• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence

[sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
29.01.2026, 21:45  ✶  
Samo to, że się tutaj znalazła, było naruszeniem jakichś bardzo konkretnych, chociaż niepisanych reguł - czułem to od pierwszej sekundy, kiedy drzwi przedziału rozsunęły się z tym cichym, mechanicznym jękiem, a ona stanęła w progu - drobna, zbyt wyprostowana, z miną kogoś, kto wie, że wchodzi tam, gdzie nie powinien wchodzić nikt, ale i tak to robi. Nie lubiłem intruzów, nigdy ich nie lubiłem, nawet jeśli sam często zaliczałem się do tej kategorii - hipokryzja, być może, nie zamierzałem udawać, że tego nie dostrzegłem - a ona zdecydowanie była tu intruzem, z krwi i kości. Słuchałem jej, mimo to, oparty o siedzenie, z tą samą obojętnością wymieszaną z irytacją, która towarzyszyła mi od momentu, gdy weszła do środka, mając wrażenie, że coś w jej słowach zaczęło drążyć we mnie dziurę - nie wyjątkowo dużą, ale wystarczającą, by zauważyć, że krajobraz za oknem nie jest już tylko smugą, a zaczyna nabierać kształtów, jakby świat próbował się zdefiniować na nowo. Pociąg, prom, coś pomiędzy, zgodnie z życzeniem. Przechyliłem głowę, przyglądając się jej twarzy - tej upartej minie, która nie pasowała do reszty scenerii, ale jednocześnie wydawała się być jedynym stałym punktem w dryfującym wagonie. Miała w sobie coś z natręta, który nie wie, kiedy przestać, ale jej oczy - te brązowe, głębokie oczy - mówiły coś innego, jakby gdzieś głęboko pod powierzchnią ukrywały mapę, której ja nie potrafiłem odczytać. Nie lubiłem tego uczucia - całkowitego braku kontroli, tej niepewności, która czaiła się pod moją skórą jak swędzenie, którego nie dało się podrapać.
Kiedy powiedziała „Czyli nie muszę się już martwić?”, uniosłem brew, bardzo powoli, jakbym sprawdzał, czy naprawdę wierzy w to, co właśnie powiedziała. Pociąg kołysał się lekko, a ja przesunąłem dłonią po kolanie, próbując zająć ręce, zanim zaczną robić coś głupiego, jak na przykład zbyt mocno gestykulować, jak zawsze, gdy robiłem się nerwowy.
- Martwić? - Powtórzyłem jej słowo, z lekkim prychnięciem, które nie było śmiechem, nie do końca szyderą, tylko czymś pomiędzy. - To zależy - odpowiedziałem powoli - co dokładnie rozumiesz przez „martwić się”. - Nie uśmiechnąłem się, nie zmrużyłem oczu, po prostu patrzyłem. Dawałem jej sekundę na zrozumienie, że „nie wyrzuciłem cię jeszcze” nie równa się „jesteś tu mile widziana”, dopiero wtedy podjąłem temat w punkcie, w którym go przerwałem. - Martwić się możesz zawsze. - Głos miałem spokojny, niski, prawie leniwy, idealnie maskujący wszystko, co skrywało się pod spodem. - Pytanie, czy warto. - Spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek, oceniając reakcję jej ciała - drobne napięcie w ramionach, sposób, w jaki zaciskała dłonie, jakby trzymała się krawędzi rzeczywistości. Była pewna siebie, to dało się wyczuć w tonie głosu, gdy ze mną dyskutowała, ale pod spodem czaiło się coś innego - determinacja, która graniczyła z czymś innym, mniej walecznym dla samej waleczności, bardziej złożonym. Walczyła o coś, nie dla zasady i sportu. Nie miałem pojęcia, skąd to wiedziałem, ale instynkt podpowiadał mi, że nie była tu po to, by po prostu pogadać o pogodzie i zabić ze mną czas, bo nie lubiła podróżować sama, a to zdecydowanie nie było wygodną myślą dla kogoś, kto po prostu chciał kontynuować podróż.
- Przyzwyczajaj się do czegokolwiek chcesz. Tylko nie licz na to, że ja też się przyzwyczaję. - Spojrzałem na nią spod rzęs, z tym cieniem rozbawienia, które nigdy nie docierało do oczu, wzruszając ramionami - to było najuczciwsze, co mogłem jej oznajmić, a jakoś nie czułem potrzeby, by kłamać. Krajobraz za oknem zmienił się znowu - teraz było więcej zieleni, jakby pociąg wjechał w las, ale drzewa rozmazywały się w coś miękkiego, rozmytego, nierealnego. - Między „nie wyrzuciłem cię za drzwi” a „jestem z tym okej” jest całkiem spora przestrzeń, wiesz, cały ocean, czy tam morze. - Przesunąłem wzrokiem po suficie przedziału, potem z powrotem na nią, kiwając w kierunku szyby, za którą dla odmiany zrobiło się bardziej biało i granatowo.
