28.01.2026, 06:42 ✶
"Tylko w trakcie posiłków" - oczywiście, że nie wysłuchał jej do końca, zanim popuścił wodze wyobraźni. Może to ona powinna zamówić te kiełbaski, nie on? Tutejsze były wyjątkowo tłuste, wyjątkowo... sflaczałe. Może umiliłyby jej posiłek odrobiną nostalgii.
Minęła chwila błogiej krotochwili; z tłumionym uśmiechem pociągnął dymu z papierosa i oparł gładko ogolony podbródek na kłykciach wolnej dłoni. Jego wzrok był jakże przenikliwy, ale jego myśli - jakże zdradliwe - rozdrapywały właśnie strup matrymonialny. Nie dotarły do niego pierwsze zdania szanownej urzędniczki, ostatnie chyba też nie. Pewnie i tak nie były szczególnie istotne.
"W jakim stopniu te wybory z przeszłości ukształtowały twoją ścieżkę..."
Co by się stało, gdyby zostawił Helenę za sobą? Wszystkie ich dzieci już wyleciały z rodzinnego gniazda; obecnie była tylko i wyłącznie kulą u jego nogi. Obmierźle ciężką i okrągłą. Czy byłby gotowy wieczerzać samotnie? Nigdy nie wieczerzał samotnie, ale ledwo pamiętał już, kiedy wieczerzał z nią. Razem do stołu zasiadali lata temu, gdy jeszcze Charles był mały. Gdy jeszcze Finneas... był żywy. Strofował go po raz piętnasty, żeby nie kładł łokci na stole. I ona, Helena, zaczynała wtedy jęczeć, że z dziećmi trzeba delikatnie. To teraz nie miało żadnego znaczenia, ale co jak co młody już nigdy tych łokci na stole nie położy.
I dobrze, kurwa, i bardzo dobrze.
Nieświadomie zgrzytał zębami, kiedy uśmiechał się do dzisiejszej panienki być może przyszłej wspólniczki, gdy opowiadała mu subtelnie o swoim nienasyconym apetycie. Tak bardzo chciał zdławić ten upiorny vanitas, ciekawe czy ród Doholovów oferował jakieś młodsze modele tak samo zafiksowane na połykaniu wszystkiego, łącznie z kamieniami? Zaśmiał się nisko i ciepło, aż prawie nie było w tym śmiechu słychać ponad trzydziestu lat kopcenia jak smok.
- To, czy klątwa faktycznie jest przekleństwem, jest czysto sytuacyjne. Cieszę się, że będziesz mogła doświadczyć tych drobiazgów po dwakroć. - Przyjął posiłek, ujął w dłoń widelec, ale nie zaczął jeść. Z bólem serca zgasił niedopaloną fajkę, zgniótł ją pod butem, chyba. Nie był pewien. Przez dłuższą chwilę patrzył prosto na czoło Anastazji. Nie mógł nań dostrzec ani jednej zmarszczki, ale wiedział, że musiały tam być, przykryte warstwą pudrowego makijażu. Próżna kurwa. Ale taka była rola kobiety. - Często wchodzę w posiadanie biżuterii z historią. Mogłabyś... Mogłabyś spożytkować oba swoje talenty. To byłoby prawie jak pożeranie ludzkich serc. Z biegiem czasu coraz ciężej o okazje do tego, czyż nie?
Żuł cierpką wątróbkę, tęskne spojrzenie posyłając upijającym się w ogrodzie młodzikom. Rolą mężczyzny była służba. Zapewnienie bytu, zapewnienie bezpieczeństwa, utrzymywanie porządku. Wychowywanie i dyscyplinowanie, godne reprezentowanie rodu, bycie wzorem do naśladowania.
Wtedy, te lata temu, przy tamtym zasranym stole, czuł się jak tania kopia Chestera. Czemu oni wszyscy nie mogli po prostu być posłuszni? Nie chciał robić tego wszystkiego, nie przychodziło mu to wcale łatwo. Teraz jeszcze się okazywało, że to wszystko było na nic. Na ćwierćwiecze oddał się służbie, ale jej owoce zgniły. Wszystko, nad czym pracował, powoli obracało się w proch. Dobrze, że Ojciec nie może tego oglądać.
Nie mógł teraz siedzieć i użalać się nad sobą, miał tu interes do ubicia.
- Anastazjo - rzekł do niej znad talerza, krojąc ostatnią kiełbaskę z taką siłą, że aż nóż zgrzytnął o porcelanę. Dziwnie brzmiało to imię w jego ustach. Czuł się zbyt wycofany, zbyt nieobecny. Musiał dorzucić do pieca. Podejmował bezsensowne ryzyko, ale co kurwa z tego? Pierwszy to raz? - Ten deser, widzę, taki... niezaspecjalny. Moglibyśmy przyprawić go odrobiną cukru pudru. Co ty na to? Próbowałaś kiedyś?
