• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence

[sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
31.01.2026, 21:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.01.2026, 21:50 przez Benjy Fenwick.)  
Dyskutowaliśmy dalej, przerzucając się argumentami, ale zamiast upewniać się w swoich twierdzeniach, z minuty na minutę, zdania na zdanie, miałem coraz bardziej nieodparte wrażenie, że ona widziała we mnie coś, czego sam nie potrafiłem nawet nazwać, wiedziałem tylko, że mierzyliśmy się spojrzeniami jak dwie osoby stojące naprzeciwko siebie na wąskim moście, żadna nie mająca zamiaru ustąpić pierwsza - to było nieuczciwe, z jej strony, z mojej, z tej całej sytuacji. Miała rację w jednym - mój stosunek do ludzi nie należał do najbardziej entuzjastycznych, ale to nie było tak, że zakładałem najgorsze dla sportu, to było raczej jak odruch bezpieczeństwa, coś, co włączało się samo, zanim zdążyłem się zastanowić. Przesunąłem językiem po suchych wargach i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że od kilku chwil niemal nie oddychałem. Uniosłem lekko podbródek, nie agresywnie, bardziej z tym spokojnym uporem, który pojawiał się wtedy, gdy człowiek wiedział, że dalej już nie będzie ustępował, i zmrużyłem oczy. Nie odwróciłem wzroku.
- Skończyłaś? - Zapytałem cicho, nie było w tym złośliwości, było zmęczenie tematem. Gdzieś na granicy świadomości pojawiło się uczucie straty, nieostre, pozbawione konkretów, ale uparte, prawie zapomniałem o tej cholernej pustce, a teraz wróciła, razem z tym dziwnym ściskiem w żołądku. Kciukiem przejechałem po palcu serdecznym, po gładkim miejscu, które od jakiegoś czasu przyciągało moją uwagę w sposób niezwykle niepokojący. Zmarszczyłem lekko brwi, jakby to mogło coś wyjaśnić, obróciłem dłoń, przyjrzałem się jej uważnie, potem drugiej, a następnie mrugnąłem powoli, próbując złapać rytm oddechu i wrócić do tematu, który był tu najważniejszy.
- To nie jest negatywny stosunek do ludzi. - Odpowiedziałem w końcu, spokojnie, bez ostrości. - To jest realizm. Myślałem, że ty też jesteś realistką? - Oparłem głowę o zagłówek i przez chwilę patrzyłem w sufit przedziału, w tę nijaką powierzchnię, która nagle wydała mi się najprostszą rzeczą na świecie. - Zakładanie najgorszego nie bierze się z kaprysu. Bierze się z doświadczenia. To nie jest strategia pod tytułem „świat jest zły”, tylko „świat bywa zły, więc miej oczy otwarte”. Dzięki temu człowiek rzadziej ląduje na plecach. - Spojrzałem na nią uważniej, zrobiłem krótką pauzę, patrzyłem na nią przez moment, próbując zrozumieć, skąd bierze się ta jej uparta łagodność, to ciągłe cofanie się o pół kroku i jednoczesne parcie do przodu. Przesunąłem dłonią po karku, powoli, jakbym próbował rozmasować napięcie, które zbierało się tam od nie wiadomo kiedy, było w tym coś znajomego i jednocześnie kompletnie obcego. - A to, że nigdy nie wiesz, z kim masz do czynienia… Właśnie dlatego nie rozdaje się zaufania na wejściu. - Nie mówiłem tego mentorsko, raczej jak ktoś, kto widział to już parę razy, u różnych ludzi, w różnych konfiguracjach. W tym jednym akurat nie miałem zamiaru z nią polemizować. „Negatywny stosunek do ludzi”, może miała rację, może to było najprostsze wyjaśnienie, tylko że ja nie czułem w sobie tej deklarowanej niechęci do świata - raczej coś bliżej zużycia. Jak zakładasz średnio optymistyczne wersję wydarzeń, nie budujesz zamków na piasku, nie oczekujesz cudów od obcych, nie rozpisujesz sobie w głowie scenariuszy, w których ktoś nagle okazuje się kimś więcej, to nie krzywdzi - to chroni.
Oparłem łokcie na kolanach, splatając dłonie, pochylając się odrobinę do przodu. Wagon nadal kołysał się jednostajnie, jakby chciał nas uśpić, jak gdyby całe to miejsce było zaprojektowane właśnie do tego - żeby człowiek przestał się szarpać. Przeniosłem spojrzenie na okno, na rozmazany krajobraz, który ani nie był mi znajomy, ani szczególnie obcy - wszystko tutaj miało w sobie tę samą dziwną, niedookreśloną jakość - coś mi w tym nie pasowało, zmarszczyłem lekko brwi, przesunąłem kciukiem po knykciu drugiej dłoni, mechanicznie.
- A jeśli trafi się ktoś lepszy niż moje założenia… - Wzruszyłem ramionami. - To jest miły bonus. Nie fundament, nie ściana, nie podpora. Dzięki temu nie rozbijam się co chwilę o cudze oczekiwania. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, jak zawsze, kiedy coś mnie uwierało.
Słuchałem jej dalej, pozwalając, żeby mówiła o decydowaniu za siebie, o własnych jazdach, o tym, że nie ona jest tu problemem. Kiwnąłem głową, krótko, przyjmując to do wiadomości.
- Jasne. Decyduj. To twoje życie. Twoje wybory. Tylko nie mieszaj do tego mnie. - Podniosłem jedną dłoń i wykonałem mały, nieokreślony gest w powietrzu między nami. - Nie próbuję odebrać ci wolnej woli. - Zaznaczyłem, a potem westchnąłem, powoli, jak ktoś, kto zdaje sobie sprawę, że rozmowa zaczyna zataczać kręgi. - Wiesz, co jest absurdalne w twojej definicji „wolnej woli”? - Ciągnąłem dalej. - Wchodzenie komuś w przestrzeń z założeniem, że on powinien stać się częścią twojego planu, bo ty tak czujesz. To jest dopiero nie fair. - Pozwoliłem temu wybrzmieć wraz z tym jej „prosta sprawa”, z tym „ja decyduję”, i pokręciłem głową, znowu wykonując ten pusty gest palcami. - Nie jestem kimś, kogo można przekonać argumentami o „razem”, kiedy od pierwszej minuty mówię „nie”. - Przymknąłem oczy, kręcąc głową po raz kolejny. - Uszanuj to, bo to działa w obie strony. Ja też decyduję, co jest dla mnie najlepsze. - Urwałem na chwilę, jakby coś we mnie chciało dodać więcej, ale nie byłem pewien, skąd ten impuls się brał, więc go wygasiłem. Znów poczułem to dziwne ukłucie pod żebrami, zupełnie jakby jakaś część mnie protestowała przeciwko własnym słowom, znowu pojawiło się to uczucie ciężaru, wrażenie, że coś we mnie chciało się cofnąć, a coś innego uparcie pchało do przodu. Przeniosłem wzrok na okno, na rozmazany krajobraz za szybą, który wyglądał jakby świat zapomniał, jak być ostry. Zignorowałem to.
Nie przeniosłem na nią wzroku, kiedy skończyłem mówić, nie od razu, najpierw powoli wypuściłem powietrze, jakby moje płuca przez chwilę zapomniały, że mają pracować same. Wskazałem dłonią przestrzeń między nami, niewielki dystans dzielący nasze kolana.