Wagon kołysał się, świat za oknem rozpływał się w mleczną smugę, a ja wciąż patrzyłem na nią, jakby była równaniem, które nie chciało dać się rozwiązać. Mówiła o przyszłości, o planach, o gotowości - to też brzmiało jak strategia, nie jak przypadkowa rozmowa. Wybiłem się dopiero wtedy, gdy gdzieś obok jej twarzy, tuż przy linii włosów, pojawił się przez ułamek sekundy cień, który nie należał do żadnego źródła światła, mrugnąłem, obraz się rozpadł, złożył z powrotem. Zostaliśmy tylko my i ten przedział, który w dalszym ciągu udawał, że jest pojazdem wodno-lądowym. Nie skomentowałem mojego spostrzeżenia, nie dałem po sobie poznać tego, że coś mnie rozproszyło, zamiast tego przesunąłem spojrzeniem po przedziale, po suficie, który wydawał się odrobinę za niski, po drzwiach, które wyglądały jakby prowadziły nie tyle na korytarz, co w jakąś kolejną warstwę dziwnego „pomiędzy”. Oparłem łokieć o podłokietnik i przesunąłem kciukiem po krawędzi siedzenia, czując pod palcem drobne nierówności materiału, to pomagało, kontakt z czymś fizycznym zawsze pomagał, kiedy przestrzeń zaczynała się zachowywać jak koncept, nie miejsce. Miałem z tym zawodowe doświadczenie, chyba, tak, prawdopodobnie, jakiś rodzaj doświadczenia, nawet jeśli teraz uparcie oddychałem od siebie myśl, że coś mogło tu być wyjątkowo mocno nie tak.
Mówiła o sekundach, o planach awaryjnych, o gotowości na wszystko - skinąłem głową, minimalnie - to akurat rozumiałem. Ludzie, którzy przeżyli wystarczająco dużo, nie chodzą bez map alternatywnych, tyle że mapy nie zawsze pasują do terenu, prawda? A świat, zwłaszcza ten nasz, miał tendencję do zachowywania się nieprzewidywalnie.
- Ludzie, którzy mają plany na wszystko, zwykle są najbardziej zaskoczeni, kiedy otoczenie robi coś spoza listy. - Zauważyłem, tym razem już na głos, nawet jeśli dopiero po chwili zorientowałem się, że to zrobiłem, chociaż tym razem wcale nie chciałem jej krytykować. W gruncie rzeczy, miała rację, dobrze było mieć określone plany na przyszłość, po prostu tutaj... Tu to nie wydawało mi się takie proste. - A ty wyglądasz na kogoś, kto ma plan A, B, C i jeszcze D na wypadek, gdyby A, B i C zawiodły jednocześnie. - Dorzuciłem sucho, mierząc ją spojrzeniem od czubka głowy po końce butów, stanowczo na zbyt długo zahaczając przy tym o jej oczy. - Doceniam ambicję. - Nie uśmiechnąłem się, ale kącik ust drgnął mi lekko. - Plan na ewentualności na ogół mi się podoba, ale zakładam, że ten twój nie uwzględnia tego, że mogę cię po prostu... Zignorować. - Oparłem łokieć o podłokietnik, rozkładając się wygodniej, blokując przestrzeń nogami. To było kłamstwo, technicznie, była drobna, to prawda, ale jej obecność wypełniała przedział jak dym albo morska bryza - to drugie trochę bardziej pasowało do promu, mniej do pociągu - subtelnie, ale natarczywie. W pewnym momencie przestałem już liczyć, ile razy chciałem wstać i wyjść na korytarz, nie do końca grało to z moją narracją o możliwości potraktowania jej jak powietrza, ale nie zamierzałem tego mówić. Wystarczyło, że całą postawą okazywałem niechęć do towarzystwa kogoś, kto zdecydowanie tu nie pasował. Słuchałem dalej, krótko kiwając głową na słowa o tym, że nie powinna się przyzwyczajać - to było tymczasowe, tak, ale jej ciało mówiło coś innego - sposób, w jaki siedziała, a jej oczy nie odrywały się od moich, jakby szukała w nich czegoś znajomego, to mnie niepokoiło - ta intensywność, ta pewność, że pasuje tu, mimo że wszystko wokół krzyczało inaczej. Przesunąłem dłonią po twarzy, pocierając brodę, zbierając myśli.
