08.03.2023, 00:55 ✶
Pomimo, że na pierwszy rzut oka zdawała się być roztrzepana i nieogarnięta, nie można było odmówić jej jednego - zadawała bardzo dobre pytania. Tak też było tym razem, co zresztą Rookwood junior słusznie zauważył. To była cecha, którą posiadała właściwie od zawsze; wrodzona bezpośredniość i ekstrawersja uniemożliwiały jej trzymanie języka za zębami. Przez wiele lat była przysłowiowym "co w głowie, to na języku", co niestety nie zawsze wychodziło jej na dobre. Z biegiem czasu zdołała nauczyć się, że nie wszystkim co przyjdzie jej na myśl powinna podzielić się ze światem, dzięki czemu wpadanie w dziwne sytuacje było znacznie rzadsze i mniej dotkliwe (choć nie dała rady zredukować tego do zera, smuteczek). Poza obserwacją, zadawanie dobrych pytań i otwartość na ludzi były niezbędnymi cechami w jej profesji - nie tylko pozwalały jej uzyskać odpowiedź na nurtujące ją zagadnienia, ale i przede wszystkim pomagały na wyciągnięcie odpowiednich wniosków.
- To ma sens.- odpowiedziała, ze zrozumieniem kiwając lekko głową. Kompletnie nie zwróciła uwagi na niezręczność, z jaką jej odpowiedział - albo nieszczególnie się tym przejęła, albo po prostu tego nie zauważyła. Mniejsza o to.
Gdyby spytać Dani, czy w jej oczach Ulysses był tchórzem... to pewnie odpowiedziałaby, że nie ma bladego pojęcia, bo nie spędzali wspólnie wystarczająco dużo czasu, by móc to wiedzieć; nie nadarzyła im się okazja na wspólny skok ze spadochronu, albo integrację z Rogogonem Węgierskim. A szkoda. To mogłoby być całkiem interesujące przeżycie.
Generalnie daleko było jej do zbyt szybkiego wyrabiania sobie zdania na temat innych, tym bardziej że wiedziała tylko tyle, co sama zaobserwowała i co jej powiedział. Niepodważalnym faktem było to, że tego dnia dzięki niemu nie wpakowała się w jeszcze gorsze bagno - a tego, pomimo znacznie gorszej pamięci od Rookwooda, na pewno nie zapomni. Nie zdawała sobie sprawy, jaką falę najróżniejszych myśli wywołał gest, który w jej oczach był tak samo istotny, jak przywitanie się ze znajomym z pracy, mijanym na korytarzu.
Kiedy udało im się wydostać z tłumu, spodziewała się krótkiego pożegnania i teleportacji poza obszar zagrożenia ze strony Ulyssesa. W końcu takie plany miał mężczyzna, o czym zdążył ją poinformować; kiedy usłyszała jego słowa, nie dała rady powstrzymać zaskoczonego wyrazu twarzy. Niestety, to nie był odpowiedni czas na roztrząsanie motywów i tego, czym kierował się Rookwood. Może gdy już będzie po wszystkim i będą mieli możliwość spokojnej rozmowy, to go o to zapyta. O ile taka okazja się kiedykolwiek nadarzy i nie wypadnie jej to z pamięci.
- Nie musisz. - wypaliła w pierwszej chwili, nie chcąc żeby czuł się zobowiązany. To był wyłącznie jej wymysł, że zamierzała tu zostać. - Ale doceniam, serio. Musisz jednak mieć świadomość, że jestem beznadziejnym liderem, więc bądź wyrozumiały. - dodała szybko, pewnie trochę na wyrost - przecież zdarzało jej się być tą, która kierowała innymi; jak dotychczas żadne skargi na nią nie wpłynęły. Nie zamierzała odpychać chęci pomocy Rookwooda, ponieważ w takich chwilach jak ta, każda para rąk do pomocy się przyda - tym bardziej, gdy te należały do kogoś do bólu opanowanego, niepodatnego na rosnącą na sile panikę tłumu.
Na eskalację nie musieli czekać długo. Dochodzące zewsząd krzyki zbiły się w jeden, niezrozumiały jazgot, a jasne, bezchmurne niebo przecięły liczne smugi zaklęć, których cel był jeden - skrzywdzić drugą osobę. Bezwarunkowo wzięła głębszy oddech i zacisnęła dłonie, jedną na różdżce, drugą z kolei - na nadgarstku Rookwooda, bo przecież kompletnie umknęło jej, że znacznie wcześniej powinna go puścić. Zrobiła to dopiero teraz, gdy poluzowała uścisk.
- Ranny uzdrowiciel nikomu nie pomoże. Więc pierwsza zasada, to dbanie o własne bezpieczeństwo. - odezwała się, mimo że na pewno to wiedział. Mówiła, żeby coś mówić?
Efekty eskalacji były widoczne niemal natychmiast. Choć brygadziści i aurorzy robili co mogli i z całej siły starali się stłumić konflikt, nie mogło obyć się bez ofiar zaklęć czy paniki, która wybuchła. Ci, którzy potrafili w porę starali się teleportować, jednak trzeba było mieć na uwadze to, że duża część obecnych nie posiadała zdolności magicznych i w ucieczce polegać mogli jedynie na własnych nogach. Na moment przestała się rozglądać, a jej wzrok zamarł w jednym punkcie.
