03.02.2026, 12:51 ✶
Czego Brenna się spodziewała?
Na pewno tych zapachów, które wyczuwała. Woni zgnilizny i pleśni, butwiejących desek, rozkładających się powoli tapet i materiałów, kurzu, wwiercającego się w nos. Słabej woni własnego szamponu jabłkowego, bo dziś nie użyła perfum, i zapachu Mathildy, którego nie wyczuwała jako człowiek, ale uderzał w wilcze nozdrza i było jasne, skąd dochodzi. Specyficznego zapachu węża.
Może brała pod uwagę, że wyczuje jakieś zwierzęta, które zrobiły sobie tutaj kryjówkę. Że faktycznie złapie trop pewnej małej, zagubionej dziewczynki, że myliła się i że Fiona Cape jednak nie była duchem. Może myślała, że faktycznie gdzieś w pobliżu był ktoś, kto zaprosił tu Mathildę. Ale ten zapach, który tak często wyczuwała w pracy… nie, jego nie oczekiwała. Krew. Świeża krew. Ruszyła w ślad za nim, węsząc, i odruchowo spinając wilcze mięśnie. Krwi było dużo. Zbyt dużo na niewielką ranę czy jakiegoś zabitego królika.
Przemieniła się na moment przed tym, jak Quirell ruszyła w jej stronę.
– Nie pod… – zaczęła i nie zdążyła: podłoga załamała się pod nimi i spadły w dół.
Brenna umiała upadać. Sztuka upadania była czymś, co opanowała już lata temu, bo z jakichś powodów jeśli ktoś mógł znaleźć jakąś pułapkę albo wpaść gdzieś, to osobą zawsze była Brenna. Odruchowo więc owszem, wystawiła ręce, by osłonić głowę, ale i ugięła je, coby uniknąć złamań, a potem zwinęła, gdy koziołkowały w dół. I chociaż ten upadek oszołamiał, a siniaki dały się we znaki, niemal natychmiast znalazła się na nogach, i uniosła różdżkę.
– Mathildo, tu czuć krew – ostrzegła cicho, pełna jak najgorszych przeczuć. Może kogoś spotkał wypadek, nic niezwykłego w takim miejscu. Ale może, tylko może, ktoś zrobił tu coś złego.
Może liścik miał zwabić tu tę dziewczynę.
Może Fiona nie była duchem: może była przynętą.
Może zanim zwabiono tutaj Brennę i Mathildę, ktoś inny został tu zwabiony. Nie czuła na górze zapachów kogoś jeszcze: ale to nie oznaczało, że ktoś nie czaił się na dziedzińcu, gdzieś w głębi zamku, albo tutaj, w tych podziemiach.
I wtedy Brenna, w świetle lumos, którym rozbłysły ich różdżki, dostrzegła źródło zapachu krwi: trupa. Też zamarła, bo choć nie było to pierwsze ciało, jakie widziała, nie zobojętniała ani na śmierć, ani na makabrę, ani na cierpienie. A ten człowiek umarł, zabity w okrutny sposób, zaś zapach jego krwi i bólu był wyczuwalny już nawet dla ludzkiego nosa. Musiał umrzeć niedawno, inaczej krew przestałaby już płynąć.
A to oznaczało, że nie były tu same.
Obróciła się gwałtownie, ledwo usłyszała dźwięk spadającej cegły, a potem odruchowo zrobiła dwa kroki w ślad za dzieckiem.
– Fiona?! – zawołała, niepewna, czy to ona, czy nie. Zachowywanie ciszy nie miało już znaczenia, spadając z góry narobiły wystarczająco wiele hałasu, by usłyszał je każdy, kto mógłby być w pobliżu. I może najrozsądniej byłoby się stąd teleportować i wrócić ze wsparciem, ale… Jeśli naprawdę było tu dziecko… Nie rzuciła się do biegu za dzieckiem jednak: nie mogła zostawić za sobą tej dziewczyny, ewidentnie przerażonej. Nie, kiedy ktoś mógł się tutaj czaić. – Mathildo, jeśli jesteś w stanie się teleportować, lepiej, jeśli wrócisz do swojej znajomej i powiadomisz Ministerstwo – poprosiła łagodnie, oświetlając najpierw własną różdżką każdy kąt pomieszczenia, by sprawdzić, czy wróg nie czai się tutaj. Miejsce zbrodni. Na oględziny miejsca zbrodni przyjdzie czas, na razie trzeba było się upewnić, że zbrodniarz nie czaił się zza którymś z kątów. Podstawową zasadą zawsze było zadbanie o bezpieczeństwo własne i cywili. – Ta krew wciąż płynie. Musiał umrzeć niedawno. Może to z nim się umówiłaś i po prostu spadł na ten hak, ale możemy nie być tu same – ostrzegła, wciąż bardzo spokojnie. Czy chciała ją straszyć? Nie. Ale skupienie się teraz na zapewnianiu, że wszystko będzie dobrze, mogło źle skończyć się dla nich obu. Nie było tu bezpiecznie.
Co się stanie?
