- Jestem tylko człowiekiem - mruknął w odpowiedzi i było w jego słowach aż nadto dużo pewnego wyrzutu. Brzmiał tam nawet mimo tego, jak cicho i miękko Leviathan zaintonował te słowa, jakby faktycznie miał żal do świata, że ten stworzył go człowiekiem, a nie czymś innym. Większym, potężniejszym, ze skrzydłami rozłożonymi do lotu. Gdyby mógł, nie pozwoliłby by cokolwiek wiązało go z ludźmi, a zamiast tego wybrałby skalne szczyty i wolność. Ale nie dość, że przyszedł na świat w takiej, a nie innej formie, to jeszcze urodził się w rodzie który gotowy był zaciekle walczyć o to co było mu zależne. Zacięcie, duma i zazdrość płynęły w jego żyłach od momentu, kiedy wziął pierwszy oddech, a najgorsze było to że musiał znosić sam siebie i swoje powinności przez resztę życia.
- Może kiedyś Helloise, ktoś taki się znajdzie - ale tylko jeśli faktycznie tego chciała. On nie potrafił wyobrazić jej sobie z kimś u boku. Przynajmniej nie z mężczyzną. Ci byli zanadto wymagający, w sposób dokładnie taki, jaki sama przed chwilą zaznaczyła, wymieniając kolejne wady takiego związku. Doskonale też zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby to on miał mieć żonę, to wymagałby od niej dokładnie tych samych podpunktów, ale on z kolei był tym typem człowieka, który chciał jak najmniej. Chciał spełnić wymagania, mieć dziedzica i żonę która stała na straży interesu i dobrego imienia rodziny, a potem wszyscy mogli się od niego odczepić i dać mu święty spokój.
Przesunął twarz, odrywając swój policzek od jej własnego i zamiast tego układając podbródek na czubku jej głowy. Łącząca bliskość wydawała się tak samo zbyt mała, jak i jednocześnie zbyt duża, szarpiąc jego myśli to w jedną, to w drugą stronę, ale przez długi jeszcze czas się nie poruszył. Nie chciała, żeby zbyt szybko ją opuścił, dlatego zrobił jak sobie tego życzyła. Został długo, do rana.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast