01.02.2026, 02:11 ✶
Jestem błękitny, rozmawiam z Dei, krytykuje występy, wychodzimy do ogrodu różanego.
Pragnąć to być; wyciągał dłoń w kierunku ognia, doskonale znając jego właściwości - płonąca skóra zdawała się sprawiać problem dopiero, gdy jej widok gorszył spojrzenia; out of sight, out of mind.
Czy mógł winić Desmonda za wyrysowaną na zazwyczaj zobojętniałej twarzy odrazę? Przecież to nie w tym sęk, resztka stłamszonego rozumu nie przebiła się przez narastająca panikę tak samo efektywnie, jak dłoń naznaczyła kieliszek rysą. Pęknięte szkło nie rozsypało się po parkiecie, bo siła nacisku była za słaba. W zaskakująco pewnej nonszalancji pozbył się uszkodzonego naczynia, w sprawnym wyćwiczeniu odwracając głowę od niedoskonałości, skupiając się na anielskiej piękności otaczających zamaskowaną buzię blond kosmyków.
- Mogłabyś częściej tak mówić - skłamał bez zająknięcia - Ale czym byś się wtedy wyróżniała z tłumu podobnie brzmiących propozycji? - nie było takich demonów, które związałyby język Croucha. Tylko pocałunki były nagradzane złotem, cała reszta musiała cieszyć się srebrem i mosiądzem.
Zachichotał, rozbawiony własnym żartem.
- To nic osobistego, jakbyś chciała na pewno bym się z tobą całował. Być może, raczej tak, ale - wzruszył lekko ramionami - wolę z tobą rozmawiać, po co milczeć, jak ma się dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia? - komplement był być może zawoalowany, ale Crouch liczył, że na tyle dobitny, aby został zrozumiany.
- A licytacja to forma bardzo przeciąganej gry wstępnej? - znów zażartował, tym razem odnosząc się do wypowiedzi Malfoyówny na temat małżeństw. Zaraz jednak, jak na zawołanie, sceneria zmieniła się, a wieczór miał być urozmaicony o część artystyczną, co pachniało mu organizacją festiwalu bardziej niż wykwintnego balu. Oleander nie uniósł okrycia twarzy, ale zacisnął usta w tak charakterystycznym geście, że tylko obcy mu ludzie nie rozpoznaliby, że pod maską wywrócił oczyma.
Jeszcze w etapie planowania balu, odmówił wzięcia udziału w odbywającym się występie. W końcu znany jest z tego, że chadza na ciekawe randki, a nie kompromisy - nie miał zamiaru rezygnować z występu solowego na koszt kogokolwiek, zwłaszcza syna właściciela Teatru. Nie omieszkał wspomnieć, że następnym krokiem w karierze, dla tych co na takie występy się zgadzają, jest prowadzenie kajeciku z listą nowożeńców, którzy zapraszają cię jako podrzędnego grajka. Artysta zachwyca i zadziwia, cyrkowiec zabawia, pomyślał słysząc wyczytywane nazwiska. Przekleństwo własnego nazwiska, wzbudzającego szacunek w ławach Wizengamotu odgarnął wraz z kosmykami włosów.
- Myślę, że to dobry moment, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Mają tu ogród różany, widoczność o tej porze zapewne jest średnia, ale wolę to niż stanie w bezruchu i oglądanie licytacji, a potem tych wypocin - nie ozdabiał wypowiedzi, chcąc przekazać Dei swoją faktyczną intencję.
- Chciałaś kiedyś kogokolwiek pocałować, czy skradłem to pragnienie jako pierwszy i to w błękicie? - otuliwszy się materiałem, gdy wkroczyli do ogrodu, odsłonił rządek perlistych zębów w uśmiechu.
// [1/2] - bycie niebieskim
Pragnąć to być; wyciągał dłoń w kierunku ognia, doskonale znając jego właściwości - płonąca skóra zdawała się sprawiać problem dopiero, gdy jej widok gorszył spojrzenia; out of sight, out of mind.