- To jest cała twoja jurysdykcja. Ten metr powietrza. Nic więcej. - Głos miałem spokojny, niemal płaski, ale w środku była w tym twardość, której nie próbowałem nawet ukrywać - nie był to ton kogoś, kto się bronił, raczej kogoś, kto stawia granicę. Przez moment milczałem, pozwalając, żeby to do niej dotarło, patrzyłem na nią bez mrugania, mając nieodparte wrażenie, że w tym spojrzeniu miało się rozstrzygnąć coś więcej niż tylko kolejna wymiana zdań. W przedziale zrobiło się dziwnie cicho, nawet ten nienaturalny rytm, który wcześniej czułem pod stopami, przygasł, rozmył się w tle. Wymieniane między nami słowa jeszcze we mnie krążyły, nakładały się na siebie, mieszały z czymś starszym, czego nie potrafiłem nazwać. Mówiła szybko, konkretnie, ale jednocześnie z tą dziwną intensywnością, jak ktoś, kto zastanawiał się, czy jeśli zrobi pauzę, nie straci gruntu pod nogami. A ja siedziałem naprzeciwko niej i czułem narastające napięcie - nie fizyczne, tylko to głębokie, egzystencjalne, które przychodzi wtedy, kiedy ktoś próbuje wziąć na siebie ciężar twoich decyzji - takie, które nie bierze się z jednej wymiany zdań, z nocy bez snu, tylko z lat ciągłego bycia w drodze, z nieustannego dźwigania rzeczy, których nikt nie widzi, ale każdy chce ocenić.
Przez chwilę milczeliśmy, zapadła między nami ciężka pauza, czułem jej wzrok na sobie, tak samo intensywny jak mój na niej. Było w tym coś z pojedynku, ale nie takiego na pięści - raczej na wytrzymałość. Wagon kołysał się miarowo, świat za oknem był rozmazaną plamą barw i światła, a ja miałem wrażenie, że siedzimy w kapsule wyrwanej z czasu.
Pokręciłem powoli głową, nie chcąc pozwolić sobie na zbyt wiele ciszy, takiej gęstej, która nie była spokojem, tylko napięciem rozlanym między siedzeniami. Miała swoją odpowiedź, nawet jeśli nie padło to między nami głośno - z dwojga złego - siedzenie bez słowa było dla mnie zdecydowanie mniej komfortowe. Wystarczyło kilkadziesiąt sekund, bym potwierdził swoje przypuszczenia - tak, jak to przewidziałem - nie dało się przy niej nawet swobodnie oddychać, gdy tylko siedziała i na mnie patrzyła. To było okropnie irytujące, bo zazwyczaj nie miewałem potrzeby strzępienia sobie języka, nie należałem do osób, które jakoś bardzo mocno lubiły swój własny głos ani też nie czułem się źle z myślami w mojej głowie - przynajmniej do teraz.
- To nie jest twój pociąg. To nie jest twoja podróż. Wpadłaś tu z korytarza, powiedziałaś, że masz jakąś sprawę, a teraz mówisz o wyborach, które niby należą do mnie, ale brzmią, jakbyś już je za mnie podjęła. - Przez moment chciałem się roześmiać, rzucić jakąś kąśliwą uwagę, przypomnieć jej, że nikt mi niczego nie narzuci, bo nie jestem pionkiem przesuwanym po cudzej planszy, ale coś mnie powstrzymało - może sposób, w jaki się wypowiadała, może fakt, że nie brzmiała jak ktoś, kto chce wygrać sprzeczkę, tylko jak ktoś, kto naprawdę wierzył w coś znacznie większego.
- Słucham cię dłużej niż minutę, co, nawiasem mówiąc, mówi tyle samo o mnie, co o tobie, i wciąż nie rozumiem jednej podstawowej rzeczy. Dlaczego ty tak bardzo chcesz tu ze mną być. - Zrobiło mi się… Dziwnie ciężko, kiedy to mówiłem, jakbym wypowiadając te zdania, oddawał coś, czego nawet nie wiedziałem, że trzymam. Odruchowo opuściłem wzrok na swoje dłonie, palce same wykonały ruch, zanim zdążyłem go zatrzymać - spróbowałem obrócić coś na palcu, nawet jeśli nie było czego obracać. Zmarszczyłem brwi, zdezorientowany, i jeszcze raz spojrzałem na rękę, jakby mogła mi coś wyjaśnić, przez moment miałem wrażenie, że czegoś tam brakuje, że jakiś ciężar powinien znajdować się dokładnie w tym miejscu, a go nie ma. Mrugnąłem kilka razy, próbując rozproszyć to głupie uczucie.