1 – na razie nic
2 – gdzieś z korytarza dobiegają dźwięki kroków
3 – jakiś hałas dobiega gdzieś z góry
Na pewno tych zapachów, które wyczuwała. Woni zgnilizny i pleśni, butwiejących desek, rozkładających się powoli tapet i materiałów, kurzu, wwiercającego się w nos. Słabej woni własnego szamponu jabłkowego, bo dziś nie użyła perfum, i zapachu Mathildy, którego nie wyczuwała jako człowiek, ale uderzał w wilcze nozdrza i było jasne, skąd dochodzi. Specyficznego zapachu węża.
Może brała pod uwagę, że wyczuje jakieś zwierzęta, które zrobiły sobie tutaj kryjówkę. Że faktycznie złapie trop pewnej małej, zagubionej dziewczynki, że myliła się i że Fiona Cape jednak nie była duchem. Może myślała, że faktycznie gdzieś w pobliżu był ktoś, kto zaprosił tu Mathildę. Ale ten zapach, który tak często wyczuwała w pracy… nie, jego nie oczekiwała. Krew. Świeża krew. Ruszyła w ślad za nim, węsząc, i odruchowo spinając wilcze mięśnie. Krwi było dużo. Zbyt dużo na niewielką ranę czy jakiegoś zabitego królika.
Przemieniła się na moment przed tym, jak Quirell ruszyła w jej stronę.
– Nie pod… – zaczęła i nie zdążyła: podłoga załamała się pod nimi i spadły w dół.
Brenna umiała upadać. Sztuka upadania była czymś, co opanowała już lata temu, bo z jakichś powodów jeśli ktoś mógł znaleźć jakąś pułapkę albo wpaść gdzieś, to osobą zawsze była Brenna. Odruchowo więc owszem, wystawiła ręce, by osłonić głowę, ale i ugięła je, coby uniknąć złamań, a potem zwinęła, gdy koziołkowały w dół. I chociaż ten upadek oszołamiał, a siniaki dały się we znaki, niemal natychmiast znalazła się na nogach, i uniosła różdżkę.
– Mathildo, tu czuć krew – ostrzegła cicho, pełna jak najgorszych przeczuć. Może kogoś spotkał wypadek, nic niezwykłego w takim miejscu. Ale może, tylko może, ktoś zrobił tu coś złego.
Może liścik miał zwabić tu tę dziewczynę.
Może Fiona nie była duchem: może była przynętą.
Może zanim zwabiono tutaj Brennę i Mathildę, ktoś inny został tu zwabiony. Nie czuła na górze zapachów kogoś jeszcze: ale to nie oznaczało, że ktoś nie czaił się na dziedzińcu, gdzieś w głębi zamku, albo tutaj, w tych podziemiach.
I wtedy Brenna, w świetle lumos, którym rozbłysły ich różdżki, dostrzegła źródło zapachu krwi: trupa. Też zamarła, bo choć nie było to pierwsze ciało, jakie widziała, nie zobojętniała ani na śmierć, ani na makabrę, ani na cierpienie. A ten człowiek umarł, zabity w okrutny sposób, zaś zapach jego krwi i bólu był wyczuwalny już nawet dla ludzkiego nosa. Musiał umrzeć niedawno, inaczej krew przestałaby już płynąć.
A to oznaczało, że nie były tu same.
Obróciła się gwałtownie, ledwo usłyszała dźwięk spadającej cegły, a potem odruchowo zrobiła dwa kroki w ślad za dzieckiem.
– Fiona?! – zawołała, niepewna, czy to ona, czy nie. Zachowywanie ciszy nie miało już znaczenia, spadając z góry narobiły wystarczająco wiele hałasu, by usłyszał je każdy, kto mógłby być w pobliżu. I może najrozsądniej byłoby się stąd teleportować i wrócić ze wsparciem, ale… Jeśli naprawdę było tu dziecko… Nie rzuciła się do biegu za dzieckiem jednak: nie mogła zostawić za sobą tej dziewczyny, ewidentnie przerażonej. Nie, kiedy ktoś mógł się tutaj czaić. – Mathildo, jeśli jesteś w stanie się teleportować, lepiej, jeśli wrócisz do swojej znajomej i powiadomisz Ministerstwo – poprosiła łagodnie, oświetlając najpierw własną różdżką każdy kąt pomieszczenia, by sprawdzić, czy wróg nie czai się tutaj. Miejsce zbrodni. Na oględziny miejsca zbrodni przyjdzie czas, na razie trzeba było się upewnić, że zbrodniarz nie czaił się zza którymś z kątów. Podstawową zasadą zawsze było zadbanie o bezpieczeństwo własne i cywili. – Ta krew wciąż płynie. Musiał umrzeć niedawno. Może to z nim się umówiłaś i po prostu spadł na ten hak, ale możemy nie być tu same – ostrzegła, wciąż bardzo spokojnie. Czy chciała ją straszyć? Nie. Ale skupienie się teraz na zapewnianiu, że wszystko będzie dobrze, mogło źle skończyć się dla nich obu. Nie było tu bezpiecznie.
Co się stanie?
1 – na razie nic
2 – gdzieś z korytarza dobiegają dźwięki kroków
3 – jakiś hałas dobiega gdzieś z góry
Rzut 1d3 - 2
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.