28.01.2026, 15:54 ✶
Powoli wychodził ze stanu kompletnej konsternacji w stan konsternacji silnej, lecz nieparaliżującej. Trudno było patrzeć mu na siebie (nie-siebie?), a jeszcze gorszy okazał się pierwszoosobowy widok innych dłoni, ubioru, ciała. Był niższy niż normalnie (niższy od siebie samego), mówił innym głosem, do którego chyba najtrudniej było się mu przyzwyczaić.
Z tego, co zrozumiał, wina za cały ten incydent leżała po stronie poltergeista. Henry'emu obiło się o uszy, że zatruwał życie wielu londyńskich czarodziejów za pomocą różnych psikusów tego typu. A może to było wiele duchów? Cała siatka? Och, oczywiście nasuwały mu się na myśl wszelakie teorie spiskowe. A przecież musiał się skoncentrować na tym, że miał całkowicie przejebane.
— Henry Lockhart — przedstawił się (lub stojącego naprzeciwko chłopaka). Wskazał na wiszący na szyi Lewisa-Henry'ego aparat. — Jesteś fotografem dla Proroka Codziennego. Na szczęście nie mam... znaczy nie masz... dziś żadnych ważnych wywiadów ani sesji. To nie jest więc najważniejszy dzień w mojej karierze.
Co nie oznaczało, że wszystko dziś miało być w idealnym porządku.
Chłopak musiał być palaczem, skoro zwrócił uwagę na papierosy. A może po prostu nie znosił ich zapachu? Henry znał takich ludzi i nawet ich rozumiał. Nie każdemu podobało się, gdy cały lokal zasnuty był dymem. On zresztą sam zawsze wychodził z mieszkania, gdy palił. A jednak ton Lewisa, tak dziwnie brzmiący przy Henrykowym głosie, należeć musiał do eks-palacza. Czaiło się w nim za dużo żalu.
— Jeśli cię to pocieszy, staram się kontrolować nałóg. Palę tylko jednego dziennie — powiedział i zaraz złapał się na tym, że to nie o to w ogóle chodziło. — Powstrzymam się od palenia, będąc w twoim ciele. Znaczy... będąc tobą.
Bycie w czyimś ciele brzmiało już zdecydowanie niezręcznie. Trzeba było trochę rozładować atmosferę. Problem w tym, że nawet będąc sobą, Henry nie radził sobie z tym jakoś wspaniale.
— Wejdźmy może do środka? Zimno tu trochę — zaproponował.
Z tego, co zrozumiał, wina za cały ten incydent leżała po stronie poltergeista. Henry'emu obiło się o uszy, że zatruwał życie wielu londyńskich czarodziejów za pomocą różnych psikusów tego typu. A może to było wiele duchów? Cała siatka? Och, oczywiście nasuwały mu się na myśl wszelakie teorie spiskowe. A przecież musiał się skoncentrować na tym, że miał całkowicie przejebane.
— Henry Lockhart — przedstawił się (lub stojącego naprzeciwko chłopaka). Wskazał na wiszący na szyi Lewisa-Henry'ego aparat. — Jesteś fotografem dla Proroka Codziennego. Na szczęście nie mam... znaczy nie masz... dziś żadnych ważnych wywiadów ani sesji. To nie jest więc najważniejszy dzień w mojej karierze.
Co nie oznaczało, że wszystko dziś miało być w idealnym porządku.
Chłopak musiał być palaczem, skoro zwrócił uwagę na papierosy. A może po prostu nie znosił ich zapachu? Henry znał takich ludzi i nawet ich rozumiał. Nie każdemu podobało się, gdy cały lokal zasnuty był dymem. On zresztą sam zawsze wychodził z mieszkania, gdy palił. A jednak ton Lewisa, tak dziwnie brzmiący przy Henrykowym głosie, należeć musiał do eks-palacza. Czaiło się w nim za dużo żalu.
— Jeśli cię to pocieszy, staram się kontrolować nałóg. Palę tylko jednego dziennie — powiedział i zaraz złapał się na tym, że to nie o to w ogóle chodziło. — Powstrzymam się od palenia, będąc w twoim ciele. Znaczy... będąc tobą.
Bycie w czyimś ciele brzmiało już zdecydowanie niezręcznie. Trzeba było trochę rozładować atmosferę. Problem w tym, że nawet będąc sobą, Henry nie radził sobie z tym jakoś wspaniale.
— Wejdźmy może do środka? Zimno tu trochę — zaproponował.