Odruchowo zmrużyłem oczy, gdy powiedziała, że ma gdzieś moją sprawczość, to zdanie zapiekło, bo uderzało dokładnie w to miejsce, które zawsze uważałem za nienaruszalne.
-Ty naprawdę nie słyszysz, jak to brzmi. -  Odezwałem się znowu, nisko, wolno. - „Musi się stać”. „Nie ma innego wyjścia”. Wiesz, że to są dokładnie te same zdania, którymi ludzie usprawiedliwiają najgorsze decyzje? - Oparłem łokcie o kolana i splótłszy dłonie, pochyliłem się lekko w jej stronę, nie agresywnie, bardziej tak, jak robi się to, kiedy próbuje się kogoś dosięgnąć słowami. - Całe życie unikam sytuacji, w których ktoś mi mówi, że coś jest nieuniknione - dodałem ciszej - bo najczęściej „nieuniknione” oznacza po prostu „wygodne dla kogoś innego”. A to ty, nie ja, starasz się kompresować w cudze formaty i nazywasz to „elastycznością”. - Nie chciałem być dupkiem, ale dokładnie tak to zabrzmiało, nie mogłem cofnąć tych słów.
Każde kolejne zdanie układało się we mnie jak źle spasowane elementy układanki - niby pasowały kształtem, ale obraz, który próbowały stworzyć, był absurdalny, nie na miejscu, zbyt ciężki jak na zwykłą rozmowę w przedziale. Czułem, jak w miarę jej słów coś we mnie zaczyna się cofać, instynktownie, obronnie, jakby organizm próbował odsunąć się od rzeczy, które brzmią zbyt ostatecznie. Nie lubiłem takich deklaracji, nie lubiłem, kiedy ktoś mówił mi, że „nie ma innego wyjścia”, to zawsze był moment, w którym zapalała mi się czerwona lampka.
Oparłem łokcie o uda, splecionymi palcami podparłem brodę na krótką chwilę, pochylając głowę na kilka sekund, przez krótką chwilę patrząc w podłogę, bo wszystkie te absoluty odbijały mi się echem pod czaszką, mieszały się z rytmem wagonu - tym dziwnym, nierównym kołysaniem, które wciąż nie było do końca ani pociągiem, ani promem. Zmęczenie przyszło nagle, falą, jakby ktoś odkręcił kurek. Dopiero po sekundzie, po dwóch, zacząłem składać sens z tego strumienia, który wylewała przede mną, po czym znowu się wyprostowałem. Ten wagon był za wąski na takie rozmowy, za ciasny na jej uporczywe „proste sprawy”.
- Słucham cię od dobrych kilku minut. Siedzę tu, pozwalam ci wejść w moją przestrzeń, pozwalam ci mieszać mi w głowie, rzucać hasłami o końcu, powrotach, drugich stronach i pieprzonych pociągach, do których „nie powinno się wsiadać”. - Spojrzałem na nią uważniej, próbując zobaczyć coś pod spodem tej warstwy gasnącego opanowania i twardych deklaracji. - I wiesz co? To już jest więcej, niż ktokolwiek ma prawo ode mnie żądać w jednej rozmowie. To za dużo jak na jedno spotkanie. I za dużo jak na kogoś, kto pojawił się w moim przedziale znikąd. - Zacisnąłem szczękę, przesunąłem dłonią po udzie, nerwowo, jakbym chciał strząsnąć z siebie to uczucie, że ktoś próbuje mi włożyć w ręce cudzą odpowiedzialność. - A zanim powiesz, że nie znikąd, że z korytarza i przez drzwi - machnąłem ręką, mając nadzieję uciąć to jeszcze zanim zdążyła się odezwać - nie o to mi chodzi. - Uniosłem lekko brew, nie w geście kpiny, tylko ironicznego niedowierzania, te wszystkie wnioski jeszcze we mnie pracowały, układały się w jakieś niechciane sensy, rozpychały mi się pod żebrami. Mówiła szybko, zbyt szybko, jak ktoś, kto boi się, że jeśli zrobi pauzę, świat się zapadnie, zaciskała dłonie na kolanach, a ja to widziałem - widziałem więcej, niż powinienem widzieć u obcej osoby, i to mnie irytowało prawie tak samo, jak to, że nie potrafiłem oderwać od niej wzroku.
