby błądzących nie napomnieć?
Louvain zniknął, a wraz z nim całe duszne podniecenie, cały czar upiornej nocy, cała podniosłość rytuału. W cichym półmroku ciemnej chaty powietrze stało się nagle zbyt rzadkie, zbyt puste, zbyt nieruchome. Poczucie uziemienia w rzeczywistości niemrawo próbowało przebijać się do świadomości Helloise, lecz było jak dalekie niewyraźne echo, zbyt odległe, żeby zdołało zagłuszyć niewyszukaną kopozycję trucizn krążącą w jej żyłach. Czarownica zaczepiła się pustym wzrokiem o miejsce, z którego zniknął Lestrange, lecz nic tam zmęczonymi oczyma nie dostrzegła poza długimi cieniami rzucanymi przez migotliwy blask świec na las roślin doniczkowych. Na granicy pola widzenia cienie rozciągały się, tańczyły. Helloise zamrugała, westchnęła słabo. Plamy wciąż rozlewały się po bokach. Zmusiła umysł do bolesnego wysiłku skupienia wzroku. Rzeczywistość nie przestawała się zakrzywiać.
Sięgnęła w pamięć w poszukiwaniu rozmywających się wraz ze zniknieniem Śmierciożercy śladów jego wizyty. Trafili tu razem spod Kniei. Znalazł ją pod Knieją. Tyle pamiętała. Potem strach. Spojrzała w dół, na swoje dłonie. Opuszki wciąż zdawały się pamiętać zimno jego skóry. Jej palce wydłużały się na jej oczach, wykrzywiały, nienaturalne, nie połamane, nienaturalne. Oczy spadły jeszcze niżej, na fizyczne tropy obecności: wino, krew… eliksir zostawiony na kuchennym blacie. Obróciła się. Był prawdziwy. Śmierciożerca zostawił ją z owocem prac tej nocy i porcją płynu z rogu buchorożca. Zrobiła krok w stronę naczyń, zagubiona we własnym domu, rozglądająca się po nim podejrzliwie, niby pierwszy raz widziała to wnętrze. Powlokła za sobą stołeczek, przysiadła na nim, ciało bezwładnie zawaliło się na blat jak szmaciana laleczka, potargane włosy wkleiły się w porozlewane na blacie odczynniki. Czarownica poruszyła ustami, spłynął z nich rozmiękły bełkot. Wpatrywała się w refleksy płomieni układające się na szkle fiolek, coś było z nimi nie tak. Uczucia tej wszechogarniającej niewłaściwości nie potrafiła stłumić. Za jej plecami kluły się szelesty i kluły się ruchy — nie powinny tam być. To było nie tak. Uniosła słabo rękę, nadgarstek opadł jak kielich zwiędłego kwiatu, poruszyła nim, odganiając majaki natrętne jak muchy. Opadła ta ręka bezsilna na fiolkę: szkło było pod zaciśniętymi palcami twarde i ciepłe od warzenia nad ogniem mikstury. To było prawdziwe. To było tak. To było prawdziwe. Stół, który wybrzuszał powierzchnię blatu, nadymał się niczym żywe trzewia stwora…
Halucynacje. Wiedziała, że halucynuje. To ta krew na jej ustach. Czuła wciąż jej smak, wylizywała ją spomiędzy zębów, zebrała palcami zasychającą czarną skorupę z warg i twarzy. Ostatnią siłą wydobyła z przepastnej narkotycznej otchłani trzeźwą myśl: należało zabezpieczyć eliksiry.
Zmusiła się, aby zakorkować naczynia. W transie wstała, chwiejnie podeszła pod kredens ze zbiorami i pochowała je wśród innych fiolek. Nie mogła długo się odsunąć. Klęczała przed otwartą szafą, zawieszona w momencie, kołysała się na piętach. Pogubiła się we wspomnieniach wieczoru. Zmęczona i otumaniona poddała w końcu myśl o tym, że należało wstać. Położyła się na deskach zapylonej, kuchennej podłogi, podczas gdy z kątów i cieni pomieszczenia wypełzały dzikie potworności. Z donic wylęgła się pulsująca gęstwina pędów i gałęzi, pod liśćmi brzęczały roje szeptów i syków diabelskich. Mięsiste ciała kwiatów rozwierały paszcze, błyskały zębami, wiły się śród przestrzeni kuchni, która ogromniała. Śmiały się drapieżnie przyczajone wśród tej puszczy czarne bezzębne mordy masek, wykrzywiały się z trzaskiem rozciąganych drewnianych ścięgien, gdy przebierały się w ekstazy i udręki. Ten szpaler biesów i serafinów, demonów i bogów — wszystkich uczynionych jej ręką, teraz szydził ze swojej stwórczyni. Stylizowane pyski przemieniały się, schodziły ze swoich miejsc na ścianach chaty, aby stać się częścią dudniącego obrzędu. Wyroiły się spomiędzy gęstwiny duchy zwierzęce, nieuchwytne złe zjawy, i dołączały do piekielnego orszaku. Powietrze szumiało ich obecnością, napinało i krzywiło przestrzeń, podłoga drżała pod stopami pląsających czarcich pomiotów.
