30.01.2026, 12:20 ✶
– Och, zazdrościłam im tego. W sensie wiesz, czasem tam czekałam w okolicy na Castiela czy Norę, i uważam, że w ich przypadku Helga popisała się geniuszem. Przecież tuż obok była kuchnia, mogli się tam zakradać i zapłakać, że są głodni, ilekroć zechcą… Ale jakoś nigdy nie spytałam, jak tam rozwiązali sprawę okien. Chyba w ich części zamku nie było jeziora, może mieli jakieś w górnych częściach? – zastanowiła się.
To było tak dawno temu.
Dziesięć lat.
Całe życie.
A może to było zupełnie inne życie: Brenna czasem miewała takie wrażenie. I tęskniła za nim jednocześnie, i nie chciała do niego wracać, bo była tak inną osobą, że chyba nie umiałaby się w tym odnaleźć. W jej głowie, w jej wspomnieniach, Hogwart zawsze jednak był i miał pozostać domem równie mocno jak Warownia. Symbolem bezpieczeństwa, przyjaźni, beztroski.
– Próbowałam dowiedzieć się więcej o tym rytuale. Myślałam, że to Voldemort coś zepsuł i się wypaczył. Zdaniem Sarah Macmillan to była łaska bogini. Najwyraźniej czasem łaska bywa źle pojęta – westchnęła Brenna, wyciągając rękę, by po prostu objąć Victorię. Czy mogła zrozumieć, że Sauriel Rookwood nie chciał, by narzucano mu jakieś uczucia, których nie pragnął? Mogła. Czy mogła zrozumieć, że najwyraźniej karał za to Victorię? Niezbyt. W dodatku flirtowanie, gdy byłeś zaręczony? I w porządku, najpierw wyraźnie się nie cierpieli, wtedy pewnie nawet Brenna by nie mrugnęła okiem, ale wydawało się, że potem zaczęło im na sobie zależeć. Trochę szacunku, kurde. – Jeśli jako blondynka podobałabyś się mu bardziej, to znaczy, że miał zero gustu – oświadczyła lojalnie. Nie żeby blondynki były brzydkie, wystarczyło popatrzeć na Cynthię albo Norę, ale jak można było narzekać na egzotyczną urodę Victorii?
– Jest Rookwoodem. Myślę, że to znaczy, że nikt nie nauczył go kochać. Nikt nie nauczył go, jak przyjmować miłość. – Wystarczyło popatrzeć na zachowanie takiego Chestera Rookwooda, zachowanie rodziny po śmierci brata Charliego czy jego ucieczkę, a i kiedyś jeden z Rookwoodów znikł gdzieś przecież, i nikt nie wiedział, czy wyjechał, czy był martwy. Patrząc na nich można było odnieść wrażenie, że gdzieś w rodzinnym motcie wpisali sobie coś o braku emocji. Tyle że… – Mogę mu z tego powodu współczuć, ale nie musi mi się podobać, jak cię traktował. Ani to, że skoro sam był zraniony, ranił ciebie. Bo to że postanowił, że nie chce się tego wszystkiego nauczyć, to już jego decyzja…[/
Czy była gotowa próbować mu pomóc? Tak, bo taką miała naturę – bo zależało na nim Victorii. Bo żeby zostać wampirem, musiałeś zostać zamordowany, i ciężko było nie dopatrywać się tu czegoś dziwnego. Więc próbowałaby, nieświadoma chyba tego, że choć Sauriela wepchnięto na pewną ścieżkę, potem sam już nią szedł, często z okrucieństwa czerpiąc radość.
Ale nie mogła nie być w tej chwili na niego zła.
Nie mogła nie pomyśleć, że może dobrze, że odszedł.
Brenna doskonale wiedziała, że małżeństwa z miłości wśród bogatszych czarodziejów nie zdarzają się często, a nawet jeśli, to bywa, że to uczucie przemija lub nie wystarczy. Że często są po prostu układem, jeśli masz trochę szczęścia, i interesem, jeśli masz pecha. Ale nawet w takim układzie można było wypracować pewne rzeczy: powinno się przynajmniej próbować, nawet jeśli nie zawsze było to wygodne.
Czy gdzieś daleko od Anglii, od rodziny, od wampirzego i prawdziwego ojca, mogło mu być lepiej? Czy jeśli będzie mógł robić wszystko, co zechce, będzie szczęśliwy? Nie wiedziała. Trochę chyba wątpiła. Ale w ostatecznym rozrachunku: Brenna ledwo go znała, więc tak naprawdę… obchodziło ją w tym wszystkim bardziej Victoria.
