Mieli na tym polu jasność, bo Victorii daleko było do wariatki pokroju Cressidy Avery i choć Chris zaprosił ją na ten bal, to sama wcale na nic nie liczyła, ani się niczego nie spodziewała (może prócz miłej zabawy i przyjemnego towarzystwa). Nie miała jakiegoś dużego problemu, by przyjść na imprezę samotnie, zdarzało się jej to wielokrotnie wcześniej, ale nie miała też nic przeciwko, by dotrzymać towarzystwa komuś, kogo lubiła. Z pewnością jednak nie traktowała tego jako jakiejkolwiek deklaracji i to pomimo tego, że Christopherowi zdarzało się mawiać, że wydają ją nie za tego Rosiera, za którego powinni, bo wiedziała, że nigdy nie mówił tego do końca poważnie.
To jednak były nieco inne czasy, życie Victorii od tamtej pory zmieniło się diametralnie, nie była już tak do końca tą samą osobą; może i straciła ciepło ciała, ale zyskała jakąś dozę niezależności od rodziny, gdy podczas wielkiej kłótni z matką oświadczyła jej, że był to ostatni raz, gdy pozwoliła na to, by to rodzina dyktowała jej, jak ma żyć i z kim, bo wychodzi im to zupełnie beznadziejnie i że sama poradzi sobie lepiej. Cóż… Dużo lepiej nie było, bo wpakowała się w relację wyjątkowo mało zdefiniowaną i jasną, teraz już zresztą definitywnie zakończoną, a z mieszkaniem… poszło jej w pewnym sensie lepiej, bo co prawda musiała zaliczyć kolejną przeprowadzkę, ale jej kamienica przynajmniej stała… Nie żeby to była jakakolwiek wina jej rodziców, że ich dom spłonął. Cieszyła się jednak z tej niezależności i tego, że mogła podejmować swoje decyzje i swoje błędy, a nie patrzeć na to jak niszczy się jej życie, bo rodzina postanowiła tak czy tak.
Teraz jednak, po serii jej pytań i opowiastki na temat randki w wykonaniu jej kuzyna, gdy Christopher wykorzystał sytuację, by gładko zaproponować jej wyjście do restauracji, musiała przyznać, że owszem – zaskoczył ją, ale było to z serii tych miłych i całkiem chcianych (co również przyjęła z pewnym zastanowieniem). Czy to był wpływ tego uspokajającego drinka? A może gdzieś w głębi serca naprawdę uważała to wszystko za dobry pomysł? Jeśli więc podzielić mężczyzn na tych, którzy korzystają z okazji, tych którzy okazje tworzą i tych, którzy nie robią nic, na ten moment Victoria była w stanie przynajmniej stwierdzić, że Rosier umiał to pierwsze – a to już coś.
– Jeśli to bez bud i wątpliwej czystości miejsc, to nie mam żadnej preferencji – bo ta najważniejsza była już spełniona. – Zaskocz mnie – choć tak po prawdzie, to bardzo wątpiła, czy rzeczywiście uda się ją zaskoczyć, ale nie było to jakoś bardzo ważne. Przyjęła zresztą jego dłoń, rozumiejąc bardzo dobrze, co jej tutaj sugerował: był najwyższy czas, by wrócić na parkiet.