— Nie znam się na wampirach, ale chyba tak na wsi to kiepsko z jedzeniem dla nich? — zaczął rozmyślać o logistyce gryzienia i żywienia się ludźmi, kiedy nie ma dostępu do ludności napływowej, ale zaraz je porzucił, bo były ważniejsze pytania.
Lewis wzruszył ramionami.
— Nie zwracam na to uwagi w sumie. Rzadko w ogóle patrzę w górę. Mam wrażenie, że to tego, no... — pstryknął palcami, szukając słowa. Był zmęczony, nie sypiał dobrze od Spalonej Nocy, ale kto to robił? Bogacze, oto kto, którym nie robiła jedna czy dwie spalone posiadłości. — Przywileju, o. Żeby patrzeć się w niebo. Nie mogę patrzeć o tam, jak tutaj jest źle. Chyba nigdy nie widziałem nawet spadającej gwiazdy, a astronomię to w szkole prawie oblałem.
Wręczył Nico metalową łyżkę, drugą sam sobie wziął i wbił w deser. Nabrał sporą porcję i wsadził sobie do buzi. Przemielił, myśląc poważnie.
Patrzył na gwiazdy, ale chyba tylko po to, żeby zrobić Nico miło. Dojrzał jakieś bardzo jasne, mrugające i jakby... kolorowe? Na raz też zauważył, że się ruszają. Samolot mugoli. Westchnął. Najwyraźniejsza chyba była ta przy tym jakby wózku. Tak, widział ją i nic mu to nie mówiło. Jasny błysk, który był obojętny wobec wszystkiego. Zimno tylko zaczynało się robić i tyle.
— Czego tam u was uczą o gwiazdach?