31.01.2026, 00:49 ✶
Sebastian odsunął się od Brenny o kilka dodatkowych kroków, gdy ta się rozkaszlała. W tym samym czasie zaczął macać się po kieszeniach w poszukiwaniu chusteczki. Nie chciał się niczym od niej zarazić. Wystarczyło mu, że po Spalonej Nocy musiał unikać nocowania w swoim własnym mieszkaniu, w którym roiło się od sadzy... I czegoś dziwnego, co zostawiało ślady ludzkich dłoni na ścianach. Nie potrzebował jeszcze jakiejś Longbottomskiej zarazy, skoro i tak łaskotał go dym unoszący się w powietrzu po pożarach.
— Tak, tak, dzień dobry — powtórzył, wyciągając haftowaną materiałową chustę we floralne wzory. Przyłożył ją ''niby przypadkiem'' do ust i nosa, udając, że wyciera z czegoś twarz. — Wszystko w porządku? Jesteś zdrowa? — Nagle jego głos stał się bardziej poważny. — Aby nie zarażasz?
Wodził wzrokiem między obiema czarownicami, starając się jakoś odnaleźć w tym, na jakim etapie były w rozwiązywaniu sporu między sobą. Dopiero po dłuższej chwili zdecydował się raz jeszcze przejąć inicjatywę.
— Matka docenia pani poświecenie dla dobrostanu tego osiedla — odparł Sebastian, wodząc spokojnym wzrokiem za zjawą starszej kobiety. — Przyszło nam... egzystować... w bardzo niespokojnych czasach. Kiedyś człowiek wiedział, czego się spodziewać po sąsiadach, teraz to nie jest takie proste, czyż nie?
Bądź co bądź, sam coś o tym wiedział, czyż nie? Chociaż na tym etapie swojej kariery zawodowej mógł równie dobrze na powrót zamieszkać w jednej z komnat kowenu, tak przecież jeszcze niedawno mieszkał na Alei Śmietelnego Nokturnu. I każde wyjście na spacer w tamtej dzielnicy wiązało się ze ściągnięciem na siebie potencjalnych kłopotów. Nie wszyscy jego sąsiedzi przepadali za kowenem. Ba, niektórzy mieli mu nawet za złe powiązania z Ministerstwem Magii. Nie wychował się tam. Nie widział w młodości tego, co oni, a więc musiał na siebie uważać. Macmillan podszedł do pobliskiego okna i wydał z siebie ciężkie westchnienie, przyglądając się fasadom budynków po drugiej stronie szyby.
— Proszę się jednak zastanowić... Czy nasza nieodżałowana Pani Księżyca naprawdę chciałaby, aby jej wyznawcy utrudniali pracę ludziom, którzy chcą nas bronić? Tym, którzy wyciągają różdżki w imię obrony naszych najwyższych wartości? — Odwrócił się z powrotem w kierunku pani Turpin. — W pani naturze leży obrona moralności sąsiadów, a funkcjonariuszy Brygady Uderzeniowej obrona społeczności przed ludźmi o niegodziwych intencjach. Czy nasza bogini pochwaliłaby współpracę takiej szacownej kobiety jak pani z bandą pospolitych złodziei?
Wolał, aby kobieta samodzielnie doszła do odpowiednich wniosków. Naprawdę nie chciał jej straszyć potencjalnymi konsekwencjami. Kiedy zostaną uporządkowane wszelkie kwestie związane z dziedziczeniem mieszkania kobiety, być może zostanie ono komuś wynajęte. Komuś niezwiązanemu z rodziną Turpin. Komuś, komu może nie odpowiadać towarzystwo tak dobrodusznej przenikającej przez ściany kobiety. Im szybciej zrozumie, że musi odpowiednio się zachowywać, tym lepiej. W przeciwnym razie faktycznie mogłoby tutaj dojść do egzorcyzmów i pochwycenia ducha pani Turpin, aby raz na zawsze odprawić ją na drugą stronę.