Siedziałem przez chwilę, z ramionami opartymi o oparcie siedzenia, z głową lekko odchyloną w tył, patrząc gdzieś ponad jej ramieniem, w rozmyte odbicie światła w szybie. Coś we mnie drgnęło przy tym słowie „zmęczony”, krajobraz za szybą rozmazał się w nierealnych smugach, jakby świat nie był już zbudowany z fizycznych kształtów, tylko z ruchu. Nie potrafiłem powiedzieć, czy pojazd przyspieszał, czy zwalniał, bo rytm, który wcześniej czułem pod stopami, stał się nierówny, zmienny, jak puls, który gubi tempo. Pociąg - albo to, co udawało pociąg - zakołysał się, po czym ponownie zaczął poruszać się bardziej miarowo, jakby próbował mnie uśpić, jakby chciał mi podpowiedzieć, że ta rozmowa nie była wcale potrzebna, że mogę po prostu pozwolić jej odpłynąć razem z krajobrazem. Nie zrobiłem tego.
Przechyliłem głowę lekko w bok, jakbym próbował ustawić ją pod właściwym kątem.
- Nie mów mi, jak działam. - Głos miałem spokojny, ale pod spodem kryła się chropowatość. - To jest właśnie ten moment, w którym zaczynasz przekraczać granicę. - Rzuciłem, splatając dłonie przed sobą, ten ruch był stary, wyuczony, obronny, to była pozycja człowieka, który nie zamierzał się cofnąć, nawet jeśli grunt pod nogami zaczynał się ruszać. Przesunąłem kciukiem po nasadzie palca, gdzie powinien być metal, którego nie było, zrobiło mi się od tego dziwnie ciężko w klatce piersiowej, zupełnie bez sensu, brak czegoś, czego nawet nie pamiętałem, nagle ważył więcej, niż powinien. - Nie potrzebuję eskorty. Nie potrzebuję towarzystwa. Nie potrzebuję, żeby ktoś mi tłumaczył, że powinienem walczyć, że nie powinienem się godzić, że „to nie jest rozwiązanie”. - Nie było w tym złośliwości, było stwierdzenie faktu. - Wsiadłaś tu, bo tak zdecydowałaś. Jasne. Ale to nie znaczy, że teraz masz prawo rozstawiać mi drogowskazy i mówić, gdzie mam wysiadać. - Na moment spuściłem wzrok, jakbym zbierał kolejną myśl. - Nie masz pojęcia, ile razy już wracałem z podróży, z których nie powinno się wracać. Nie wiesz, ile rzeczy już przeżyłem, ile decyzji musiałem podjąć, ile razy wybierałem mniejsze zło albo jedyne dostępne wyjście. Ile razy podnosiłem się z podłogi tylko dlatego, że nie było nikogo innego, kto by to zrobił za mnie. Więc kiedy mówisz mi, że „za szybko się oswoiłem”, trafiasz kulą w ścianę, nie we mnie. - Spojrzałem jej prosto w oczy, mierzyliśmy się wzrokiem w tym chwilowym zawieszeniu, które zapadało po czymś nieodwracalnym, i przez moment miałem wrażenie, że cały ten przedział skurczył się do przestrzeni między jej oczami a moimi. Była w tym jakaś brutalna intymność, coś, czego nie dało się już cofnąć, każde kolejne zdanie dokładało cegłę do konstrukcji, w której nagle byłem centralnym elementem, chociaż nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek zgodził się pełnić tę rolę.