Sparaliżowana czarownica odwróciła głowę od tego mirażu przemian. Zapatrzyła się w ogień trzaskający na palenisku, a płomienie wykrzywiały się pod jej wzrokiem. Między opalanymi szczapami przewracały się gnijące sczerniałe jaja, buchały gorącym smrodem drażniącym gardło i nos, szarpiącym żołądek. Helloise oddychała coraz płycej, chciała znów odwrócić głowę, gdy jajka zaczęły z trzaskiem się wykluwać. Z cuchnących skorup wyłaziły zdeformowane ohydne gady o psich pyskach, wiły się w kominku jak obierzłe wężowisko, spływały na podłogę tuż przy kobiecie. Błyskały głęboko osadzonymi ślepiami, wiły śliskie cielska. Obrzęd za nią zgęstniał, zwarł się, ujednolicił rytm — już nie dziki i zwierzęcy, a surowy i zdyscyplinowany przemarsz ciężkich butów z łoskotem uderzających o podłogę stalowymi podeszwami. Znajomy rytm. Poznawała te kroki. Poruszały się po śladach stóp, jakie zostawiła w jej domu klątwa Spalonej Nocy. Wiedźma starła ślady przekleństwa z podłogi, lecz pozostały wypalone w jej pamięci. Znała układ klątwy Voldemorta na wylot. Oderwała policzek od podłogi, przekręciła głowę na drugą stronę, gdzie po kuchni wirował czarny dym i pył, fruwały w tańcu klątwy czarne opończe i splatały się bezładnie dziesiątki nóg. Maszerowały w tę i z powrotem, zapętlone w krokach, a każde rytmiczne uderzenie wstrząsało chatą.
Helloise uniosła się ciężko na zdrętwiałym ramieniu. Splunęła na podłogę obrzydliwą czarną krwią. Nowa flegma podchodziła jej do gardła. Kobieta wyrzucała z siebie w kałużę gęstej wydzieliny czarne skrzepy, zagruchotały o podłogę kosteczki wycharkane z labiryntów jej własnych żeber. Mnożyły się przed jej oczami czarne cienie, napierały na nią ich czarne szaty, głowa trzaskała bólem. A mimo to przez ciało przetoczyła się niewytłumaczalna fala euforii i wyszła z wiedźmy kilkoma gwałtownymi szarpnięciami rzężącego, chrapliwego śmiechu.
Wierzchem dłoni otarła ślinę z twarzy. Wszystko to była kara za jej własne decyzje. Sama ściągnęła na siebie to piekło, więc sama przez nie przejdzie.
Gdy odwróciła się do ognia, czekał na nią przy palenisku ten sam Śmierciożerca, który wykrwawiał się tu kilka nocy temu. Siedział oparty plecami o gorącą kamienną ściankę kominka, umizgiwały się do niego cienie, ciemność ocierała się o zaropiałe rany. Uśmiechał się pod maską, widziała z mikroskopijną dokładnością, jak poruszają się zasłonięte usta, mimo że skryte za stalową zasłoną. Miała się go bać. Miała się bać tego upiora znalezionego w pożarach. Miała się bać jego majaku, gdy zaczął podśpiewywać tę samą pieśń kowenową, którą ona mu tamtego dnia zanuciła. Czas puchł, wiązał melodię, zatrzymywał nuty i wydłużał je. Mijały, jakby godziny całe między jednym mrugnięciem oka a drugim. Każde miało być tym, które skończy koszmar — żadne nie było.
Miała się bać. Chatę na kurzej stopie opasała gruba warstwa lęków przywianych znad Kniei — napierały na jej ściany, napierały na Helloise. Śmierciożercy się jednak w bezsilnym przytłoczeniu halucynogennymi wizjami uparcie nie bała, a każde ukłucie strachu jedynie bardziej ją rozsierdzało.
Czarownica chwyciła się blatu, uniosła się na słabych nogach.
Śmierciożerca tu nie zostanie w żadnej formie. Nie godziła się na to.
Ręką, która wydawała się obca i odległa, a mimo to była posłuszna jej woli, Helloise wybazgrała list do Leviathana:
Zabierzesz go
Przyjdź i zabierz to
Nie może tu zostać
Przyjdź i zabierz to
Nie może tu zostać
Nie była pewna, kiedy go wysłała. Czy karteczka trafiła w szpony ptaka pocztowego jeszcze w nocy, czy już potem, nad ranem. Nie skończyła jednak jeszcze wiedźma stawiać ostatnich liter, gdy podłoga zatrzeszczała przeraźliwie pod naporem kolosa. Większego i głośniejszego niż wszystkie dotychczasowe majaki. Czegoś, co już od progu obezwładniało strachem, jeszcze nim zostało ujrzane. Helloise podniosła oczy na widmo z Kniei, które ze zwieszonym głodnym łbem wyczołgało się na wydłużonych kończynach zza progu jej pracowni. Czarne monstrum tej skali, że powinno zerwać sufit chaty.
Do tej pory halucynacje ślizgały się przed oczami, męczyły i tak wycieńczony umysł, lecz były tym i tylko tym — halucynacją. Teraz wyrwały się spod kontroli. Temu lękowi czarownica nie była zdolna się przeciwstawić. Objął ją całą, wyzuł z racjonalności. Oszalała ze strachu osunęła się znów na podłogę, gdy kolejne potwory trzęsły konstrukcją chaty, krążyły wokół niej po kuchni.
Serce waliło tak szybko, że zdawało się, że nie wytrzyma kolejnej minuty. Bała się, że to ją wykończy. Nie zwalniało, nawet gdy próbowała uspokoić oddech. Za głęboko wbiły się w nią szpony strachu. Dotarła na granicę wytrzymałości, chciała wyjść z psychodeli, którą sama spiła z ust Louvaina. Zaciskała w desperacji oczy, lecz próżne były to próby. Gdy opadały powieki, halucynacje stawały się jedynie bardziej szaleńcze. Wyzwalając je spod ograniczeń wzroku, dawała im jedynie więcej wolności. Wiedziała, że ten sen kiedyś się skończy. Musiała tylko utrzymać się nadziei, przeczekać działanie narkotyku. Nie musiała nic robić. Wystarczyło leżeć i czekać, aż ciało pozbędzie się toksyny. Czas wlókł się, zatrzymywał, cofał. Zakrzywiał wraz z wizją. Wiedziała, że wszystko to będzie miało koniec, nawet jeśli koniec w tamtej chwili wydawał się nieosiągalny. Chwytała się myśli o końcu. Chwytała się desperackich ruchów. W krótkich chwilach bezprzytomności szarpała się w ciele, próbowała przebić świadomość przez fizyczną skorupę, eksterioryzacją wydostać z koszmaru przywidzeń, lecz była zbyt słaba na skupienie energii w akcie nekromancji. Świadomość migała jedynie boleśnie związana ciałem.
Matko, miej nade mną litość. Każda modlitwa i każda medytacja, w której próbowała się kryć przed potwornymi obrazami, zdawała się czernieć i plugawić na ustach Helloise, jakby modliła się do złego boga, lecz modliła się mimo to. Żaden bóg nie nadszedł — ni dobry, ni zły.
Jeszcze nim noc się skończyła, czarownica w szale wtargnęła do pracowni. Nieskoordynowanymi ruchami ścierała węgielne rysunki widm, którymi ozdobiła ściany własnego domu jako wieczne przypomnienie o grozie zamieszkującej las. Pomiędzy jedną a drugą falą halucynacji, Helloise wyczołgała się na taras przed chatą. Patrzyła na niespokojne kury. Ostre gdakanie kaleczyło przebodźcowany umysł. Na kogucich karkach siedziały przyczajone demony. Widziała lęgnące się w kurzych trzewiach widma. Czarne upiory kotłowały się w koraliczkach kurzych oczu.
Ogłupiała ze strachu wiedźma próbowała łapać ciężki oddech. Zesztywniałe mięśnie rąk zacisnęły się bez jej woli, dyszała.
Zamknęła oczy. Gdy je otworzyła, podwórze było ciche.
* * *
Ile tygodni upłynęło tej nocy? Biały poranek zastał chatkę na kurzej stopie pogrążoną w głębokim śnie. Na blatach kuchennych wciąż rozłożone były nieuprzątnięte szkła laboratoryjne. Pod stołem leżała stłuczona karafka opium, które wsiąkło w deski podłogi. Obok okruchów naczynia smętnie ciśnięto rzeźbione maski o nieruchomych twarzach. W pracowni czarownicy ściany czerniły rozmazane plamy węgla, które niegdyś były rysunkami pokazywanymi uporczywie odwiedzającym chatę na kurzej stopie. W dole w ogrodzie spokojnie spały obok własnych dekapitowanych łbów kurczęta w kubraczkach z mokrych szkarłatnych piórek.
I w końcu Knieja zamilkła.
Koniec sesji
dotknij trawy