– Nie wiem. Mam nadzieję… że ty po prostu będziesz szczęśliwa. Wiem, że jeszcze nie teraz, ale… później. Czy sama, czy z kimś, kto będzie patrzył tylko na ciebie. Nie na żadne blondynki.
To było tak dawno temu.
Dziesięć lat.
Całe życie.
A może to było zupełnie inne życie: Brenna czasem miewała takie wrażenie. I tęskniła za nim jednocześnie, i nie chciała do niego wracać, bo była tak inną osobą, że chyba nie umiałaby się w tym odnaleźć. W jej głowie, w jej wspomnieniach, Hogwart zawsze jednak był i miał pozostać domem równie mocno jak Warownia. Symbolem bezpieczeństwa, przyjaźni, beztroski.
– Próbowałam dowiedzieć się więcej o tym rytuale. Myślałam, że to Voldemort coś zepsuł i się wypaczył. Zdaniem Sarah Macmillan to była łaska bogini. Najwyraźniej czasem łaska bywa źle pojęta – westchnęła Brenna, wyciągając rękę, by po prostu objąć Victorię. Czy mogła zrozumieć, że Sauriel Rookwood nie chciał, by narzucano mu jakieś uczucia, których nie pragnął? Mogła. Czy mogła zrozumieć, że najwyraźniej karał za to Victorię? Niezbyt. W dodatku flirtowanie, gdy byłeś zaręczony? I w porządku, najpierw wyraźnie się nie cierpieli, wtedy pewnie nawet Brenna by nie mrugnęła okiem, ale wydawało się, że potem zaczęło im na sobie zależeć. Trochę szacunku, kurde. – Jeśli jako blondynka podobałabyś się mu bardziej, to znaczy, że miał zero gustu – oświadczyła lojalnie. Nie żeby blondynki były brzydkie, wystarczyło popatrzeć na Cynthię albo Norę, ale jak można było narzekać na egzotyczną urodę Victorii?
– Jest Rookwoodem. Myślę, że to znaczy, że nikt nie nauczył go kochać. Nikt nie nauczył go, jak przyjmować miłość. – Wystarczyło popatrzeć na zachowanie takiego Chestera Rookwooda, zachowanie rodziny po śmierci brata Charliego czy jego ucieczkę, a i kiedyś jeden z Rookwoodów znikł gdzieś przecież, i nikt nie wiedział, czy wyjechał, czy był martwy. Patrząc na nich można było odnieść wrażenie, że gdzieś w rodzinnym motcie wpisali sobie coś o braku emocji. Tyle że… – Mogę mu z tego powodu współczuć, ale nie musi mi się podobać, jak cię traktował. Ani to, że skoro sam był zraniony, ranił ciebie. Bo to że postanowił, że nie chce się tego wszystkiego nauczyć, to już jego decyzja…[/
Czy była gotowa próbować mu pomóc? Tak, bo taką miała naturę – bo zależało na nim Victorii. Bo żeby zostać wampirem, musiałeś zostać zamordowany, i ciężko było nie dopatrywać się tu czegoś dziwnego. Więc próbowałaby, nieświadoma chyba tego, że choć Sauriela wepchnięto na pewną ścieżkę, potem sam już nią szedł, często z okrucieństwa czerpiąc radość.
Ale nie mogła nie być w tej chwili na niego zła.
Nie mogła nie pomyśleć, że może dobrze, że odszedł.
Brenna doskonale wiedziała, że małżeństwa z miłości wśród bogatszych czarodziejów nie zdarzają się często, a nawet jeśli, to bywa, że to uczucie przemija lub nie wystarczy. Że często są po prostu układem, jeśli masz trochę szczęścia, i interesem, jeśli masz pecha. Ale nawet w takim układzie można było wypracować pewne rzeczy: powinno się przynajmniej próbować, nawet jeśli nie zawsze było to wygodne.
Czy gdzieś daleko od Anglii, od rodziny, od wampirzego i prawdziwego ojca, mogło mu być lepiej? Czy jeśli będzie mógł robić wszystko, co zechce, będzie szczęśliwy? Nie wiedziała. Trochę chyba wątpiła. Ale w ostatecznym rozrachunku: Brenna ledwo go znała, więc tak naprawdę… obchodziło ją w tym wszystkim bardziej Victoria.
– Nie wiem. Mam nadzieję… że ty po prostu będziesz szczęśliwa. Wiem, że jeszcze nie teraz, ale… później. Czy sama, czy z kimś, kto będzie patrzył tylko na ciebie. Nie na żadne blondynki.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.