28.01.2026, 07:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.01.2026, 08:09 przez Albert Rookwood.)
Druga część września? Nie zamierzał okazywać zniecierpliwienia, ale wizja czekania niemal miesiąca na pierwszą rozmowę z Perseuszem już zdążyła go podkurwić. Jeśli zamiast ruszyć z kopyta, ruszają ze ślimaczej stopy, to co będzie później? Kiedy w ogóle zaczną zarabiać? Pewnie nie wyrobią się przed drugim kwartałem następnego roku. Cały rok podatkowy w plecy! Po pierwsze: z roku na rok coraz bardziej zacieśniają limity odliczeń od podatku, po drugie: Albert potrzebował pieniędzy już teraz.
Pokiwał głową z uśmiechem, bez słowa akceptując proponowany przez Kanclerza przedział czasowy. Wewnątrz swojej głowy już postanowił, że spotka się z nieoszlifowanym rombem już w następnym tygodniu. Na własną rękę. Nie spodziewał się, żeby z tego mityngu wynikło zbyt wiele, ale przynajmniej zrobi rekonesans. Odruchowo przywiódł puste palce do ust, bo za tę odważną myśl zdecydowanie należał mu się dymek w nagrodę. Dla niepoznaki powiódł dłonią wyżej, żeby poprawić siwiejące włosy przy skroni.
"Ufam twojej ekspertyzie w tym temacie" - on sam swojej ekspertyzie nie ufał. Nie lubił rozmawiać z medykami, szczególnie z takimi od głowy. Już wystarczająco miał z nimi do czynienia, kiedy Helena wymyśliła sobie, że ma "problemy". Nie, to nie były po prostu "problemy". To były "zaburzenia". Zaburzenia kurwa rozsądku.
Zmrużył lekko oczy, kiedy przypomniał sobie, że przecież świętej pamięci żona Malfoya odeszła po długiej przygodzie z magipsychiatrami. Cóż, poniekąd jechali z Kanclerzem na jednym wózku, jeśli chodzi o antypatię do psycho-konowałów.
Wysłuchiwał dalszych instrukcji w ciszy, trochę zaskoczony, że Malfoy jakby wyczytał mu z myśli, że wcale nie zamierza z rozmową z bratankiem czekać do września. Jego słowa były jednak na tyle subtelne, że nie mógł nawet poczuć się urażony brakiem zaufania z jego strony. "Jeśli by mu się zdarzyło..."
- Oczywiście, oczywiście. Jeżeli akurat siądziemy przy drinku, to spróbuję pociągnąć go za język w temacie jego planów zawodowych. A nuż trafimy na coś, co warto będzie wintegrować w nasze chlubne przedsięwzięcie. Poinformuję cię listownie, niezwłocznie... - Może zasugerował termin na wrzesień ze względu na urlop? - Jeśli oczywiście listy zamierzasz w tym czasie przyjmować. Podsumuję to sumarycznie, nie ma sensu marnować uwagi tak błyskotliwego umysłu na cokolwiek poza zdestylowanymi konkretami. Niemniej jednak płynna komunikacja pozwoliłaby mi wcześniej rozpocząć przygotowania do spotkania z doktorem Lovegoodem.
Gdy Kanclerz wspomniał zagadkowe "prywatne sprawy i wydatki", Albert był niemal pewien, że odnosił się wtedy do paskudnego stanu biednej Vespery. Ostrożnie ominął ten temat, bo był świadomy, że nie wyglądałoby to najlepiej, gdyby zestawić fakt, że Perseusz desperacko potrzebuje pieniędzy, z tym, że Albert zamierza jak najszybciej sprzedać mu swoją propozycję na wątpliwy moralnie biznes.