— Tym lepiej dla wszystkich, że funkcjonariuszka Longbottom jest nadzwyczaj wyrozumiała, prawda... Brenno? — zerknął na dziewczynę, dopiero teraz uważniej jej się przyglądając. Nie wyglądała na poważnie ranną. Momentalnie skrzywił się na tę myśl. Co on wymyślał? Przecież ona nawet nie dałaby po sobie poznać, gdyby sobie coś dzisiaj zrobiła. Gdyby połamała sobie nogi na tej klatce schodowej, to teraz pewnie skakałaby w te i we wte jak jak górska koza. — Koniec końców, sprawcy zostali ujęci, prawda?
— Tak, tak, dzień dobry — powtórzył, wyciągając haftowaną materiałową chustę we floralne wzory. Przyłożył ją ''niby przypadkiem'' do ust i nosa, udając, że wyciera z czegoś twarz. — Wszystko w porządku? Jesteś zdrowa? — Nagle jego głos stał się bardziej poważny. — Aby nie zarażasz?
Wodził wzrokiem między obiema czarownicami, starając się jakoś odnaleźć w tym, na jakim etapie były w rozwiązywaniu sporu między sobą. Dopiero po dłuższej chwili zdecydował się raz jeszcze przejąć inicjatywę.
— Matka docenia pani poświecenie dla dobrostanu tego osiedla — odparł Sebastian, wodząc spokojnym wzrokiem za zjawą starszej kobiety. — Przyszło nam... egzystować... w bardzo niespokojnych czasach. Kiedyś człowiek wiedział, czego się spodziewać po sąsiadach, teraz to nie jest takie proste, czyż nie?
Bądź co bądź, sam coś o tym wiedział, czyż nie? Chociaż na tym etapie swojej kariery zawodowej mógł równie dobrze na powrót zamieszkać w jednej z komnat kowenu, tak przecież jeszcze niedawno mieszkał na Alei Śmietelnego Nokturnu. I każde wyjście na spacer w tamtej dzielnicy wiązało się ze ściągnięciem na siebie potencjalnych kłopotów. Nie wszyscy jego sąsiedzi przepadali za kowenem. Ba, niektórzy mieli mu nawet za złe powiązania z Ministerstwem Magii. Nie wychował się tam. Nie widział w młodości tego, co oni, a więc musiał na siebie uważać. Macmillan podszedł do pobliskiego okna i wydał z siebie ciężkie westchnienie, przyglądając się fasadom budynków po drugiej stronie szyby.
— Proszę się jednak zastanowić... Czy nasza nieodżałowana Pani Księżyca naprawdę chciałaby, aby jej wyznawcy utrudniali pracę ludziom, którzy chcą nas bronić? Tym, którzy wyciągają różdżki w imię obrony naszych najwyższych wartości? — Odwrócił się z powrotem w kierunku pani Turpin. — W pani naturze leży obrona moralności sąsiadów, a funkcjonariuszy Brygady Uderzeniowej obrona społeczności przed ludźmi o niegodziwych intencjach. Czy nasza bogini pochwaliłaby współpracę takiej szacownej kobiety jak pani z bandą pospolitych złodziei?
Wolał, aby kobieta samodzielnie doszła do odpowiednich wniosków. Naprawdę nie chciał jej straszyć potencjalnymi konsekwencjami. Kiedy zostaną uporządkowane wszelkie kwestie związane z dziedziczeniem mieszkania kobiety, być może zostanie ono komuś wynajęte. Komuś niezwiązanemu z rodziną Turpin. Komuś, komu może nie odpowiadać towarzystwo tak dobrodusznej przenikającej przez ściany kobiety. Im szybciej zrozumie, że musi odpowiednio się zachowywać, tym lepiej. W przeciwnym razie faktycznie mogłoby tutaj dojść do egzorcyzmów i pochwycenia ducha pani Turpin, aby raz na zawsze odprawić ją na drugą stronę.
— Tym lepiej dla wszystkich, że funkcjonariuszka Longbottom jest nadzwyczaj wyrozumiała, prawda... Brenno? — zerknął na dziewczynę, dopiero teraz uważniej jej się przyglądając. Nie wyglądała na poważnie ranną. Momentalnie skrzywił się na tę myśl. Co on wymyślał? Przecież ona nawet nie dałaby po sobie poznać, gdyby sobie coś dzisiaj zrobiła. Gdyby połamała sobie nogi na tej klatce schodowej, to teraz pewnie skakałaby w te i we wte jak jak górska koza. — Koniec końców, sprawcy zostali ujęci, prawda?