29.01.2026, 11:37 ✶
– Mogło chodzić po prostu o konkretne punkty na mapie albo coś w sąsiedztwie… a i w gruncie rzeczy teraz wydaje się, że tej piwnicy tam nie ma? Może zmienia położenia? – dywagowała Brenna, po czym ugryzła pączka, ostrożnie, by nie uwalić się cała czekoladą. Wyszło o tyle, o ile, bo wargi po chwili miała całe w cukrze pudrze i nadzieniu, ale przynajmniej udało się jej nie ubrudzić niczego poza ustami i rękami. – Mam nadzieję, że w tym domu, który kupiłaś, wszystko jest w porządku. To naprawdę byłoby o wiele za dużo pecha, tam przecież Thoran i Zadrapanie nie mogli sięgnąć…
Chociaż całkiem bogata wyobraźnia Brenny przecież od razu podpowiadała, że w jeziorze może być jakiś topielec i nikt nie wie, co będzie skrywać się w pobliskich lasach. Nie chciała jednak zapeszać i ostatecznie nie powiedziała tego na głos.
– Vinc kiedyś mi wspominał, że tam przez okna było widać jezioro od dołu… w sensie wodę. Jak to zniosła, to i jezioro za oknem zniesie. Chociaż wiesz co? Slytherin miał dziwny gust, serio. Znaczy się, domyślam się, że dzięki magii tam nie było jakoś ciemno i wilgotno, ale jednak byliście d z i e ć m i. Czy tysiąc lat temu zakładali, że dzieci nie potrzebują światła słonecznego…? Nie, zaraz, zapomnij, że pytałam, mugole to chyba w ogóle wtedy trzymali je w kopalniach czy coś takiego…
Myliła pewnie trochę okresy i miejsca, bo jakby nie było, na mugolskiej historii totalnie się nie znała (a i co do czarodziejskiej kochała absolutnie opowieści i życiorysy sławnych czarownic, ale jednak przespała niejedną lekcję o buntach goblinów).
A potem słuchała Victorii, w milczeniu, najpierw jedząc tego pączka, potem starannie oczyszczając palce chusteczką, nie przerywając ani na moment. A później wciąż się nie odezwała, w niepasującej do niej wręcz ciszy sięgnęła po butelkę i rozlała im tej whiskey – choć początkowo była całkiem pewna, że będzie jednak pić dziś herbatę, to jednak ta opowieść wymagała choćby kieliszka.
Chyba zaczynała rozumieć, dlaczego Victoria opowiadała o nim tak mało.
I Brennie nie tyleż brakowało teraz słów, co starała się te przychodzące jej do głowy przefiltrować. Odrzucić takie jak „to mogę jednak iść złamać mu nos?” czy „o Merlinie, dziewczyno, twoja matka jest chora psychicznie, czy chcesz pomocy w stworzeniu nowej tożsamości?” albo „jak dobrze, że wyjechał i nie musisz go rzucać”. Nie do końca byłyby stosowne w tej chwili, chociaż przed oczyma Brenny łopotała najczerwieńsza z czerwonych flag.
– To dopiero są sprzeczne sygnały – powiedziała w końcu, i myślała o opowieści Aveliny, o tym, co kiedyś mówiła Mav, o Cynthii, bo jak się okazało, że zaręczyny Louvaina nie były zerwane, jak sądziła Brenna, o tym, jak kiedyś Icarus potraktował Monę, o Eunice, opowieści Lyssy i o obrazie Stanleya u Stelli, o jej nieświadomym uśmiechu, gdy Ministerstwo już go szukało… - …czy w ogóle istnieją jeszcze mężczyźni, którzy dobrze traktują swoje partnerki? – wymknęło się jej i uniosła szklankę, by upić łyk, palący w gardło. Piła w ciągu ostatnich miesięcy za często, bo to był trzeci raz, ale przynajmniej tym razem nie był to podły trunek ani bimber Geralta.
Zaraz, Hjalmar. Hjalmar się liczył, prawda?
Myślała, że Sauriel troszczył się na swój sposób o Victorię, ale to brzmiało jak historia o kimś, kto myślał tylko o sobie. Pewnie magiterapeuta (albo mugolski terapeuta) miałby wiele do powiedzenia o typach osobowości i tak dalej.
– Przykro mi, że musiałaś przez to przejść, Tori. Ale może lepiej, że on wyjechał. Wiem, że to wycinek, że… też choćby przyszedł, kiedy coś ci groziło… ale sama historia brzmi jak ktoś, kto chce robić zawsze to, co zechce, i jakiekolwiek pomyślenie o tym, co jest dobre dla kogoś innego, uważa za naruszenie swojej granicy. Czy on w ogóle… starał się jakoś? – zapytała, ostrożnie, nie chcąc powiedzieć za wiele przeciwko Saurielowi, na którym przecież Victorii ewidentnie zależało. Chociaż po prawdzie: nieważne, jak skomplikowana była sytuacja, to obowiązkiem przyjaciółki było w takich chwilach się wkurzać na faceta. Nawet jeśli ta, która się z nim spotykała, się na niego nie wkurzała.