„Całokształt”, patrzyłem na ten gest dłużej, niż było to potrzebne - nie dlatego, że był szczególnie ekspresyjny, raczej dlatego, że był zaskakująco… Znajomy, ten sposób poruszania dłonią, jakby zamiatała powietrze przed sobą, jakby próbowała objąć jednym ruchem coś zbyt dużego na słowa, coś, co nie mieściło się w jednym zdaniu.
- Całokształt? - Powtórzyłem, z nutą sceptycyzmu, przerwałem na sekundę, wciągnąłem powietrze nosem. Nie lubiłem takich uogólnień, brzmiały jak etykiety przyklejane komuś na czoło przez ludzi, którzy uważają, że wiedzą więcej, niż faktycznie wiedzą. - Wiesz, co jest problemem z „całokształtem”? - Zrobiłem krótką pauzę. - Zakłada pełen dostęp do danych. - Zsunąłem wzrok z jej twarzy na dłonie, potem z powrotem. - A ty masz ich może… Pięć procent. Może dziesięć, jeśli jesteś wyjątkowo spostrzegawcza. - Oparłem się wygodniej, choć wcale nie było mi wygodnie. - Wiesz, że to trochę bezczelne? - Przechyliłem głowę, przyglądając jej się spod półprzymkniętych powiek, patrząc na nią z ukosa. Była racjonalna w osądzie swoich szans - to plus, ale jej słowa brzmiały jak obrona, której nie potrzebowała, przechyliłem głowę o te trzy centymetry, które wystarczały, żeby zmienić kąt patrzenia z „obserwuję” na „mierzę”. Zmierzyła mnie wzrokiem, a ja automatycznie zrobiłem to samo, od stóp po linię ramion, wracając do jej oczu. Uniosła brew, ten drobny ruch miał w sobie coś zaczepnego, coś znajomego, chociaż nie potrafiłem powiedzieć skąd, ale naturalnie uniosłem swoją, przeciwną, niemal lustrzanie do jej gestu. - Nie chodzi mi o to, że miałabyś mnie tu teraz obezwładnić i wyrzucić przez okno. - Kącik ust mi drgnął. - Chociaż przyznam, byłoby to widowiskowe. - Rozłożyłem ręce minimalnie szerzej, zajmując jeszcze kawałek przestrzeni. - Nie musisz mnie skrzywdzić fizycznie, żeby narobić bałaganu. Czasem wystarczy obecność, spryt i umiejętność planowania, którą rzekomo masz. - Spojrzałem na drzwi, potem z powrotem na nią. - Drzwi, korytarz - jasne. Ale ten pociąg nie jest jak inne. Czuję to, wiem to. Ty też, prawda? - Przechyliłem głowę, świdrując ją wzrokiem. Mówiła o pociągach dla wielu osób, o miejscach - to było logiczne, jasne, ale tu logika nie działała. Przedział był mój, wiedziałem to w kościach, nawet jeśli nie potrafiłem wyjaśnić dlaczego. Jej oferta ciszy - to było zabawne. Milczenie? W porządku, ale ta konkretna obecność i tak hałasowała w mojej głowie, z tego też raczej zdawała sobie sprawę, nawet jeżeli usiłowałem nie okazywać dyskomfortu, tylko jawną irytację.
Przymrużyłem oczy.
- Twoje milczenie będzie głośniejsze niż twoje słowa. Oboje o tym wiemy. - Oparłem się mocniej, krzyżując ręce na piersi. Była elastyczna, to prawda, ale jej upór - ten cichy, zawzięty upór - zaczynał mnie... Miękczyć? Nie, to nie to. Raczej drażnić w sposób, który zmuszał do myślenia. Próbowała mnie prowokować do wciągania się w rozmowę - to dało się wyczuć - kiedy mówiła o wyzwaniach, o dużych słowach, pokręciłem głową, ale nie skontrowałem się z nią. Sytuacja nie była prosta, zgadzałem się z tym, ale jej słowa brzmiały jak zagadka, której nie chciałem rozwiązywać.
- Duże słowa zawsze kryją małe kłamstwa. Albo bardzo duże prawdy. Nigdy nic pośrodku. Ty używasz dużych słów, ale jeszcze nie powiedziałaś tej prawdy. Więc na razie zakładam to pierwsze. - Patrzyłem na nią, na to, jak próbowała się wtopić, ale nie mogła - była zbyt... Żywa w tym martwym wagonie, zupełnie inna niż reszta otoczenia, mniej rozmyta. Pokręciłem głową, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy, nie lubiłem, kiedy ktoś wchodził w moją przestrzeń bez biletu, a ona nie miała biletu, miała za to całą masę oczekiwań, czułem to w kościach.
- Lepiej. Ale nadal nie znaczy „tak”. - Słuchałem jej, mimo to, bez przerywania, z tym samym skupieniem, z jakim zwykle przyjmowałem informacje, które potencjalnie mogły mnie zabić albo uratować, a czasem jedno i drugie, nawet jeśli już ustaliliśmy, że w starciu fizycznym nie miałaby zbyt ze mną zbyt wiele szans - coś mi jednak mówiło, że jej talent polegał na dużo bardziej dyskretnym działaniu, a ono często było dużo bardziej niebezpieczne, jak drzazga wbita w skórę, prowadząca do zakażenia.
Uśmiechnąłem się krzywo, krótkim, ostrym uśmiechem, który nie dochodził do oczu.
- Nie lubię proroctw. - Powiedziałem cicho. - Wybacz, ale nie należę do klubu „wszechświat miał plan”. - Wzruszyłem ramionami. - Jestem raczej z frakcji „los to chaos, a reszta to narracja”. - Westchnąłem, opierając głowę o szybę. - „Nic nie dzieje się bez przyczyny” to najpiękniejsze kłamstwo, jakie ludzkość wymyśliła, żeby nie oszaleć. Ja wolę wersję „dzieje się, bo się dzieje, bo ktoś to wywołał”. I tyle. Bez ładnej narracji. - Filozofia „jestem tu, więc powinnam tu być” nie zrobiła na mnie wrażenia, słyszałem ją już w ustach ludzi, którzy potem zostawiali po sobie tylko bałagan.
- Sam fakt obecności niczego nie uświęca. - Przesunąłem spojrzeniem po niej powoli, bez pośpiechu, od brwi, które przed chwilą uniosła, po usta, które mówiły za dużo jak na kogoś, kto twierdził, że tylko przechodził korytarzem.  Za dużo imperatywów, za mało danych - jej słowa nie układały się w linię, układały się w spiralę, każde z osobna brzmiało jak propozycja, razem tworzyły nacisk.
Kiedy zagwarantowała, że to jedna sprawa, miałem ochotę prychnąć, chociaż tego nie zrobiłem, spieszyło jej się - to dało się wyczuć, słowa nie były potrzebne - a wtedy sprawy bardzo często lubiły się mnożyć i komplikować, to akurat być może było w jakimś sensie gwarantem losu, działaniem większej siły, teorii chaosu czy czegoś w ten deseń. Im bardziej chciało się załatwić coś bezproblemowo, tym większe problemy zwykły się pojawiać, takie tam metafizyczne „chuja tam”.
- Gwarantujesz? - Mruknąłem. - Ludzie zawsze gwarantują. A potem… Pyk. - Pstryknąłem palcami. - Komplikacje. - Obserwowałem, jak odwraca wzrok, jak się zbierała w sobie, to było ludzkie, ale w niej... Znajome? - A ja, z całym szacunkiem, bardzo nie chciałbym brać udziału w twoich komplikacjach. Nawet jeśli uważasz, że „to całokształt”. - Pokręciłem głową, zirytowany, uniosłem wzrok, ale nie na nią - na sufit - tam gdzie powinna być lampa. Była, ale nie świeciła we właściwy sposób, albo świeciła tak słabo, że jej nie widziałem, a jednak wokół nas było jasno. Tyle tylko, że bez tego charakterystycznego bzyczenia, bez ostrych cieni rzucanych dookoła, to był bardziej poblask niż blask.
A potem nastąpiła nasza pierwsza konfrontacja pozbawiona wcześniejszego rytmu, bardziej zdecydowana i ostra - sam nie do końca wiedziałem, czemu wzbudziła we mnie te emocje - znałem za to ten typ reakcji, jaki przyjęła, ludzie robili tak, kiedy czuli się przypierani do ściany, ale nie chcieli się wycofać, albo kiedy byli przyzwyczajeni do tego, że to oni zawsze dopasowują się do reszty świata.
- „Tak po prostu mam” to nie jest wyjaśnienie. - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej, oparłem łokieć o podłokietnik i potarłem skroń kciukiem, jakbym próbował rozmasować napięcie, które nagle zebrało się pod czaszką. - „Tak po prostu mam”… To najkrótsza droga na skróty przez własne granice. - Przeciągnąłem się minimalnie w siedzeniu, jakbym próbował rozluźnić barki, które nagle zrobiły się zbyt ciężkie. - Słoneczko, ty nie możesz amortyzować każdej cudzej nerwicy, to jest cholernie wykańczające. Nabawisz się własnych jazd, a potem będziesz się zastanawiać, skąd to przyszło. - Słowo wypadło mi z ust zupełnie naturalnie, nawet się na nim nie zatrzymałem. - A przyszło stąd, że bierzesz na siebie rzeczy, które nawet nie przechodzą przez twoje ręce. - Przechyliłem głowę, przyglądając jej się uważniej, jakby coś mi w tym obrazie nie pasowało, ale jeszcze nie potrafiłem tego nazwać. Spojrzałem w bok, na okno, na ten rozmyty krajobraz, który ani trochę nie wyglądał jak normalna trasa.
Jak ktoś jest szorstki, to „pewnie ja”. Jak ktoś się spina, to „może zrobiłam coś nie tak”. Jak ktoś reaguje przesadnie, to „mogłam przewidzieć”. - To, że ktoś ma problem z dupy, jest jego problemem z dupy. Nie twoim zadaniem jest go przyjmować do kieszeni razem z kluczami i gumą balonową. - Brwi ściągnęły mi się lekko, coś we mnie zgrzytnęło, i przez chwilę tylko obracałem w palcach papierek od gumy, aż w końcu odłożyłem go na bok. - Od kiedy ty w ogóle przepraszasz mnie za swoje istnienie? - Zamilkłem, mrugając, jakby coś we mnie próbowało się przebić przez mgłę. - Bo wiesz… - Zawahałem się na ułamek sekundy, po czym machnąłem ręką. - To nie brzmi jak ty. - Odetchnąłem wolno i potarłem kciukiem nasadę palca, tam gdzie nadal czułem brak czegoś konkretnego, chociaż nie potrafiłem jeszcze ubrać tego w sensowne słowa. - Serio pytam. - Przechyliłem głowę lekko w bok, wracając do wcześniejszego zaczepnego tonu. - Coś mi tu nie gra. - Stwierdziłem, jakby to było normalne. - Masz w sobie za dużo tupetu, żeby tak szybko przechodzić w tryb „to ja zawiniłam”. Ludzie tacy jak ty zwykle mrożą spojrzeniem, a nie kulą się w fotelu. - Nie wyjaśniałem mojego roku rozumowania, tylko przesunąłem się minimalnie, nie w jej stronę, raczej zmieniając własną pozycję, dając sygnał, że nie zamierzam jej wypchnąć z przestrzeni - jeszcze nie. Rozumiałem mechanizm, naprawdę, to było szybkie, znajome, dawało iluzję kontroli „jak wezmę winę na siebie, to przynajmniej wiem, gdzie stoję”. Na moment zamilkłem, jakby coś we mnie chciało powiedzieć jeszcze więcej, ale nie mogło znaleźć właściwych słów. - A to, że mówisz „nie wiem, czy to się da odkręcić”… -  Wzruszyłem lekko ramionami. Może się nie dało, może jedyne, co dało się zrobić, to przestać dokładać kolejne warstwy. - Na początek wystarczy nie przepraszać za sam fakt, że jesteś w czyimś polu widzenia. Jeszcze chwilę temu byłaś gotowa negocjować z demonami, a teraz siedzisz jak uczennica czekająca na reprymendę. - Zmarszczyłem brwi, jakbym próbował zrozumieć własne zdanie, bo przecież nie zamierzałem zachęcać intruza do używania tego samego zestawu argumentów raz za razem. Przesunąłem stopą po podłodze, czując pod butem ledwie wyczuwalne drżenie wagonu, znów poczułem to dziwne ukłucie pod mostkiem, tę nielogiczną pewność, która nie miała prawa istnieć, a która powodowała u mnie dziwne reakcje.
Przez moment milczałem, jakbym ważył kolejne słowa, podczas gdy wagon kołysał się jednostajnie, ten rytm wchodził pod skórę, uspokajał i jednocześnie coraz bardziej mnie drażnił, jakby cały świat próbował mnie uśpić. Skinąłem głową, powoli, przyjmując to „dziękuję” do wiadomości, ale nie kontynuując tematu. Przesunąłem wzrokiem po twarzy współpasażerki jeszcze raz, wolniej, próbując zinterpretować układ linii, cieni pod oczami, sposób, w jaki marszczyła nos, kiedy się zastanawiała. Spojrzenie zjechało mi z jej oczu na usta, na sekundę za długo, poczułem to znajome napięcie pod skórą, ten dziwny impuls, który nie miał prawa się pojawić w rozmowie z kimś, kogo nazwiska nie znałem. A potem ten lizak. Przejechałem językiem po wewnętrznej stronie własnej wargi, jakbym próbował odtworzyć smak, którego rzekomo nigdy nie czułem, zmarszczyłem lekko brwi - coś tu było nie tak.
Parsknąłem krótko pod nosem, kiedy zamigotała tym lizakiem jak sztuczką karcianą.
- „Poczekaj, zobaczysz, zaufaj mi”. Klasyka. Ludzie robią to od zawsze, tylko zwykle używają pierścionków, obietnic albo wspólnych kredytów. Twoja waluta, nie da się ukryć, jest oryginalna. - Znów zerknąłem na kieszeń, w której zniknął lizak.
A potem… Ten dotyk… Przez moment szukałem słów, co rzadko mi się zdarzało, spojrzałem na jej dłonie, potem z powrotem na twarz, ułożyła je równo na kolanach, jakby nagle próbowała zająć mniej miejsca w świecie, chciała się skompresować, zmniejszyć, zniknąć w tapicerce - jej kolana były teraz blisko siebie, ramiona przyciągnięte, cała postawa mówiła „będę cicho, będę grzeczna, nie przeszkadzam”. To mnie nieracjonalnie… Zirytowało, coś zacisnęło się pod moimi żebrami, zupełnie nieproszone.
Uniosłem brew, kiedy zaczęła rozbierać mój „własny przedział” na czynniki pierwsze, przez moment miałem ochotę odpowiedzieć czymś w stylu „bo tak”, zakończyć temat jednym krótkim zdaniem i wrócić do swojej wersji ciszy. Zamiast tego przeciągnąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka i rozejrzałem się powoli po wnętrzu, przez chwilę tylko patrzyłem, jakbym naprawdę próbował znaleźć gdzieś na drewnianej listwie moje nazwisko wypalone w mosiądzu. Próba podważenia tego była sprytna, czułem, że chciała mnie wypchnąć z tego prostego schematu moje–nie moje, samotnie–razem, ale przecież wiedziałem, co czułem - prawda? „Udowodnij”, słowo zawisło między nami jak coś cięższego od powietrza. Zmrużyłem oczy, nie dlatego, że miała rację - chociaż, cholera, miała - tylko dlatego, że trafiła dokładnie w to miejsce, którego nie lubiłem dotykać nawet we własnej głowie.
- Podpisany. - Powtórzyłem wolno - podpisać przedział - prawie parsknąłem. - Jasne. Zaraz wyciągnę scyzoryk i wydrapię nazwisko w drewnie. - Oparłem się mocniej o siedzenie, rozłożyłem nogi trochę szerzej, wracając odruchowo do tej swojej pozy „to moje terytorium”, stara obrona, automatyczna. - Nie chodzi o to, że jest podpisany. - Powiedziałem po chwili. - Chodzi o to, że… - Urwałem, bo zabrakło mi słowa. Nie „czuję”. Nie „wiem”. Nie „pamiętam”, żadne nie pasowało. Przesunąłem dłonią po twarzy, przeciągając palcami po szczęce. - Chodzi o to, że tak jest. - Dokończyłem w końcu, zirytowany własną nieprecyzyjnością. Nie potrafiłem powiedzieć, czy pociąg przyspiesza, czy zwalnia, nie było punktów odniesienia, nie było stacji, nie było zapowiedzi, tylko jednostajny ruch i ja, siedzący w przedziale, który rzekomo był mój. Nie, nie - był taki n a p r a w d ę, niezależnie od tego, co insynuowała.
- Siedziałem tu sam, zanim się pojawiłaś. To wystarczy. - Brzmiało słabo nawet dla mnie, gubiłem się w tym układzie, czułem to wyraźnie, jakby ktoś przestawił mi wewnętrzny kompas o kilka stopni, tyle że nie zamierzałem jej dać tej satysfakcji.
„Od początku jestem na przegranej pozycji”, patrzyłem na nią przez chwilę w milczeniu, zwracając uwagę na sposób, w jaki to powiedziała - bez teatralności, bez szukania litości, jakby po prostu konstatowała fakt, który jej przedstawiłem. Kiwnąłem głową.