- Cholera, startują ją zaraz.- mruknęła cicho, niemal natychmiast kierując się w określoną stroną. Nietrudno było domyślić się, o czym mówiła - nieopodal leżała drobnej postury kobieta, którą najpewniej dosięgło jakieś zaklęcie, lub była ofiarą poturbowania; choć znajdowała się poza największym skupiskiem ludzi, uciekający w popłochu ludzie i tak nie zwracali na nią uwagi.
- Pomóż mi, nie dam rady jej sama przenieść.- dodała szybko, starając się dostać do poszkodowanej, by przy pomocy Ulliego przenieść ją w bezpieczne miejsce i tam udzielić ewentualnej pomocy.
- To ma sens.- odpowiedziała, ze zrozumieniem kiwając lekko głową. Kompletnie nie zwróciła uwagi na niezręczność, z jaką jej odpowiedział - albo nieszczególnie się tym przejęła, albo po prostu tego nie zauważyła. Mniejsza o to.
Gdyby spytać Dani, czy w jej oczach Ulysses był tchórzem... to pewnie odpowiedziałaby, że nie ma bladego pojęcia, bo nie spędzali wspólnie wystarczająco dużo czasu, by móc to wiedzieć; nie nadarzyła im się okazja na wspólny skok ze spadochronu, albo integrację z Rogogonem Węgierskim. A szkoda. To mogłoby być całkiem interesujące przeżycie.
Generalnie daleko było jej do zbyt szybkiego wyrabiania sobie zdania na temat innych, tym bardziej że wiedziała tylko tyle, co sama zaobserwowała i co jej powiedział. Niepodważalnym faktem było to, że tego dnia dzięki niemu nie wpakowała się w jeszcze gorsze bagno - a tego, pomimo znacznie gorszej pamięci od Rookwooda, na pewno nie zapomni. Nie zdawała sobie sprawy, jaką falę najróżniejszych myśli wywołał gest, który w jej oczach był tak samo istotny, jak przywitanie się ze znajomym z pracy, mijanym na korytarzu.
Kiedy udało im się wydostać z tłumu, spodziewała się krótkiego pożegnania i teleportacji poza obszar zagrożenia ze strony Ulyssesa. W końcu takie plany miał mężczyzna, o czym zdążył ją poinformować; kiedy usłyszała jego słowa, nie dała rady powstrzymać zaskoczonego wyrazu twarzy. Niestety, to nie był odpowiedni czas na roztrząsanie motywów i tego, czym kierował się Rookwood. Może gdy już będzie po wszystkim i będą mieli możliwość spokojnej rozmowy, to go o to zapyta. O ile taka okazja się kiedykolwiek nadarzy i nie wypadnie jej to z pamięci.
- Nie musisz. - wypaliła w pierwszej chwili, nie chcąc żeby czuł się zobowiązany. To był wyłącznie jej wymysł, że zamierzała tu zostać. - Ale doceniam, serio. Musisz jednak mieć świadomość, że jestem beznadziejnym liderem, więc bądź wyrozumiały. - dodała szybko, pewnie trochę na wyrost - przecież zdarzało jej się być tą, która kierowała innymi; jak dotychczas żadne skargi na nią nie wpłynęły. Nie zamierzała odpychać chęci pomocy Rookwooda, ponieważ w takich chwilach jak ta, każda para rąk do pomocy się przyda - tym bardziej, gdy te należały do kogoś do bólu opanowanego, niepodatnego na rosnącą na sile panikę tłumu.
Na eskalację nie musieli czekać długo. Dochodzące zewsząd krzyki zbiły się w jeden, niezrozumiały jazgot, a jasne, bezchmurne niebo przecięły liczne smugi zaklęć, których cel był jeden - skrzywdzić drugą osobę. Bezwarunkowo wzięła głębszy oddech i zacisnęła dłonie, jedną na różdżce, drugą z kolei - na nadgarstku Rookwooda, bo przecież kompletnie umknęło jej, że znacznie wcześniej powinna go puścić. Zrobiła to dopiero teraz, gdy poluzowała uścisk.
- Ranny uzdrowiciel nikomu nie pomoże. Więc pierwsza zasada, to dbanie o własne bezpieczeństwo. - odezwała się, mimo że na pewno to wiedział. Mówiła, żeby coś mówić?
Efekty eskalacji były widoczne niemal natychmiast. Choć brygadziści i aurorzy robili co mogli i z całej siły starali się stłumić konflikt, nie mogło obyć się bez ofiar zaklęć czy paniki, która wybuchła. Ci, którzy potrafili w porę starali się teleportować, jednak trzeba było mieć na uwadze to, że duża część obecnych nie posiadała zdolności magicznych i w ucieczce polegać mogli jedynie na własnych nogach. Na moment przestała się rozglądać, a jej wzrok zamarł w jednym punkcie.
- Cholera, startują ją zaraz.- mruknęła cicho, niemal natychmiast kierując się w określoną stroną. Nietrudno było domyślić się, o czym mówiła - nieopodal leżała drobnej postury kobieta, którą najpewniej dosięgło jakieś zaklęcie, lub była ofiarą poturbowania; choć znajdowała się poza największym skupiskiem ludzi, uciekający w popłochu ludzie i tak nie zwracali na nią uwagi.
- Pomóż mi, nie dam rady jej sama przenieść.- dodała szybko, starając się dostać do poszkodowanej, by przy pomocy Ulliego przenieść ją w bezpieczne miejsce i tam udzielić ewentualnej pomocy.