29.01.2026, 21:22 ✶
Kawiarnia magicznego Paryża stanowiła dla Ceolsige urocze tło. Sprawiała wrażenie jakby jednocześnie pasowała do otoczenia oraz z niego się wyróżniała. Z naturalną gracją zajęła miejsce przy stoliku, niemal natychmiast przyjmując pozę swobodnej elegancji. Założyła nogę na nogę, a czubek jej buta zaczął miarowo, leniwie się kołysać, wprawiając rąbek czarnej spódnicy w hipnotyzujące falowanie.
W przeciwieństwie do Lazarusa, nie czekała z sięgnięciem po jeden z ulubionych smaków. Kierujące nią uzależnienie bliższe było próżnemu kaprysowi niż dawkowanemu grzechowi. Miała w zwyczaju sięgać po to, czego pragnęła, kiedy mogła sobie na to pozwolić.
Podniosła menu, a jej druga dłoń, uzbrojona w różdżkę, rozpoczęła w powietrzu subtelny taniec. Podczas gdy jej oczy błądziły po nazwach francuskich potraw, wokół niej odbywał się mały spektakl. Dębowa fajka, woreczek z tytoniem i niezbędnik wypłynęły z kieszeni, orbitując wokół niej w idealnej harmonii. Były to gesty wyuczone, płynne i wyważone. Rytuał ten powtarzany był nader często tak, że stał się już mimowolną odruchem, łatwiejszym niż zapięcie guzika.
Niezbędnik sam ubił tytoń w kominie, a Ceolsige nawet nie oderwała wzroku od karty dań. Dopiero w momencie, gdy drewniany ustnik wsunął się gładko między jej rozchylone wargi, poświęciła obiektom pełną uwagę. Krótkim, oszczędnym gestem różdżki odesłała woreczek i niezbędnik z powrotem do bezpiecznej przystani kieszeni spódnicy. W tej samej sekundzie wzniecając żar w kominie fajki.
Zaciągnęła się głęboko, mrużąc powieki, tak że oczy zamieniły się w wąskie szczeliny, przez które prześwitywał błękit tęczówek. Wypuściła z ust idealne, małe kółeczko szarego dymu, które powoli rozpłynęło się w paryskim powietrzu.
Płynnym ruchem ujęła cybuch w smukłe palce, odsuwając fajkę od ust. Posłała Lazarusowi uprzejmy, choć zabarwiony nutą rozbawienia uśmiech. Palcami gładziła wybrzuszenie fajki pozwalając by uczucie znajomej faktury wprowadziło ją w stan wewnętrznego odprężenia.
– Muszę przyznać, że jestem zaskoczona – zaczęła, a jej głos niósł w sobie przyjacielską przekorę. – Nie spodziewałam się, że okazja, która dla mnie była tak przyjemnym urozmaiceniem, dla ciebie okazała się aż tak... nieprzyjemną koniecznością.
Gdy wspomniał o psychiatrze, machnęła lekko dłonią z fajką, kreśląc w powietrzu smugę dymu, jakby chciała fizycznie zbagatelizować skalę tego wyzwania.
– Och, nie dramatyzujmy. Twój terapeuta widział zapewne gorsze rzeczy niż zakupy – dodała, po czym przyłożyła dłoń do dekoltu w geście teatralnego, przerysowanego współczucia. – Ale przyjmij moje najszczersze przeprosiny za poddawanie cię tak drastycznym obrazom. Mam nadzieję, że twoja psychika nie doznała trwałego uszczerbku.
Zaciągnęła się ponownie, wypuszczając kolejne kółeczko dymu, które poszybowało w stronę fontanny. Obserwowała je przez chwilę, po czym przeniosła wzrok na Lazarusa. Tym razem w jej błękitnych oczach nie było już teatralnej kokieterii czy żartu, a jedynie spokojna uwaga.
– A skoro już przy tym jesteśmy... – zapytała tonem lżejszym, pozbawionym wcześniejszej przekory, z nutą szczerego, lecz nienachalnego zainteresowania. – Jak właściwie postępuje twoja terapia? Pomaga ci to układać te wszystkie... szufladki?
W przeciwieństwie do Lazarusa, nie czekała z sięgnięciem po jeden z ulubionych smaków. Kierujące nią uzależnienie bliższe było próżnemu kaprysowi niż dawkowanemu grzechowi. Miała w zwyczaju sięgać po to, czego pragnęła, kiedy mogła sobie na to pozwolić.
Podniosła menu, a jej druga dłoń, uzbrojona w różdżkę, rozpoczęła w powietrzu subtelny taniec. Podczas gdy jej oczy błądziły po nazwach francuskich potraw, wokół niej odbywał się mały spektakl. Dębowa fajka, woreczek z tytoniem i niezbędnik wypłynęły z kieszeni, orbitując wokół niej w idealnej harmonii. Były to gesty wyuczone, płynne i wyważone. Rytuał ten powtarzany był nader często tak, że stał się już mimowolną odruchem, łatwiejszym niż zapięcie guzika.
Niezbędnik sam ubił tytoń w kominie, a Ceolsige nawet nie oderwała wzroku od karty dań. Dopiero w momencie, gdy drewniany ustnik wsunął się gładko między jej rozchylone wargi, poświęciła obiektom pełną uwagę. Krótkim, oszczędnym gestem różdżki odesłała woreczek i niezbędnik z powrotem do bezpiecznej przystani kieszeni spódnicy. W tej samej sekundzie wzniecając żar w kominie fajki.
Zaciągnęła się głęboko, mrużąc powieki, tak że oczy zamieniły się w wąskie szczeliny, przez które prześwitywał błękit tęczówek. Wypuściła z ust idealne, małe kółeczko szarego dymu, które powoli rozpłynęło się w paryskim powietrzu.
Płynnym ruchem ujęła cybuch w smukłe palce, odsuwając fajkę od ust. Posłała Lazarusowi uprzejmy, choć zabarwiony nutą rozbawienia uśmiech. Palcami gładziła wybrzuszenie fajki pozwalając by uczucie znajomej faktury wprowadziło ją w stan wewnętrznego odprężenia.
– Muszę przyznać, że jestem zaskoczona – zaczęła, a jej głos niósł w sobie przyjacielską przekorę. – Nie spodziewałam się, że okazja, która dla mnie była tak przyjemnym urozmaiceniem, dla ciebie okazała się aż tak... nieprzyjemną koniecznością.
Gdy wspomniał o psychiatrze, machnęła lekko dłonią z fajką, kreśląc w powietrzu smugę dymu, jakby chciała fizycznie zbagatelizować skalę tego wyzwania.
– Och, nie dramatyzujmy. Twój terapeuta widział zapewne gorsze rzeczy niż zakupy – dodała, po czym przyłożyła dłoń do dekoltu w geście teatralnego, przerysowanego współczucia. – Ale przyjmij moje najszczersze przeprosiny za poddawanie cię tak drastycznym obrazom. Mam nadzieję, że twoja psychika nie doznała trwałego uszczerbku.
Zaciągnęła się ponownie, wypuszczając kolejne kółeczko dymu, które poszybowało w stronę fontanny. Obserwowała je przez chwilę, po czym przeniosła wzrok na Lazarusa. Tym razem w jej błękitnych oczach nie było już teatralnej kokieterii czy żartu, a jedynie spokojna uwaga.
– A skoro już przy tym jesteśmy... – zapytała tonem lżejszym, pozbawionym wcześniejszej przekory, z nutą szczerego, lecz nienachalnego zainteresowania. – Jak właściwie postępuje twoja terapia? Pomaga ci to układać te wszystkie... szufladki?