31.01.2026, 23:18 ✶
Wiadomość o znalezieniu trupa w Little Hangleton obiegła Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów lotem błyskawicy. Erik z początku nie przywiązał do niej większej wagi, bo i czemu? Podobne zgłoszenia pojawiały się od czasu do czasu i chociaż takie wezwania nie należały do najprzyjemniejszych, tak były stałym elementem pracy Brygady Uderzeniowej. Wprawdzie wzmianka o zgniłej ręce, znalezionej w dość osobliwym miejscu, wydawała się nieco podejrzana, tak to, co przykuło jego uwagę, było znacznie bardziej osobiste. Informację o znalezisku przekazała jego własna siostra.
Ona nigdy nie zrobi sobie dnia wolnego, pomyślał, narzucając na ramiona służbową szatę. Kilku funkcjonariuszy zdążyło już ruszyć na miejsce, lecz Erik zamierzał do nich dołączyć. Czemu? Chociażby po to, aby dowiedzieć się, jakim cudem akurat Brenna znalazła się w pobliżu takiego znaleziska. Szukała wrażeń na własną rękę? Przy śniadaniu nie wspominała o żadnej podejrzanej wyprawie. A może to kłopoty znalazły ją same? To by do niej pasowało. Pocieszające było jedynie to, że Brenna miała nie tylko talent do pakowania się w tarapaty, ale i do błyskawicznego wychodzenia z nich w jednym kawałku. Po upewnieniu się, że miał ze sobą wszystkie potrzebne rzeczy, Erik udał się do sali zwolnionej z zakazu teleportacji na terenie placówki i przeniósł się do wioski.
Widok jednego z młodszych funkcjonariuszy, który łapał powietrze jak po długim biegu, nie napawał optymizmem. Drugi wyglądał niewiele lepiej: cały blady, spięty, rozglądający się nerwowo po okolicy. Czy to tylko irytacja wywołana nagłym wezwaniem, czy może faktycznie trafili na coś wyjątkowo paskudnego?
— Wszystko w porządku? Widzieliście Brennę? — rzucił, choć już w chwili, gdy słowa opuściły jego usta, pożałował pierwszego pytania. Jeśli stan zwłok był choć w połowie tak zły, jak sugerował raport, to pytanie o samopoczucie mogło zabrzmieć jak kiepski żart.
Skierowano go w stronę ogródka. Gdy stanął przed wejściem, przekrzywił głowę w swoim charakterystycznym geście. Brenna, w wilczej postaci, krążyła między rabatkami, pochylona nad ziemią, jakby tropiła coś, czego ludzkie zmysły nie byłyby w stanie wychwycić. Wiedział, że jej zwierzęca forma dawała jej przewagę, ale w tej scenerii wyglądało to niemal dramatycznie: jakby lada moment z ziemi mogły wyrosnąć kolejne kończyny, niczym groteskowe strachy na wróble. Erik wzdrygnął się na tę myśl.
— Na twoim miejscu bym uważał! — zawołał, posyłając wilczycy zmartwione spojrzenie. Uniósł głowę, rozglądając się po podwórzu, po czym zaczął po kolei wyłamywać palce, strzelając kostkami. — Cholera wie, w co tam wdepniesz i jaką zarazę z tego złapiesz. Właściwie… gdybyś coś podłapała, to powinniśmy iść z tym do magizoologa czy raczej do mugolskiego Londynu? Nie mogę sobie przypomnieć jak wyglądają oficjalne procedury w tego typu przypadkach.
Humor może i był nie na miejscu, ale po latach w Brygadzie Uderzeniowej człowiek uczył się, że czasem to jedyny sposób, by przetrwać najgorsze zgłoszenia. Oby to konkretne nie wylądowało na liście jednego z najgorszych, pomyślał ponuro.
Ona nigdy nie zrobi sobie dnia wolnego, pomyślał, narzucając na ramiona służbową szatę. Kilku funkcjonariuszy zdążyło już ruszyć na miejsce, lecz Erik zamierzał do nich dołączyć. Czemu? Chociażby po to, aby dowiedzieć się, jakim cudem akurat Brenna znalazła się w pobliżu takiego znaleziska. Szukała wrażeń na własną rękę? Przy śniadaniu nie wspominała o żadnej podejrzanej wyprawie. A może to kłopoty znalazły ją same? To by do niej pasowało. Pocieszające było jedynie to, że Brenna miała nie tylko talent do pakowania się w tarapaty, ale i do błyskawicznego wychodzenia z nich w jednym kawałku. Po upewnieniu się, że miał ze sobą wszystkie potrzebne rzeczy, Erik udał się do sali zwolnionej z zakazu teleportacji na terenie placówki i przeniósł się do wioski.
~~*~~
Widok jednego z młodszych funkcjonariuszy, który łapał powietrze jak po długim biegu, nie napawał optymizmem. Drugi wyglądał niewiele lepiej: cały blady, spięty, rozglądający się nerwowo po okolicy. Czy to tylko irytacja wywołana nagłym wezwaniem, czy może faktycznie trafili na coś wyjątkowo paskudnego?
— Wszystko w porządku? Widzieliście Brennę? — rzucił, choć już w chwili, gdy słowa opuściły jego usta, pożałował pierwszego pytania. Jeśli stan zwłok był choć w połowie tak zły, jak sugerował raport, to pytanie o samopoczucie mogło zabrzmieć jak kiepski żart.
Skierowano go w stronę ogródka. Gdy stanął przed wejściem, przekrzywił głowę w swoim charakterystycznym geście. Brenna, w wilczej postaci, krążyła między rabatkami, pochylona nad ziemią, jakby tropiła coś, czego ludzkie zmysły nie byłyby w stanie wychwycić. Wiedział, że jej zwierzęca forma dawała jej przewagę, ale w tej scenerii wyglądało to niemal dramatycznie: jakby lada moment z ziemi mogły wyrosnąć kolejne kończyny, niczym groteskowe strachy na wróble. Erik wzdrygnął się na tę myśl.
— Na twoim miejscu bym uważał! — zawołał, posyłając wilczycy zmartwione spojrzenie. Uniósł głowę, rozglądając się po podwórzu, po czym zaczął po kolei wyłamywać palce, strzelając kostkami. — Cholera wie, w co tam wdepniesz i jaką zarazę z tego złapiesz. Właściwie… gdybyś coś podłapała, to powinniśmy iść z tym do magizoologa czy raczej do mugolskiego Londynu? Nie mogę sobie przypomnieć jak wyglądają oficjalne procedury w tego typu przypadkach.
Humor może i był nie na miejscu, ale po latach w Brygadzie Uderzeniowej człowiek uczył się, że czasem to jedyny sposób, by przetrwać najgorsze zgłoszenia. Oby to konkretne nie wylądowało na liście jednego z najgorszych, pomyślał ponuro.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