28.01.2026, 11:31 ✶
W łazience
Lorien dobrze myślała - Charlotte nie biegła przez całą posiadłość, byleby tylko znaleźć się jak najdalej od tego wszystkiego, chociaż Matka jej świadkiem, że miała ochotę. Zamiast tego jednak zamknęła się w pierwszej lepszej łazience, którą napotkała, by pozwolić słonym łzom rosić jej policzki. Makijaż rozmazywał się, a ona przestała już się starać wycierać go delikatnie chusteczką. Niech łzy płyną, a gdy w końcu źródełko wyschnie - poprawi wszystko.
Za dużo w niej było z człowieka. Za dużo w niej było kobiety, która nie chciała być jak matka. Nie chciała milczeć, nie chciała pozwalać na niesprawiedliwość. Gdy Scarlett mroziła ją spojrzeniem, odpowiedziała jej tym samym dead stare, bo nie będzie jej gówniara rzucać spojrzeń. To mógł być jej ojciec, lecz Richard był jej kuzynem. Kuzynem, który przegiął. Który powiedział za dużo i został upokorzony. Nie miał prawa mówić tak o Lorien i jeżeli Scarlett chciała siedzieć cicho i pozwalać obrzucać rodzinę błotem: niech i tak będzie. Ale Charlotte to nie była Scarlett. Charlotte miała emocje, wyrwała się spod buta tradycji i wiecznego milczenia.
Nigdy nie zamilknie, jeżeli chodzi o Lorien. Nie... nie tylko Lorien - jeżeli chodzi o kobiety, które w końcu odzyskały głos. Jeżeli reakcją na to będzie policzek, przyjmie go z godnością. Nie nadstawi drugiego, lecz będzie pielęgnować w sobie żal i wściekłość, by oddać potrójnie w zemście po latach.
Stukanie wyrwało ją z rozmyślań. Łzy jak na komendę przestały lecieć, a chusteczka zmazała czarne ścieżki tuszu na policzkach. Nie była w stanie poprawić makijażu tak, by było idealnie, ale mogła nie wyglądać jak klaun przed ciotką.
- Już otwieram - głos nadal jej drżał z emocji, ale to nic. Wdech, wydech... Jeszcze jedno zerknięcie w lustro, sztuczny i słaby uśmiech, a potem zamek przekręcił się, by wpuścić Lorien do środka. Nie spodziewała się prezentu. - Dla mnie?
Spojrzała pytająco na ciotkę, zapominając na moment o łzach. Wyglądała teraz jak ta sarenka, która stała przed myśliwym i czekała na ostateczny cios. Nie uciekała, lecz wpatrywała się w Lorien z szokiem. I tylko sączące się piętno na przedramieniu przypominało o tym, co się stało przed chwilą.
- Dziękuję - oczy ponownie zaszły jej łzami. Nie dbając o konwenanse, bo przecież były same, przytuliła się do kobiety. - Przepraszam, że tak wyszłam. Ja... Niezbyt dobrze to wszystko znoszę.
Przyznała się w końcu, odkładając prezent na umywalkę. Podwinęła rękaw sukni, by pokazać Lorien zaropiałe, srebrne piętno, które musiało zostać chwilę temu rozdrapane. Sączyła się z niego krew i ropa. Srebrzyste plamy pyszniły się wokół ran, nie dając dziewczynie zapomnieć o tym, że była chora i nic nie mogło tego zmienić.