Patrzyłem na nią dalej, próbując zrozumieć, skąd brała się ta jej determinacja, dlaczego tak kurczowo trzymała się mnie, człowieka, który od pierwszej chwili był dla niej nieprzyjemny, zdystansowany, zamknięty. Nie dawałem jej ciepła, nie dawałem bezpieczeństwa, nie dawałem nawet szczególnej uprzejmości, a ona mimo to siedziała naprzeciwko i mówiła o „razem”. Nie było w tym nic romantycznego, to nie była wymiana argumentów rodem z filmów, gdzie wszystko nagle staje się jasne, to była interakcja dwóch osób, z których jedna właśnie próbowała uratować świat, a druga usiłowała zrozumieć, dlaczego nagle wciągnięto ją w cudzą apokalipsę.
- Nie wiem, co sobie o mnie wyobrażasz, ani jaką historię dopisałaś do tej sytuacji, ale to nie jest tak, że ja tu siedzę, bo ktoś mnie zapomniał obudzić. Nie wsiadłem przypadkiem. Nie jestem dzieckiem, którego trzeba wziąć za rękę i przeprowadzić przez ulicę. - Przesunąłem wzrokiem po jej twarzy, zatrzymując się na chwilę na oczach - były uważne, zbyt uważne, ale nie w analityczny sposób, tylko w taki cichy, ludzki. Miała w sobie coś, co sprawiało, że chciało się jej słuchać, nawet kiedy mówiła rzeczy kompletnie oderwane od mojej rzeczywistości, to było niebezpieczne, bo łatwo było pomylić to z czymś więcej, jakby próbowała zajrzeć mi pod skórę, by wbić palce w miejsce, które było najbardziej podatne. Patrzyła na mnie, a we mnie coś miękło wbrew mojej woli, bo trudno było nie zauważyć, że miała w sobie coś… Jasnego - coś, co sprawiało, że chciało się mówić do niej łagodniej, nawet kiedy nie zgadzało się z każdym jej zdaniem - była jasna. W tym prostym, ale nieoczywistym sensie. Miała w sobie rodzaj żarliwego ciepła, które nie było wyniszczające, raczej uparte, konsekwentne, ale to nie zmieniało sedna.
- Wyglądasz, jakbyś wpakowała w to wszystko więcej emocji, niż ja w ogóle mam do zaoferowania. To się zdarza. Czasem człowiek widzi w kimś więcej, niż tam faktycznie jest. - Zrobiłem krótką pauzę, przechyliłem głowę. Wagon kołysał się miarowo, gdzieś pod podłogą coś rytmicznie pracowało, a za oknem krajobraz rozmywał się w nieokreślone plamy światła i cienia. Miałem wrażenie, że to wszystko działo się obok, jakby świat kontynuował swoją trasę niezależnie od tego, co właśnie rozgrywało się między nami. - Wydajesz się… - Uniosłem ramiona w drobnym geście bezradności, nawet nie próbując znaleźć słowa, którym mógłbym ją opisać. - Masz w sobie coś takiego. - Dodałem, z lekkim, gorzkawym półuśmiechem. W głowie miałem jej zdania, jedno na drugim, nakładające się jak zbyt szybko przewracane strony książki. „Droga bez powrotu”. „Nie wsiada się do takich pociągów”. „Razem albo wcale”. Nie rozumiałem, dlaczego tak bardzo chciała tu ze mną być, dlaczego uparła się akurat na mnie, skoro od samego początku nie dawałem jej nic poza dystansem, szorstkością i nieufnością. Nie próbowałem jej uwodzić, nie byłem ciepły, nie byłem zachęcający. Wręcz przeciwnie -  robiłem wszystko, żeby zaznaczyć granice, a ona mimo to siedziała naprzeciwko, z tym swoim spojrzeniem, w którym było więcej determinacji niż rozsądku. Zawahałem się na moment, bo coś w jej głosie - w tym „nie chcę zostać sama” - uderzyło we mnie dziwnie mocno, nieproporcjonalnie do sytuacji.