Teraz to on mrugnął do niej. Szelmowsko. Filuternie. A mógł po prostu zniknąć na pięć minut w kiblu.
Minęła chwila błogiej krotochwili; z tłumionym uśmiechem pociągnął dymu z papierosa i oparł gładko ogolony podbródek na kłykciach wolnej dłoni. Jego wzrok był jakże przenikliwy, ale jego myśli - jakże zdradliwe - rozdrapywały właśnie strup matrymonialny. Nie dotarły do niego pierwsze zdania szanownej urzędniczki, ostatnie chyba też nie. Pewnie i tak nie były szczególnie istotne.
"W jakim stopniu te wybory z przeszłości ukształtowały twoją ścieżkę..."
Co by się stało, gdyby zostawił Helenę za sobą? Wszystkie ich dzieci już wyleciały z rodzinnego gniazda; obecnie była tylko i wyłącznie kulą u jego nogi. Obmierźle ciężką i okrągłą. Czy byłby gotowy wieczerzać samotnie? Nigdy nie wieczerzał samotnie, ale ledwo pamiętał już, kiedy wieczerzał z nią. Razem do stołu zasiadali lata temu, gdy jeszcze Charles był mały. Gdy jeszcze Finneas... był żywy. Strofował go po raz piętnasty, żeby nie kładł łokci na stole. I ona, Helena, zaczynała wtedy jęczeć, że z dziećmi trzeba delikatnie. To teraz nie miało żadnego znaczenia, ale co jak co młody już nigdy tych łokci na stole nie położy.
I dobrze, kurwa, i bardzo dobrze.
Nieświadomie zgrzytał zębami, kiedy uśmiechał się do dzisiejszej panienki być może przyszłej wspólniczki, gdy opowiadała mu subtelnie o swoim nienasyconym apetycie. Tak bardzo chciał zdławić ten upiorny vanitas, ciekawe czy ród Doholovów oferował jakieś młodsze modele tak samo zafiksowane na połykaniu wszystkiego, łącznie z kamieniami? Zaśmiał się nisko i ciepło, aż prawie nie było w tym śmiechu słychać ponad trzydziestu lat kopcenia jak smok.
- To, czy klątwa faktycznie jest przekleństwem, jest czysto sytuacyjne. Cieszę się, że będziesz mogła doświadczyć tych drobiazgów po dwakroć. - Przyjął posiłek, ujął w dłoń widelec, ale nie zaczął jeść. Z bólem serca zgasił niedopaloną fajkę, zgniótł ją pod butem, chyba. Nie był pewien. Przez dłuższą chwilę patrzył prosto na czoło Anastazji. Nie mógł nań dostrzec ani jednej zmarszczki, ale wiedział, że musiały tam być, przykryte warstwą pudrowego makijażu. Próżna kurwa. Ale taka była rola kobiety. - Często wchodzę w posiadanie biżuterii z historią. Mogłabyś... Mogłabyś spożytkować oba swoje talenty. To byłoby prawie jak pożeranie ludzkich serc. Z biegiem czasu coraz ciężej o okazje do tego, czyż nie?
Żuł cierpką wątróbkę, tęskne spojrzenie posyłając upijającym się w ogrodzie młodzikom. Rolą mężczyzny była służba. Zapewnienie bytu, zapewnienie bezpieczeństwa, utrzymywanie porządku. Wychowywanie i dyscyplinowanie, godne reprezentowanie rodu, bycie wzorem do naśladowania.
Wtedy, te lata temu, przy tamtym zasranym stole, czuł się jak tania kopia Chestera. Czemu oni wszyscy nie mogli po prostu być posłuszni? Nie chciał robić tego wszystkiego, nie przychodziło mu to wcale łatwo. Teraz jeszcze się okazywało, że to wszystko było na nic. Na ćwierćwiecze oddał się służbie, ale jej owoce zgniły. Wszystko, nad czym pracował, powoli obracało się w proch. Dobrze, że Ojciec nie może tego oglądać.
Nie mógł teraz siedzieć i użalać się nad sobą, miał tu interes do ubicia.
- Anastazjo - rzekł do niej znad talerza, krojąc ostatnią kiełbaskę z taką siłą, że aż nóż zgrzytnął o porcelanę. Dziwnie brzmiało to imię w jego ustach. Czuł się zbyt wycofany, zbyt nieobecny. Musiał dorzucić do pieca. Podejmował bezsensowne ryzyko, ale co kurwa z tego? Pierwszy to raz? - Ten deser, widzę, taki... niezaspecjalny. Moglibyśmy przyprawić go odrobiną cukru pudru. Co ty na to? Próbowałaś kiedyś?
Teraz to on mrugnął do niej. Szelmowsko. Filuternie. A mógł po prostu zniknąć na pięć minut w kiblu.