To było bardzo straszne zdanie, na którego brzmienie Dora rozejrzała się dookoła raz jeszcze, ale dookoła panowała tylko ciemność. Ciemność, której tak się obawiała i która sprawiała, że ciarki pełzły jej po skórze.
Zawahała się wyraźnie, kiedy zobaczyła wyciągniętą do siebie dłoń. Czy powinna z niej skorzystać? Coś w środku krzyczało, że absolutnie nie, ale jakiś cichszy, spokojny głosik powtarzał jej, że to cała istota magii; nie było światła bez cienia. Stojąc w słońcu zawsze rzucało się cień, nawet najmniejszy.
Podniosła się z pomocą samej siebie. Jakie to było dziwne, oglądać się i patrzeć oczami na swoją własną twarz. Tę właściwą i niezmienioną. Nagle poczuła ukłucie zazdrości. Patrzyła na siebie. Prawdziwą siebie. W tym akurat była prawda.
- Czyli... jeśli to czar to wystarczy, że rzucimy wystarczająco dobre zaklęcie, prawda? No chyba, że gdzieś widziałyśmy runy... - rozejrzała się znowu, nieco uważniej, ale mimowolnie zrobiła krok w tył. Zapach nie był intensywny, ale wystarczająco charakterystyczny, by na nowo wzdrygnęła się i zaczęła wątpić.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.