- Ale dlaczego ja. - To nie było pytanie zadane głośno od razu, najpierw przemknęło mi przez głowę, potem przez gardło, aż w końcu wyszło, chropowate, krótkie. Patrzyłem na nią, próbując doszukać się w jej twarzy czegoś, co by mi to wyjaśniło, czegoś logicznego, racjonalnego. Zamiast tego widziałem tylko upór i to coś bardziej osobistego, co nakazywało jej mówić, mimo wszystko, splecione w jedno. Widziałem w jej oczach napięcie, determinację, może nawet strach, który próbowała maskować racjonalnymi zdaniami i pozorną kontrolą, i coś jeszcze - coś, czego nie potrafiłem nazwać, ale co przypominało mi ludzi stojących przy łóżkach szpitalnych, kiedy lekarz wychodzi z sali i zostawia ich z ciszą. - Poważnie. Czemu akurat ja? - Uniosłem lekko brew, ale nie ironicznie, bardziej z konsternacją. To nie było pytanie retoryczne, to było realne, proste „dlaczego akurat ja”, rzucone w przestrzeń między nami. Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka i wypuściłem powietrze nosem, krótko, nierówno. - Spójrz na mnie. Z całego pieprzonego świata… - Oparłem się mocniej o oparcie, ułożyłem dłonie na udach, jakbym chciał pokazać, że jestem tu, cały, kompletny - i jednocześnie kompletnie nie tym, kogo szuka. Machnąłem krótko dłonią, jakby prezentował samego siebie jako argument, chcąc odsunąć od siebie całe to jej „podążę za tobą”. Przesunąłem po niej spojrzeniem, wolno, bez wstydu, od twarzy po dłonie splecione na kolanach, szukając jakiegoś śladu sensu tej sceny, próbując sprawdzić, czy naprawdę siedziała przede mną ta sama osoba, która jeszcze chwilę temu negocjowała przestrzeń przy pomocy gumy balonowej i półżartów, a teraz nagle mówiła o końcach, drugich stronach i podążaniu za kimś, kogo nawet nie znała.
- Mówisz mi, że mam być twoim „albo–albo”. - Pokręciłem głową, ponownie, trochę szerzej ozłożyłem dłonie w geście, który miał oznaczać „oto cały towar”. - Nikt normalny nie wybiera mnie w takich sprawach. Nigdy. - Nie stawia się mnie na pierwszym miejscu, nie robi się ze mnie planu A, nie uzależnia się od mojej obecności własnych decyzji życiowych. To nie jest mój zakres kompetencji. - Są ludzie bezpieczniejsi, lepsi, bardziej… Sensowni. - Tacy, których się naturalnie trzymało w tych delikatnych sprawach. - Jak widać, ja do tej kategorii nie należę. Jestem tym, którego się bierze, kiedy inne, łagodniejsze opcje już się skończyły. Albo kiedy komuś się pali grunt pod nogami. - To wyszło ze mnie sucho, niemal technicznie, jakby to była kwestia logistyczna, a nie coś, co ktoś właśnie próbował obudować swoimi znacznie głębszymi emocjami. To nie była fałszywa skromność ani dramatyzowanie - to był fakt, z którym żyłem wystarczająco długo, żeby przestać się z nim kłócić. Ludzie nie priorytetyzowali mnie w takich momentach, nie stawiało się mnie na piedestale, nie robiło się ze mnie osi świata, nie rzucało wszystkiego, żeby siedzieć naprzeciwko mnie w jakimś dziwnym przedziale i opowiadać o wspólnym końcu, jeśli ktoś coś wybierał, to zawsze było coś ważniejszego, pilniejszego, bardziej sensownego, dlatego to, co mówiła, zwyczajnie tu nie pasowało. Jeśli ktokolwiek miał rozsądek, to omijał ludzi mojego pokroju szerokim łukiem albo zostawiał na koniec listy, obok rzeczy pod tytułem „jeśli już naprawdę nie ma innych opcji”. Słuchałem tych wszystkich „razem”, „z tobą”, „po drugiej stronie”, jakby mówiła o jakiejś wycieczce krajoznawczej, a nie o czymś, co brzmiało jak ostateczność, i im dłużej mówiła, tym bardziej miałem wrażenie, że kompletnie pomyliła adres.