Moje serce biło miarowo, ale szybciej niż zwykle, jak metronom odmierzający czas, którego nie rozumiałem. Za oknem migały cienie - raz drzewa, raz woda, fale lśniące w bladym świetle, które nie było ani słońcem, ani latarnią, wszystko mieszało się w mojej głowie, jak mgła nad klifem, którą pamiętałem z dzieciństwa. Przez sekundę miałem absurdalne wrażenie, że czegoś mi brakuje, ale myśl rozpłynęła się, zanim zdążyła nabrać kształtu. Przesunąłem wzrok po wnętrzu wagonu, po szybie, za którą krajobraz był rozmazaną plamą, jak niedokończony sen, po suficie, po podłodze, wszystko było na swoim miejscu, a jednocześnie nic nie wydawało się do końca prawdziwe. Oparłem głowę o ściankę przedziału i skrzyżowałem ręce na piersi, jakby ta rozmowa zaczynała mnie nużyć, chociaż w rzeczywistości każdy ruch, każdy oddech - mój i kobiety przede mną - rejestrowałem z irytującą dokładnością. Była jak kamyk w bucie, mały, niby nic, a jednak nie dało się o nim zapomnieć. Przez chwilę tylko na nią patrzyłem, próbując poukładać to, co właśnie powiedziała. „Nie wysiądę stąd bez ciebie”. „Tak musi się stać”. „Nasze sprawy się łączą”, za dużo absolutów jak na rozmowę z kimś, kogo przed chwilą nie było.
„Nie wysiądę stąd bez Ciebie”, to zdanie nie było rzucone od niechcenia, nie miało w sobie teatralności ani taniej desperacji, brzmiało jak decyzja, którą ktoś podjął dużo wcześniej, gdzieś poza tym wagonem, zanim jeszcze ja zdążyłem uświadomić sobie, że w ogóle jestem w drodze.
- Musi. - Powtórzyłem to słowo jak przekleństwo. - Nienawidzę „musi”. - Oparłem się mocniej o siedzenie, a palce same zacisnęły mi się na krawędzi fotela, czułem pod skórą to znajome napięcie, ten stan, w którym organizm przechodził w tryb liczenia wyjść awaryjnych, nawet jeśli nie widział żadnych drzwi ewakuacyjnych z tej absurdalnej rozmowy, które nie czyniłyby ze mnie tchórza opuszczającego mój przedział. - „Musi się stać”. „Tak jest zapisane”. „Nie mamy wyboru”. - Pochyliłem się lekko w jej stronę. - Znam te słowa. Zazwyczaj używa się ich, kiedy chce się odebrać komuś sprawczość. - Szelest papierka w kieszeni, kiedy sięgnąłem po kolejną gumę, brzmiał w tej ciszy obscenicznie głośno.
A kiedy padło to jedno słowo - „Benjy” - wagon jakby na ułamek sekundy stracił rytm, nie był to wstrząs, tylko takie ciche, wewnętrzne wrażenie, jakby ktoś na moment wyłączył grawitację. Nie drgnąłem, nie mrugnąłem, ale poczułem, że guma w moich ustach nagle zaczęła smakować inaczej - nie miętą i sztuczną słodyczą, tylko czymś metalicznym, starym, znajomym do mdłości. Musiałem powstrzymać się, by nie splunąć i nie zacząć pocierać własnego języka. To imię uderzyło mnie jak zimna woda w twarz, nie bolało, po prostu było… Obce i jednocześnie zbyt bliskie, jakby ktoś włożył mi do kieszeni cudzy klucz i kazał udawać, że to mój. Nie brzmiało całkowicie abstrakcyjnie, przynajmniej nie takie były moje pierwsze odczucia, z początku zabrzmiało raczej jak coś, co ktoś kiedyś szeptał mi do ucha w ciemności, kiedy świat za oknem nie istniał, a ja wierzyłem, że mogę przestać uciekać. A przecież to nie było prawdopodobne, inaczej nie byłbym w tej podróży, nie sam, nie teraz, nie czując się t a k. Nie zapytałem „skąd wiesz”, nie powiedziałem „nie nazywaj mnie tak”, zamiast tego tylko raz, na bardzo krótko, zamknąłem oczy, jakbym chciał sprawdzić, czy ciemność pod powiekami jest taka sama jak zawsze - nie była, była gęstsza.
Otworzyłem je z powrotem i spojrzałem na nią - tym razem prosto, bez uników. Nie drgnąłem, nie mrugnąłem, tylko powoli, bardzo powoli, uniosłem wzrok i zatrzymałem go na jej oczach - te same oczy, zawsze te same, ciepłe, brązowe, patrzące za głęboko, jakby już dawno widziały koniec tej rozmowy. K u r w a. M a ć.
- Przestań. - Słowo wyszło cicho, ale twardo, jakby ktoś włożył mi je do ust siłą.
Potrząsnąłem głową, nieświadomie żując obrzydliwą, metaliczną gumę wolniej, jakby smak pomagał mi przetworzyć jej słowa. Nie wiedziałem, gdzie dokładnie zgubiłem wątek, może przy „tak musi się stać”, może przy „dojadę z tobą do końca”, a może w momencie, w którym użyła mojego imienia, jakby było czymś oczywistym. Jej słowa nałożyły się na siebie jak źle zsynchronizowane ścieżki dźwiękowe.
