Zwykle było tak, że chcesz mieć to, czego nie masz. I gdy Deirdre zazdrościła Victorii urody, tak Victoria zazdrościła uzdrowicielce pięknych, jasnych włosów, których sama nie posiadała. Zazdrościła jej tych niebieskich oczu, które mogły przypominać jakiś odcień nieba, w przeciwieństwie do jej ciemnych. Faceci oglądali się za blondynkami, a z pewnością robił to mężczyzna, którego sama miała w sercu – to na blondynki patrzył, to z blondynami flirtował, nie z nią. Victoria przez tę dziwaczną relację zdążyła zapomnieć, że kiedyś i za nią patrzyli się mężczyźni, teraz potrafiła myśleć tylko o tym, jak sama paskudnie wyglądałaby w tym pięknym, jasnym odcieniu blondu.
Skupiła swoje spojrzenie na uzdrowicielce Malfoy, gdy ta w końcu, zapoznawszy się z kartoteką, odezwała się do niej w końcu. Victoria tego nie poganiała wcześniej, bo po pierwsze sama nie lubiła, gdy ktoś jej się wcinał w kompetencje, albo przejmował pierwsze skrzypce w rozmowie, w której ich przejmować nie powinien. Poza tym czuła też gdzieś wewnętrznie jakiś irracjonalny opór przed przychodzeniem do Munga z tą idiotyczną przypadłością, po trosze ją bagatelizując, a po trosze jakby odsuwając od siebie całą powage, bo gdzieś w głębi serca i rozumu wiedziała, że robi idiotycznie. Ale Victoria nie lubiła się przyznawać do tego, że popełnia błąd.
– Yhm – chrząknęła po tej dłuższej ciszy, czując, że jeśli tego nie zrobi, to będzie mówiła tak cienkim głosikiem, że tylko się przy tym pogorszy. – Nie, żadnych powikłań, to nowa sprawa – niemal odruchowo splotła ręce tak, by prawą dłonią zakryć wierzch lewej, na której srebrzyły się jeszcze blizny po majowym ataku we śnie. – Nie mogę się pozbyć tego uporczywego kaszlu – przyznała w końcu z kamienną twarzą, ale wewnętrznie czuła się jak absolutny przegryw. – Mam napady duszności, kaszel, drapie mnie w gardle, boli mnie już klatka piersiowa od ciągłego kaszlenia – wymieniała i rozplótłszy dłonie, uniosła jedną na wysokość mostka, przykładając ją do odsłoniętego kawałka ciała. – Tutaj. Byłam- – tu nastąpiło lekkie kaszlnięcie. – na zewnątrz przez całą noc i kolejny dzień podczas ataków – i minął tydzień, a Victorii się nie polepszało. – Próbowałam takich domowych sposobów… Herbata z sokiem z malin, napar z czarnego bzu, ale to pomaga tylko na chwilę – i ewidentnie nie było to wszystko regularne, bo w tej całej wypowiedzi Victoria kaszlnęła raptem raz, a czasami mówiła więcej – i tylko ją w gardle drapało, z koli innym razem miała całą serię kaszlu i duszności.