- Nie jestem zagubiony. Przynajmniej nie na tyle, żeby potrzebować kogoś, kto wpadł tu z korytarza i nagle próbuje mi tłumaczyć sens dalszej drogi. - Mówiłem spokojnie, rzeczowo, jakbyśmy rozmawiali o źle dobranym pociągu albo pomylonej platformie. - I nie potrzebuję, żebyś deklarowała, że będziesz za mną chodzić jak cień. - Zrobiłem krótką pauzę, w moim głosie nie było pogardy, była uczciwość.
Widziałem w niej coś dobrego - coś, co pewnie ktoś inny potrafiłby przyjąć z otwartymi ramionami. Miała w sobie miękkość, nawet teraz, kiedy próbowała grać twardą, miała tę przedziwną zdolność mówienia o sprawach ostatecznych tak, jakby były logistycznym problemem do rozwiązania. Była… Była, po prostu była, w tym nieoczywistym sensie, który nie polegał na uśmiechach, tylko na gotowości, by zostać, nawet kiedy ktoś konsekwentnie daje ci sygnały, że nie ma na to przestrzeni - właśnie dlatego musiałem to uciąć.
- Gdzieś tam na pewno jest ktoś, kto doceni to wszystko. - Powiedziałem w końcu, trochę jakby do samego siebie, na oślep machając dłonią w kierunku korytarza. - Twoją determinację, to, że walczysz, że nie odpuszczasz. Ktoś, kto będzie gotów wejść z tobą w to „razem”, o którym mówisz. Kto będzie gotów iść z tobą, gdziekolwiek chcesz. - Zrobiło mi się przy tym dziwnie ciężko, zupełnie nieproporcjonalnie do sytuacji, jakby mówił to ktoś inny, a ja tylko wypowiadał jego kwestie. Prawie zapomniałem o zaginionej obrączce, o artefakcie, o „Nich”, o całej tej chorej układance, ale teraz znowu próbowałem obrócić ją na palcu, i znowu jej tam nie było. Mrugnąłem, potrząsając głową. - Nie rzuca się wszystkiego tylko dlatego, że jakiś obcy facet siedzi w przedziale i wygląda, jakby miał swoje pięć minut egzystencjalnej zadumy. - Przez chwilę milczałem, jakbym ważył kolejne słowa, ale tak naprawdę już wiedziałem, co chcę powiedzieć. - Wybierasz bardzo dziwną osobę na punkt odniesienia. Byłem dla ciebie szorstki. Od początku. Nie próbowałem cię czarować, nie dawałem żadnych obietnic, nie otwierałem się jak w taniej powieści. A ty mimo to siedzisz tu i mówisz, że podążysz za mną gdziekolwiek. - Pokręciłem głową, krótko, prawie bezwiednie. - Więc albo czegoś nie mówisz, albo źle celujesz. Jeśli naprawdę chcesz komuś towarzyszyć, jeśli naprawdę boisz się zostać sama, to znajdź kogoś, kto potrafi to unieść. Kogoś, kto jest do tego stworzony. - Zatrzymałem spojrzenie na jej oczach. „Bo ja nie jestem”.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (37615), Prudence Fenwick (23586)




Wiadomości w tym wątku
[sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.01.2026, 16:13
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.01.2026, 00:59
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.01.2026, 05:35
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.01.2026, 20:27
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.01.2026, 18:40
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 25.01.2026, 23:25
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 27.01.2026, 06:35
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 28.01.2026, 19:47
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 29.01.2026, 21:45
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 30.01.2026, 19:37
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 31.01.2026, 21:45
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 02.02.2026, 14:03
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 03.02.2026, 01:40
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 05.02.2026, 12:39
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 06.02.2026, 02:13
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 07.02.2026, 14:34
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 08.02.2026, 22:55
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 11.02.2026, 22:14
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 12.02.2026, 13:10
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 12.02.2026, 23:48
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.02.2026, 20:46
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 17.02.2026, 13:57

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa