08.03.2023, 21:54 ✶
- Jestem bardzo zabawnym mężczyzną – zgodził się z nią Cathal, choć w jego głosie ani spojrzeniu nie było wesołości. Wręcz przeciwnie, Shafiq był poważny. Śmiertelnie poważny, wszak w głowie miał bardzo wiele myśli o śmierci. Nie swojej i nie Crouch, rzecz jasna. Wiedział, że wybiega myślami potężnie do przodu, nie wiedzieli w końcu, z kim mają do czynienia, ale w tej chwili już wybierał sposoby na pozbycie się tego człowieka…
Avada Kedavra to przydatne zaklęcie, chłopcze. Powinieneś wreszcie to zrozumieć.
Za szybkie i za mało satysfakcjonujące, pomyślał Cathal mimowolnie, choć zwykle unikał odpowiadania Slytherinowi.
– Nie – potwierdził fakt oczywisty, idąc za Alethę w głąb domu. – I tak, musisz się napić. Eliksiru wiggenowego. Masz go? Czy ściągnąć tu Nell?
Zerknął na zegarek. Pora była absurdalnie wczesna, miał więc nadzieję, że Leta ma porcję mikstury w domowej apteczce, inaczej Nell prawdopodobnie spróbuje trzasnąć go jakimś paskudnym zaklęciem na dzień dobry. Siniaki na gardle może i nie zabijały, ale Cathal doskonale pamiętał, że w snach mężczyzna wyciągnął także nóż, a w pewnym momencie na ręce Alethei mignęła mu krew. Prawdopodobnie szlafrok skrywał poważniejsze obrażenia i należało się nimi zająć.
Kiedy weszli do salonu, bez zaproszenia opadł na najbliższe wolne miejsce. A jeżeli takiego nie było, po prostu przełożył rzeczy tak, by powstało. Bezceremonialne postępowanie i zlekceważenie dobrych manier wynikało z trzech rzeczy. Po pierwsze, znali się nie od dziś, po drugie, Shafiq nie był dżentelmenem, po trzecie wreszcie, sytuacja była na tyle nagła, że nie sprzyjała grzeczności.
– I tak, i nie – przyznał. Zdusił w sobie rozczarowanie, że kobieta też nie miała pojęcia, kim jest ten człowiek. – Nigdy nie widziałem go na jawie. Za to w snach owszem. Zaledwie przedwczoraj próbował zabić kogoś innego. I ta osoba, w jakiś sposób, ściągnęła mnie do swoich snów… On…
Zawahał się. Pamiętał, że szedł do Rookwooda, bo ten go zawołał. Wprawdzie przed atakiem, ale by mu z czymś pomógł – może dlatego, że śnił o własnym weselu i obsadził Cathala w roli wróżby?
– Jego zdaniem morderca się mnie nie spodziewał i to on jakoś mnie ściągnął. Jakby się zastanowić, zawołał mnie. Ty też mnie zawołałaś. Możliwe, że dlatego znalazłem się w tych snach. I też czuł się obserwowany – dodał. Po długiej chwili milczenia. Nieco zbyt długiej, u kogoś innego pewnie nienaturalnej, ale Alethea mogła doskonale wiedzieć, że jemu takie się zdarzały. A milczał, bo w głowie odtwarzał sobie wszystkie sześć snów, analizując je. Szukając wskazówek. – Chcę go znaleźć.
Avada Kedavra to przydatne zaklęcie, chłopcze. Powinieneś wreszcie to zrozumieć.
Za szybkie i za mało satysfakcjonujące, pomyślał Cathal mimowolnie, choć zwykle unikał odpowiadania Slytherinowi.
– Nie – potwierdził fakt oczywisty, idąc za Alethę w głąb domu. – I tak, musisz się napić. Eliksiru wiggenowego. Masz go? Czy ściągnąć tu Nell?
Zerknął na zegarek. Pora była absurdalnie wczesna, miał więc nadzieję, że Leta ma porcję mikstury w domowej apteczce, inaczej Nell prawdopodobnie spróbuje trzasnąć go jakimś paskudnym zaklęciem na dzień dobry. Siniaki na gardle może i nie zabijały, ale Cathal doskonale pamiętał, że w snach mężczyzna wyciągnął także nóż, a w pewnym momencie na ręce Alethei mignęła mu krew. Prawdopodobnie szlafrok skrywał poważniejsze obrażenia i należało się nimi zająć.
Kiedy weszli do salonu, bez zaproszenia opadł na najbliższe wolne miejsce. A jeżeli takiego nie było, po prostu przełożył rzeczy tak, by powstało. Bezceremonialne postępowanie i zlekceważenie dobrych manier wynikało z trzech rzeczy. Po pierwsze, znali się nie od dziś, po drugie, Shafiq nie był dżentelmenem, po trzecie wreszcie, sytuacja była na tyle nagła, że nie sprzyjała grzeczności.
– I tak, i nie – przyznał. Zdusił w sobie rozczarowanie, że kobieta też nie miała pojęcia, kim jest ten człowiek. – Nigdy nie widziałem go na jawie. Za to w snach owszem. Zaledwie przedwczoraj próbował zabić kogoś innego. I ta osoba, w jakiś sposób, ściągnęła mnie do swoich snów… On…
Zawahał się. Pamiętał, że szedł do Rookwooda, bo ten go zawołał. Wprawdzie przed atakiem, ale by mu z czymś pomógł – może dlatego, że śnił o własnym weselu i obsadził Cathala w roli wróżby?
– Jego zdaniem morderca się mnie nie spodziewał i to on jakoś mnie ściągnął. Jakby się zastanowić, zawołał mnie. Ty też mnie zawołałaś. Możliwe, że dlatego znalazłem się w tych snach. I też czuł się obserwowany – dodał. Po długiej chwili milczenia. Nieco zbyt długiej, u kogoś innego pewnie nienaturalnej, ale Alethea mogła doskonale wiedzieć, że jemu takie się zdarzały. A milczał, bo w głowie odtwarzał sobie wszystkie sześć snów, analizując je. Szukając wskazówek. – Chcę go znaleźć.