Powziął do ręki swoją czarną aktówkę i wymownie zatrzasnął jej klipsy. Obiektywnie dzisiejsze spotkanie z Malfoyem okazało się bardzo owocne, ale tak czy siak nie mógł doczekać się wyjścia z pracy. W ramach lunchu wypalił ciągiem pięć fajek, nic poza tym. Czuł już na języku znajomy smak smażonej na smalcu sarniny. Następnym razem zdecydowanie spotkają się w restauracji, nie w biurze. Najlepiej by było w pubie, ale podejrzewał, że rody srające złotem raczej nie potrafią docenić sezonowanych wieloletnim syfem dywanów.
Pokiwał głową z uśmiechem, bez słowa akceptując proponowany przez Kanclerza przedział czasowy. Wewnątrz swojej głowy już postanowił, że spotka się z nieoszlifowanym rombem już w następnym tygodniu. Na własną rękę. Nie spodziewał się, żeby z tego mityngu wynikło zbyt wiele, ale przynajmniej zrobi rekonesans. Odruchowo przywiódł puste palce do ust, bo za tę odważną myśl zdecydowanie należał mu się dymek w nagrodę. Dla niepoznaki powiódł dłonią wyżej, żeby poprawić siwiejące włosy przy skroni.
"Ufam twojej ekspertyzie w tym temacie" - on sam swojej ekspertyzie nie ufał. Nie lubił rozmawiać z medykami, szczególnie z takimi od głowy. Już wystarczająco miał z nimi do czynienia, kiedy Helena wymyśliła sobie, że ma "problemy". Nie, to nie były po prostu "problemy". To były "zaburzenia". Zaburzenia kurwa rozsądku.
Zmrużył lekko oczy, kiedy przypomniał sobie, że przecież świętej pamięci żona Malfoya odeszła po długiej przygodzie z magipsychiatrami. Cóż, poniekąd jechali z Kanclerzem na jednym wózku, jeśli chodzi o antypatię do psycho-konowałów.
Wysłuchiwał dalszych instrukcji w ciszy, trochę zaskoczony, że Malfoy jakby wyczytał mu z myśli, że wcale nie zamierza z rozmową z bratankiem czekać do września. Jego słowa były jednak na tyle subtelne, że nie mógł nawet poczuć się urażony brakiem zaufania z jego strony. "Jeśli by mu się zdarzyło..."
- Oczywiście, oczywiście. Jeżeli akurat siądziemy przy drinku, to spróbuję pociągnąć go za język w temacie jego planów zawodowych. A nuż trafimy na coś, co warto będzie wintegrować w nasze chlubne przedsięwzięcie. Poinformuję cię listownie, niezwłocznie... - Może zasugerował termin na wrzesień ze względu na urlop? - Jeśli oczywiście listy zamierzasz w tym czasie przyjmować. Podsumuję to sumarycznie, nie ma sensu marnować uwagi tak błyskotliwego umysłu na cokolwiek poza zdestylowanymi konkretami. Niemniej jednak płynna komunikacja pozwoliłaby mi wcześniej rozpocząć przygotowania do spotkania z doktorem Lovegoodem.
Gdy Kanclerz wspomniał zagadkowe "prywatne sprawy i wydatki", Albert był niemal pewien, że odnosił się wtedy do paskudnego stanu biednej Vespery. Ostrożnie ominął ten temat, bo był świadomy, że nie wyglądałoby to najlepiej, gdyby zestawić fakt, że Perseusz desperacko potrzebuje pieniędzy, z tym, że Albert zamierza jak najszybciej sprzedać mu swoją propozycję na wątpliwy moralnie biznes.
Powziął do ręki swoją czarną aktówkę i wymownie zatrzasnął jej klipsy. Obiektywnie dzisiejsze spotkanie z Malfoyem okazało się bardzo owocne, ale tak czy siak nie mógł doczekać się wyjścia z pracy. W ramach lunchu wypalił ciągiem pięć fajek, nic poza tym. Czuł już na języku znajomy smak smażonej na smalcu sarniny. Następnym razem zdecydowanie spotkają się w restauracji, nie w biurze. Najlepiej by było w pubie, ale podejrzewał, że rody srające złotem raczej nie potrafią docenić sezonowanych wieloletnim syfem dywanów.