03.02.2026, 08:27 ✶
Jebani magomedycy i ich jebane zalecenia. Myślał sobie pan Malfoy chodząc. Chodząc donikąd, bo na ostatniej wizycie w Mungu magomedyk po prostu kazał mu chodzić. Bo to ponoć zdrowe. Bo tak trzeba. Bo tlen jest ważny przy oddychaniu, a jak się zbuntuje i nie będzie chodzić to go wyślą do sanatorium. I będzie siedział i grał w bingo ze starymi prukwami. Jeszcze jakby w programie jego przymusowego wyjazdu były chociaż dancingi. To nie.
Więc Baldwin chodził. Laził po miastach i górach i równinach i plażach i wcale mu nie robiło różnicy po czym. Nie kwestionował też swojej wędrówki, bo kto by kwestionował taki pojebany sen. Gdzieś podczas kolejnej fazy REM przyśniły mu się smoki, no to część wędrówki odbył na smoku o kolorze słońca. A potem na niebie pojawił się wielki magomedyk i huczał ciężkim głosem,że Baldwin miał chodzić. No i smok zniknął, a Baldwinowi zostały jego własne dwie nogi.
Szkoda że nasz drogi Malfoy nie pamiętał o słynnym powiedzeniu “one apple a day, keeps magimedics away”. No szkoda.
W swojej sennej wędrówce dotarł późną nocą do stóp wzgórza. Piękna sprawa, ale tak bardzo jak nie chciał chodzić po płaskim nie chciał też wchodzić pod górkę. Z górki było spoko, ale no nie można całe życie staczać się w dół.
Ktoś jednak postanowił mu udowodnić, że się myli. Obserwował jak ów ktoś turla się wdzięcznie ze wzgórza w jego stronę. Coraz szybciej… i szybciej i… o kurwa, trochę za szybko. Już się chciał odsunąć, gdy pędzący ktoś wpadł na niego. Baldwin poleciał do tyłu jak mugolskie kręgle, łapiąc w objęcia blondwłosą laskę. Przynajmniej jej upadek zamortyzował.
Gapił się przez moment na wzgórze. Inny ktoś tam stał i na nich patrzył. O Merlinie jaki brzydal! Jego łysa glanca odbijała odbite światło księżyca. Co za obwieś. Pewnie jeszcze ją popchnął. Skąd wiedział, że ktoś jest "oną"? Otóż miał cycki, które Malfoy zobaczył gdy zzezował na dół.
- Ło! Szarlotka! Często się tu tak turlasz? - Zagadał, niewiele sobie robiąc ze swego obitego dupska.
Więc Baldwin chodził. Laził po miastach i górach i równinach i plażach i wcale mu nie robiło różnicy po czym. Nie kwestionował też swojej wędrówki, bo kto by kwestionował taki pojebany sen. Gdzieś podczas kolejnej fazy REM przyśniły mu się smoki, no to część wędrówki odbył na smoku o kolorze słońca. A potem na niebie pojawił się wielki magomedyk i huczał ciężkim głosem,że Baldwin miał chodzić. No i smok zniknął, a Baldwinowi zostały jego własne dwie nogi.
Szkoda że nasz drogi Malfoy nie pamiętał o słynnym powiedzeniu “one apple a day, keeps magimedics away”. No szkoda.
W swojej sennej wędrówce dotarł późną nocą do stóp wzgórza. Piękna sprawa, ale tak bardzo jak nie chciał chodzić po płaskim nie chciał też wchodzić pod górkę. Z górki było spoko, ale no nie można całe życie staczać się w dół.
Ktoś jednak postanowił mu udowodnić, że się myli. Obserwował jak ów ktoś turla się wdzięcznie ze wzgórza w jego stronę. Coraz szybciej… i szybciej i… o kurwa, trochę za szybko. Już się chciał odsunąć, gdy pędzący ktoś wpadł na niego. Baldwin poleciał do tyłu jak mugolskie kręgle, łapiąc w objęcia blondwłosą laskę. Przynajmniej jej upadek zamortyzował.
Gapił się przez moment na wzgórze. Inny ktoś tam stał i na nich patrzył. O Merlinie jaki brzydal! Jego łysa glanca odbijała odbite światło księżyca. Co za obwieś. Pewnie jeszcze ją popchnął. Skąd wiedział, że ktoś jest "oną"? Otóż miał cycki, które Malfoy zobaczył gdy zzezował na dół.
- Ło! Szarlotka! Często się tu tak turlasz? - Zagadał, niewiele sobie robiąc ze swego obitego dupska.