Trigger Warning: dysmorfia, dysforia i seks (Odkryj)
W płynnej nonszalancji uniósł kąciki wiśniowych ust. Choć mocniejsze uderzenia serca poczęły odbijać się w uszach, osaczać, wyciszać tło, wciągać pod wodę, nie stracił rezonu; w momentalnej panice, niebieski odcień skóry z chwilowej sztuczki, miał się przemienić w codzienność. Choć niewidoczna, wraz z błękitem pod skórę wpełzła barwa zwątpienia, odbicie lustrzane niechcianej prawdy, zdeformowanych obrazów, które nawet spod wyćwiczonego pędzla wychodziły karykaturalne. Zasłonięte tafle luster, przyciemniona łazienka, mgła pary wodnej - znów był w londyńskim mieszkaniu, w echu wiedeńskich hoteli. Głowa pulsowała od pustyni rozpusty wczorajszej nocy, dotyk obcych rąk, derealizacja ciepła. Widział siebie i zamykał oczy, rdzawe loki sięgały obojczyków, zanieczyszczona zarostem twarz, pękatość. Był za wysoki, nie, nie, był za duży, smukłe lustro dyktowało odpowiedni kształt, androgeniczność, nieosiągalny standard, wyśniony ideał; koszmarną zjawę. Kim był? Rudą zmorą produkcji matki i ojca, czy pięknością o alabastrowej karnacji, wyszlifowaną własnymi dłońmi? A może ledwo przekraczającą pełnoletniość dziewczyną czekającą na kolejnego adoratora w cudzym mieszkaniu? Zawieszonym pomiędzy koncepcją pożądania, a sztuką chłopcem. Człowiekiem o wielu twarzach, bo swoją zgubił. A może nigdy jej nie posiadał? Drapał się po policzkach, rozrywając skórę, chcąc dotrzeć do ust i oczu - znów zakopał je głęboko pod warstwami pudru, choć te cudze zdobiły nogi, ramiona, klatkę piersiową i pośladki. Tren złaknionych spojrzeń, splecione złotą nicią gałki oczne skrzętnie doglądał we własnej szafie, dopuszczając do siebie zbyt często i chętnie. Kąpał się w uwielbieniu, a jednocześnie... Ramiona były za szerokie, za mało kobiece. Wszystko było nieodpowiednie, brzydkie, niedoskonałe, niewystarczająco przyciągające wzrok. Nie chciałby na siebie spojrzeć, gdyby zobaczył się na ulicy. Resztki brokatu na policzku, rozmazane wspomnienia śmiechu, o jedno pociągnięcie pędzlem za dużo - zanurkował w mydlinach, pogrążając się w przyspieszonym rytmie bijącego serca, jedynego metronomu, za którym nie nadążał.
Czy mógł winić Desmonda za wyrysowaną na zazwyczaj zobojętniałej twarzy odrazę? Przecież to nie w tym sęk, resztka stłamszonego rozumu nie przebiła się przez narastająca panikę tak samo efektywnie, jak dłoń naznaczyła kieliszek rysą. Pęknięte szkło nie rozsypało się po parkiecie, bo siła nacisku była za słaba. W zaskakująco pewnej nonszalancji pozbył się uszkodzonego naczynia, w sprawnym wyćwiczeniu odwracając głowę od niedoskonałości, skupiając się na anielskiej piękności otaczających zamaskowaną buzię blond kosmyków.
- Mogłabyś częściej tak mówić - skłamał bez zająknięcia - Ale czym byś się wtedy wyróżniała z tłumu podobnie brzmiących propozycji? - nie było takich demonów, które związałyby język Croucha. Tylko pocałunki były nagradzane złotem, cała reszta musiała cieszyć się srebrem i mosiądzem.
Zachichotał, rozbawiony własnym żartem.
- To nic osobistego, jakbyś chciała na pewno bym się z tobą całował. Być może, raczej tak, ale - wzruszył lekko ramionami - wolę z tobą rozmawiać, po co milczeć, jak ma się dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia? - komplement był być może zawoalowany, ale Crouch liczył, że na tyle dobitny, aby został zrozumiany.
- A licytacja to forma bardzo przeciąganej gry wstępnej? - znów zażartował, tym razem odnosząc się do wypowiedzi Malfoyówny na temat małżeństw. Zaraz jednak, jak na zawołanie, sceneria zmieniła się, a wieczór miał być urozmaicony o część artystyczną, co pachniało mu organizacją festiwalu bardziej niż wykwintnego balu. Oleander nie uniósł okrycia twarzy, ale zacisnął usta w tak charakterystycznym geście, że tylko obcy mu ludzie nie rozpoznaliby, że pod maską wywrócił oczyma.
Jeszcze w etapie planowania balu, odmówił wzięcia udziału w odbywającym się występie. W końcu znany jest z tego, że chadza na ciekawe randki, a nie kompromisy - nie miał zamiaru rezygnować z występu solowego na koszt kogokolwiek, zwłaszcza syna właściciela Teatru. Nie omieszkał wspomnieć, że następnym krokiem w karierze, dla tych co na takie występy się zgadzają, jest prowadzenie kajeciku z listą nowożeńców, którzy zapraszają cię jako podrzędnego grajka. Artysta zachwyca i zadziwia, cyrkowiec zabawia, pomyślał słysząc wyczytywane nazwiska. Przekleństwo własnego nazwiska, wzbudzającego szacunek w ławach Wizengamotu odgarnął wraz z kosmykami włosów.
- Myślę, że to dobry moment, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Mają tu ogród różany, widoczność o tej porze zapewne jest średnia, ale wolę to niż stanie w bezruchu i oglądanie licytacji, a potem tych wypocin - nie ozdabiał wypowiedzi, chcąc przekazać Dei swoją faktyczną intencję.
- Chciałaś kiedyś kogokolwiek pocałować, czy skradłem to pragnienie jako pierwszy i to w błękicie? - otuliwszy się materiałem, gdy wkroczyli do ogrodu, odsłonił rządek perlistych zębów w uśmiechu.
// [1/2] - bycie niebieskim
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