03.02.2026, 19:33 ✶
– Charlie Mulciber to całkiem uroczy dzieciak. Wyciągnęłam go raz ze stawu. Może pobyt za granicą go uchronił albo Mulciberowie psują się po dwudziestce czy coś takiego – stwierdziła, żartobliwym tonem, bo naprawdę uważała, że chłopak był miły: i ciężko byłoby jej pogodzić się z myślą, że ten uroczy dzieciak siał chaos i krzywdził ludzi podczas Spalonej Nocy. Na szczęście dla siebie, zupełnie nie wyobrażała go sobie w masce i pelerynie. – Nawet nie chcę o tym myśleć w takim kontekście. W sensie… wiązać z artykułami – mruknęła, sięgając po kolejną fasolkę. Pokazała się jakby z nim pierwszy raz zanim ten artykuł się ukazał i aż wzdrygała się wewnętrznie na samą myśl, że mogłoby to wyglądać tak, jakby nagle usiłowała zacząć się umawiać tylko z powodu tego tekstu. Nie chodziło przecież o żadną Aristę Black.
A potem jęknęła.
Nie z powodu pytania Victorii, chociaż to też zasługiwało na jęknięcie, ale to które wydała z siebie Brenna było ewidentnie odgłosem wyrażającym bezbrzeżny zachwyt. Ta fasolka osłodziła jej tę poprzednią, o smaku zgniłych liści, i trudne pytanie Victorii, i w ogóle przypomniała, czemu człowiek przedzierał się przez te fasolki trawiaste, flaczkowe oraz smakujące mydłem. Fasolka o smaku ciasta czekoladowego smakowała jak najwspanialsze ciastko czekoladowe wszechczasów. Takie, jakie umiała robić tylko babcia, i za którym tęskniłeś, gdy stawiono przed tobą kawałek zbyt słodkiego tortu, do którego ktoś napchał margaryny.
– Ciasto czekoladowe. Jest cudowna – wyjaśniła, kiedy już przełknęła, choć cudnie czekoladowy smak został jeszcze przez chwilę w ustach. – Napraaaawdę lubisz trudne pytania. Wyszliśmy razem…
…ile właściwie razy? Czy liczyło się tamto kino? I zabawna na plaży? Kontemplowała ten temat przez jakieś trzy sekundy, zanim uznała w końcu, że policzy je po prostu jako pół raza każde.
- …chyba z pięć razy, licząc wesele i wasz bal. Można więc chyba po prostu powiedzieć, że się spotykamy?
To chyba nie była definicja na wyrost, bo czy na pewno mogłaby powiedzieć, że są parą, to nie była do końca pewna, chociaż teraz była bliższa uznania, że być – może – tak, zważywszy na to, że mimo pewnej niechęci do poważnych rozmów, Atreus zadeklarował dwa dni temu zdecydowanie więcej niż Sauriel kiedykolwiek Victorii.
Kochanie Rookwooda mogło być czerwienią, ale pozostawiło po sobie zbyt wiele błękitu i szarości.
– I na tym balu ty też byłaś chyba w towarzystwie? – dodała jeszcze niewinnie, podciągając trochę jeden z kocy, by się nim nakryć, a potem uśmiechnęła się, odrobinę chłodnym uśmiechem, na wzmiankę o Stanleyu i jego pisaniu. Umiał pisać. Ba, umiał nawet pisać wiersze, o tym wiedziała doskonale. – Na pewno świetnie potrafi wyklejać. Ale jeśli to nawet nie on, ktoś inny z Brygady mógł to przekazać. No i… jest jeszcze Rowle, wkurzył się o jakiegoś zmutowanego błotoryja. W sensie że go nie transportowano, chociaż po prawdzie… jeśli był tak wielki i atakował, to nie bardzo wiem, jak dałoby się go zabrać bezpiecznie…
Czy Rowle mógł ze złości donieść o tym Ariście? Być może. Albo po prostu z prostej chęci zaszkodzenia im: nie dało się przecież wykluczyć, że… że Rowlowie mieli z tym coś wspólnego. Brenna wciąż pamiętała, że śmierciożerca poprosił o pomoc Monę. Monę! Najsłodszą dziewczynę pod słońcem, która nigdy nikogo nie chciała skrzywdzić, i pewnie śmiertelnie bała się nawet podejść do kogoś, o kim wiedziała, że jest mordercą. Dlaczego się do niej zwrócił? Czy mógł ją znać…?
– Może chciała odwrócić uwagę od cyrku na weselu Blacków. – Na to nawet Brenna by nie wpadła, bo po prostu wiedziała, że to nie skończyłoby się dobrze dla nikogo. – Ale znowu, składanie jakichś skarg nie ma chyba większego sensu. Niby można by ją oskarżyć o pomówienia, tyle że nie wiem, czy całemu Prorokowi ostatnio nie odjebało, dziennikarze, których znałam, raczej się już nie udzielają i tylko wciągnęlibyśmy w to taką Norę… która ledwo co zerwała zaręczyny i nie chcę mieszać jej w głowie. Nie z Erikiem, tak dodam – parsknęła. – Panda zna się na renowacji i mechanizmach, więc pomogła trochę z naprawami, ja posłużyłam jako tragarz i zostawiłam trochę monet, więc udało się trochę pomóc.
Nie zamierzała obwiniać Victorii o to, że ta nie niesie pomocy prywatnie. Jakkolwiek by to nie brzmiało, chyba się tego nie spodziewała: Lestrange zawsze skupiała się na bliskich i na pracy, i po prawdzie ciężko było mieć o to pretensję. Brennę zadowalało, że nic nie wskazywało, by jednak pomagała śmierciożercom.
A potem jęknęła.
Nie z powodu pytania Victorii, chociaż to też zasługiwało na jęknięcie, ale to które wydała z siebie Brenna było ewidentnie odgłosem wyrażającym bezbrzeżny zachwyt. Ta fasolka osłodziła jej tę poprzednią, o smaku zgniłych liści, i trudne pytanie Victorii, i w ogóle przypomniała, czemu człowiek przedzierał się przez te fasolki trawiaste, flaczkowe oraz smakujące mydłem. Fasolka o smaku ciasta czekoladowego smakowała jak najwspanialsze ciastko czekoladowe wszechczasów. Takie, jakie umiała robić tylko babcia, i za którym tęskniłeś, gdy stawiono przed tobą kawałek zbyt słodkiego tortu, do którego ktoś napchał margaryny.
– Ciasto czekoladowe. Jest cudowna – wyjaśniła, kiedy już przełknęła, choć cudnie czekoladowy smak został jeszcze przez chwilę w ustach. – Napraaaawdę lubisz trudne pytania. Wyszliśmy razem…
…ile właściwie razy? Czy liczyło się tamto kino? I zabawna na plaży? Kontemplowała ten temat przez jakieś trzy sekundy, zanim uznała w końcu, że policzy je po prostu jako pół raza każde.
- …chyba z pięć razy, licząc wesele i wasz bal. Można więc chyba po prostu powiedzieć, że się spotykamy?
To chyba nie była definicja na wyrost, bo czy na pewno mogłaby powiedzieć, że są parą, to nie była do końca pewna, chociaż teraz była bliższa uznania, że być – może – tak, zważywszy na to, że mimo pewnej niechęci do poważnych rozmów, Atreus zadeklarował dwa dni temu zdecydowanie więcej niż Sauriel kiedykolwiek Victorii.
Kochanie Rookwooda mogło być czerwienią, ale pozostawiło po sobie zbyt wiele błękitu i szarości.
– I na tym balu ty też byłaś chyba w towarzystwie? – dodała jeszcze niewinnie, podciągając trochę jeden z kocy, by się nim nakryć, a potem uśmiechnęła się, odrobinę chłodnym uśmiechem, na wzmiankę o Stanleyu i jego pisaniu. Umiał pisać. Ba, umiał nawet pisać wiersze, o tym wiedziała doskonale. – Na pewno świetnie potrafi wyklejać. Ale jeśli to nawet nie on, ktoś inny z Brygady mógł to przekazać. No i… jest jeszcze Rowle, wkurzył się o jakiegoś zmutowanego błotoryja. W sensie że go nie transportowano, chociaż po prawdzie… jeśli był tak wielki i atakował, to nie bardzo wiem, jak dałoby się go zabrać bezpiecznie…
Czy Rowle mógł ze złości donieść o tym Ariście? Być może. Albo po prostu z prostej chęci zaszkodzenia im: nie dało się przecież wykluczyć, że… że Rowlowie mieli z tym coś wspólnego. Brenna wciąż pamiętała, że śmierciożerca poprosił o pomoc Monę. Monę! Najsłodszą dziewczynę pod słońcem, która nigdy nikogo nie chciała skrzywdzić, i pewnie śmiertelnie bała się nawet podejść do kogoś, o kim wiedziała, że jest mordercą. Dlaczego się do niej zwrócił? Czy mógł ją znać…?
– Może chciała odwrócić uwagę od cyrku na weselu Blacków. – Na to nawet Brenna by nie wpadła, bo po prostu wiedziała, że to nie skończyłoby się dobrze dla nikogo. – Ale znowu, składanie jakichś skarg nie ma chyba większego sensu. Niby można by ją oskarżyć o pomówienia, tyle że nie wiem, czy całemu Prorokowi ostatnio nie odjebało, dziennikarze, których znałam, raczej się już nie udzielają i tylko wciągnęlibyśmy w to taką Norę… która ledwo co zerwała zaręczyny i nie chcę mieszać jej w głowie. Nie z Erikiem, tak dodam – parsknęła. – Panda zna się na renowacji i mechanizmach, więc pomogła trochę z naprawami, ja posłużyłam jako tragarz i zostawiłam trochę monet, więc udało się trochę pomóc.
Nie zamierzała obwiniać Victorii o to, że ta nie niesie pomocy prywatnie. Jakkolwiek by to nie brzmiało, chyba się tego nie spodziewała: Lestrange zawsze skupiała się na bliskich i na pracy, i po prawdzie ciężko było mieć o to pretensję. Brennę zadowalało, że nic nie wskazywało, by jednak pomagała śmierciożercom.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.