Chociaż całkiem bogata wyobraźnia Brenny przecież od razu podpowiadała, że w jeziorze może być jakiś topielec i nikt nie wie, co będzie skrywać się w pobliskich lasach. Nie chciała jednak zapeszać i ostatecznie nie powiedziała tego na głos.
– Vinc kiedyś mi wspominał, że tam przez okna było widać jezioro od dołu… w sensie wodę. Jak to zniosła, to i jezioro za oknem zniesie. Chociaż wiesz co? Slytherin miał dziwny gust, serio. Znaczy się, domyślam się, że dzięki magii tam nie było jakoś ciemno i wilgotno, ale jednak byliście d z i e ć m i. Czy tysiąc lat temu zakładali, że dzieci nie potrzebują światła słonecznego…? Nie, zaraz, zapomnij, że pytałam, mugole to chyba w ogóle wtedy trzymali je w kopalniach czy coś takiego…
Myliła pewnie trochę okresy i miejsca, bo jakby nie było, na mugolskiej historii totalnie się nie znała (a i co do czarodziejskiej kochała absolutnie opowieści i życiorysy sławnych czarownic, ale jednak przespała niejedną lekcję o buntach goblinów).
A potem słuchała Victorii, w milczeniu, najpierw jedząc tego pączka, potem starannie oczyszczając palce chusteczką, nie przerywając ani na moment. A później wciąż się nie odezwała, w niepasującej do niej wręcz ciszy sięgnęła po butelkę i rozlała im tej whiskey – choć początkowo była całkiem pewna, że będzie jednak pić dziś herbatę, to jednak ta opowieść wymagała choćby kieliszka.
Chyba zaczynała rozumieć, dlaczego Victoria opowiadała o nim tak mało.
I Brennie nie tyleż brakowało teraz słów, co starała się te przychodzące jej do głowy przefiltrować. Odrzucić takie jak „to mogę jednak iść złamać mu nos?” czy „o Merlinie, dziewczyno, twoja matka jest chora psychicznie, czy chcesz pomocy w stworzeniu nowej tożsamości?” albo „jak dobrze, że wyjechał i nie musisz go rzucać”. Nie do końca byłyby stosowne w tej chwili, chociaż przed oczyma Brenny łopotała najczerwieńsza z czerwonych flag.
– To dopiero są sprzeczne sygnały – powiedziała w końcu, i myślała o opowieści Aveliny, o tym, co kiedyś mówiła Mav, o Cynthii, bo jak się okazało, że zaręczyny Louvaina nie były zerwane, jak sądziła Brenna, o tym, jak kiedyś Icarus potraktował Monę, o Eunice, opowieści Lyssy i o obrazie Stanleya u Stelli, o jej nieświadomym uśmiechu, gdy Ministerstwo już go szukało… - …czy w ogóle istnieją jeszcze mężczyźni, którzy dobrze traktują swoje partnerki? – wymknęło się jej i uniosła szklankę, by upić łyk, palący w gardło. Piła w ciągu ostatnich miesięcy za często, bo to był trzeci raz, ale przynajmniej tym razem nie był to podły trunek ani bimber Geralta.
Zaraz, Hjalmar. Hjalmar się liczył, prawda?
Myślała, że Sauriel troszczył się na swój sposób o Victorię, ale to brzmiało jak historia o kimś, kto myślał tylko o sobie. Pewnie magiterapeuta (albo mugolski terapeuta) miałby wiele do powiedzenia o typach osobowości i tak dalej.
– Przykro mi, że musiałaś przez to przejść, Tori. Ale może lepiej, że on wyjechał. Wiem, że to wycinek, że… też choćby przyszedł, kiedy coś ci groziło… ale sama historia brzmi jak ktoś, kto chce robić zawsze to, co zechce, i jakiekolwiek pomyślenie o tym, co jest dobre dla kogoś innego, uważa za naruszenie swojej granicy. Czy on w ogóle… starał się jakoś? – zapytała, ostrożnie, nie chcąc powiedzieć za wiele przeciwko Saurielowi, na którym przecież Victorii ewidentnie zależało. Chociaż po prawdzie: nieważne, jak skomplikowana była sytuacja, to obowiązkiem przyjaciółki było w takich chwilach się wkurzać na faceta. Nawet jeśli ta, która się z nim spotykała, się na niego nie wkurzała.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.