„Łączą się.”
„Tak musi się stać.”
„Nie wysiądę bez ciebie.”
„Pomyśl.”
„Wracaj.”
„Nie jestem twoim wrogiem.”
Za dużo, zbyt szybko - otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć, i zamknąłem je z powrotem, bo nie miałem odpowiedzi, to było jak próba uchwycenia snu zaraz po przebudzeniu - wiedziałem, że jakaś myśl była jeszcze przed chwilą w mojej głowie, ale teraz została po niej tylko pusta przestrzeń.
- Wsiadłem, bo… - Urwałem. Bo co? Bo trzeba było? Bo tak wyszło? Bo nie było nic innego? - Bo byłem zmęczony. - Powiedziałem w końcu, chociaż brzmiało to jak półprawda. - Bo czasem po prostu się wsiada. - Wróciłem spojrzeniem do niej. - A ty teraz próbujesz mi wmówić, że powinienem się zastanowić, czy to był dobry pomysł. - Nie powiedziałem „nie rozumiem”, nie powiedziałem „co ty właściwie pieprzysz”, zmrużyłem oczy - nie demonstracyjnie, nie teatralnie - po czym spojrzałem na swoje dłonie, na linie papilarne, na to, jak światło z okna łamało się na mojej skórze. Szukałem tam czegokolwiek znajomego, jakiegoś kotwicznego szczegółu, który powiedziałby mi „tak, to jesteś ty, to jest twoje ciało, to jest teraz” - niic, było tylko to dziwne wrażenie, że stoję jedną nogą na stabilnym gruncie, a drugą w miejscu, które nie ma głębokości.
Nie spojrzałem na nią od razu, gdy poczułem to dziwne wrażenie, zamiast tego pozwoliłem wzrokowi prześlizgnąć się po suficie, po tej niepokojąco niskiej linii, po drzwiach, które nadal wyglądały jak portal do kolejnej warstwy czegoś, co niekoniecznie musiało być pociągowym korytarzem, przez chwilę próbowałem znaleźć w sobie jakąkolwiek odpowiedź na jej pytania - co mnie tu sprowadziło, dokąd jadę, dlaczego właśnie ten przedział. I znowu trafiłem na to samo gładkie nic. Zacisnąłem lekko szczękę, naprawdę próbowałem poskładać chronologię - skąd, kiedy, dlaczego, w którym momencie świat zamienił się w ten rozciągnięty korytarz „pomiędzy” - znów trafiłem na to samo gładkie miejsce w głowie.
Nie panikowałem, po prostu pozwoliłem tej pustce tam być.
Spojrzałem na drzwi, potem z powrotem na nią.
- Pytasz, dokąd jadę. Świetnie. Ja zapytam inaczej. - Zmrużyłem oczy jeszcze bardziej, jakbym próbował wyostrzyć obraz. - Skoro jesteś taka pewna, że nie mogę jechać dalej… To powiedz mi, co według ciebie dokładnie jest na końcu tej trasy, że musisz mi towarzyszyć. - Nie podniosłem głosu, nie zmieniłem pozycji, ale pod spodem wszystko było w ruchu. - Bo w tej chwili jedyne, co naprawdę widzę, to kobietę, która bardzo chce mnie zatrzymać, i pociąg, który jedzie dalej niezależnie od naszych rozmów. - Oparłem się mocniej o siedzenie. - A ja nie mam w zwyczaju wysiadać tylko dlatego, że ktoś  mówi „proszę”. - Uniosłem kącik ust w tym swoim krzywym półuśmiechu. - Nawet jeśli ma ładne oczy.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (37615), Prudence Fenwick (23586)




Wiadomości w tym wątku
[sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.01.2026, 16:13
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.01.2026, 00:59
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.01.2026, 05:35
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.01.2026, 20:27
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.01.2026, 18:40
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 25.01.2026, 23:25
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 27.01.2026, 06:35
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 28.01.2026, 19:47
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 29.01.2026, 21:45
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 30.01.2026, 19:37
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 31.01.2026, 21:45
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 02.02.2026, 14:03
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 03.02.2026, 01:40
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 05.02.2026, 12:39
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 06.02.2026, 02:13
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 07.02.2026, 14:34
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 08.02.2026, 22:55
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 11.02.2026, 22:14
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 12.02.2026, 13:10
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 12.02.2026, 23:48
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.02.2026, 20:46
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 17.02.2026, 13:57

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa